Przejrzeć Vincenta, czyli jak udało się ożywić obrazy (Gazeta Wyborcza)

Potrzeba było 3 tysięcy litrów farby i aż 125 zawodowych malarzy z całego świata – w kluczowych momentach 97 pracowało równocześnie, by obrazy Vincenta van Gogha ożyły na dużym ekranie. A wraz z obrazami – jego tajemnica.

Angora - - Kto Czyta, Nie Błądzi - Nr 233 (6 X). Cena 3,99 zł PIOTR GUSZKOWSKI

Kulisy produkcji głośnego filmu o van Goghu.

Wymieniany wśród oscarowych faworytów „Twój Vincent” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana jest pierwszą w historii pełnometrażową animacją malarską. I pomyśleć, że miał to być jedynie krótki metraż...

Początki projektu sięgają 2008 roku. Dorota Kobiela chciała połączyć swoje dwie artystyczne pasje – malarstwo i film. Vincent van Gogh nie pojawił się jednak znikąd. – Kiedy przeżywałam trudne chwile, jego listy były dla mnie natchnieniem. Tak zrodził się „Twój Vincent” – mówi Kobiela.

Na pomysł rozwinięcia filmu wpadł Hugh Welchman, dziś mąż reżyserki, który zakochał się także w jej projekcie. Trzeba było opracować nie tylko technologię, która pozwoliłaby zrealizować marzenie filmowców i przeprowadzić wielomiesięczne testy, ale też napisać odpowiednią historię.

Punktem wyjścia stały się korespondencja van Gogha oraz jego sztuka. Scenariusz, który powstawał przy udziale Jacka Dehnela, ewoluował od koncepcji „wywiadów” z obrazami, by skupić się na postaci Armanda Roulina. To syn listonosza zaprzyjaźnionego z van Goghiem. Lekkomyślny i nieustannie pakujący się w kłopoty młody mężczyzna otrzymuje od ojca misję dostarczenia ostatniego listu Vincenta do jego brata Theo. Przedstawione w filmie „Twój Vincent” wydarzenia dzieją się rok po śmierci artysty. Zadanie okazuje się trudne. Podążając śladem malarza, Roulin prowadzi rozmowy z kolejnymi osobami z Auvers-sur-Oise, Paryża i Arles, które w najważniejszych chwilach życia van Gogha były mu najbliższe.

We wszystkie postaci pojawiające się w filmie wcielili się aktorzy (w obsadzie m.in. Douglas Booth, Saoirse Ronan, znany z „Gry o tron” Jerome Flynn oraz – jako Vincent van Gogh – debiutujący na ekranie Robert Gulaczyk z Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy). Sceny z ich udziałem kręcono w Centrum Technologii Audiowizualnych we Wrocławiu oraz w londyńskim studiu Three Mills – w scenografii zaaranżowanej tak, by odwzorowywała obrazy van Gogha albo na tle tzw. green screenów.

Po opracowaniu przez speców od efektów specjalnych materiał trafiał do malarzy, którzy za pomocą farby olejnej odtwarzali wyjściowy kadr na podobraziu. Zachowując istotne cechy aktorów, należało nadać im wygląd i charakter postaci z oryginalnych portretów. Następnie malarze przemalowywali kadr po kadrze, każdą klatkę fotografowano aparatem cyfrowym, a ujęcie animowano poklatkowo. Półtoragodzinny „Twój Vincent” składa się z ponad 65 tysięcy takich filmowych klatek.

Twórcom filmu „Twój Vincent” chodziło o to, by przetłumaczyć twórczość van Gogha na język kina, co wymagało nadania jej niezbędnej dynamiki, zachowując przy tym wierność wobec oryginalnego stylu, świeżości pociągnięć pędzla i kolorów, które często były mieszane bezpośrednio na płótnie. Tak powstała pisana pędzlem wyjątkowa biografia wyjątkowego artysty.

Do napisania muzyki udało się przekonać Clinta Mansella, którego Kobiela z Welchmanem słuchali, pracując nad filmem. Efekt zachwycił publiczność – najpierw na festiwalu w Annecy, a potem na kolejnych festiwalach. Na fali świetnych recenzji, także z zagranicy, „Twój Vincent” trafia właśnie na ekrany polskich kin.

Rozmowa z DOROTĄ KOBIELĄ i HUGH WELCHMANEM, twórcami filmu „Twój Vincent”

– Dlaczego van Gogh – a nie Rembrandt, da Vinci czy Picasso?

DOROTA KOBIELA: – Zależało mi na opowiedzeniu historii malarza poprzez jego twórczość, która jest przecież nie mniej ważna niż sama biografia, ale w filmach odgrywa zwykle marginalną rolę. Nie wyglądało to jednak tak, że pewnego dnia usiadłam i zaczęłam szukać bohatera pośród znanych mi artystów. Nie, od początku moim bohaterem był Vincent van Gogh: postać, która fascynowała mnie jeszcze od czasów liceum.

Van Gogh nie malował z wyobraźni, nie malował scen mitologicznych ani historycznych, tylko ludzi, których spotykał i poznawał, miejsca, które odwiedzał. Dlatego dzięki doborowi tematów ujętych w tak bardzo osobisty sposób malarstwo Vincenta staje się dla nas oknem na jego świat. Obrazy przypominają intymne zapiski na kolejnych kartkach z pamiętnika, puzzle, które układają się w niezwykłe uniwersum, pozwalają zrozumieć krótkie, choć burzliwe życie tego artysty. W jednym z listów pisał: „Tak naprawdę mogą za nas mówić jedynie nasze obrazy”. Sam chyba rozumiesz, że nie mogliśmy opowiedzieć o van Goghu inaczej niż za pomocą jego sztuki ożywionej przez animację.

– Jakie były reakcje, gdy przedstawiałaś pomysł na film?

D.K.: – Początkowo złożyłam projekt w PISF-ie z myślą o debiucie w krótkim metrażu. Wtedy „Twój Vincent” miał trwać siedem minut. Dostałam dofinansowanie, miałam już nawet producenta ze studia Human Ark. Ale życie napisało inny scenariusz: przy

pracy nad etiudą o Chopinie poznałam Hugh Welchmana. Wszystko się zmieniło, także prywatnie, wspólnie postanowiliśmy rozwinąć „Twojego Vincenta” w pełnometrażowy film. Pomysł wszystkim się podobał, ale entuzjazm opadał, gdy wchodziliśmy w szczegóły. Koncepcja malarskiej animacji, po raz pierwszy realizowanej w takiej skali, wydawała się szalona, zbyt karkołomna, a przez to najzwyczajniej ryzykowna finansowo.

– Czy moglibyście spróbować na jednym przykładzie pokazać poziom złożoności pracy nad ożywianiem obrazów na ekranie?

HUGH WELCHMAN: – W sekwencji otwierającej film kamera przesuwa się od księżyca na błyszczącym, rozgwieżdżonym niebie, przez panoramę miasteczka Arles, w dół – aż do słynnej już kawiarni, gdzie właśnie trwa bójka. Nakręciliśmy to w jednym ujęciu, na które złożyły się aż 633 pojedyncze obrazy.

D.K.: – Bo jeden obraz to u nas jedna klatka. Namalowanie takiego obrazu zajmowało sześć godzin, potem trzeba było ściągnąć niezastygłą farbę i rozpocząć pracę nad następną klatką.

H.W.: – Nasi najlepsi malarze przemalowywali tak „Gwiaździstą noc”, klatka po klatce, schodząc z nieba coraz niżej i niżej, by oddać ruch kamery. Stworzenie tego jednominutowego ujęcia trwało w sumie aż półtora roku.

– Jak bardzo trzymaliście się oryginalnych obrazów?

D.K.: – Pozostaliśmy wierni technice i stylowi van Gogha, jego pociągnięciom pędzla.

H.W.: – Kino wymaga jednak dynamicznego montażu. Musieliśmy więc w twórczy sposób wyobrazić sobie świat, który nie zmieścił się na płótnie. Wszystko po to, by kamera mogła płynnie wykraczać poza ramy obrazu. Gdy w filmie rozmawiają ze sobą postaci z różnych portretów, należało natomiast odwrócić ich wizerunki w taki sposób, by spoglądały na siebie, zamiast patrzeć w jednym kierunku. Zdecydowaliśmy się na format 1.37:1, który wydawał się najbardziej uniwersalnym wyborem dla prac van Gogha, choć miewały one przecież rozmaite rozmiary. Wyzwaniem było również sprostanie niezwykłej perspektywie, jaką stosował van Gogh, i reinterpretacja rzeczywistości jego obrazów na bakier z prawami fizyki. Ponadto, obrazy namalowane przez Vincenta pod koniec życia są bardzo jasne, optymistyczne. Nie pasowały do nastroju historii, którą chcieliśmy opowiedzieć. Dlatego zdecydowaliśmy, by np. zmienić scenerię z dziennej na nocną.

– Hugh, a co ciebie przekonało do projektu, o którym dziś opowiadasz z taką pasją?

H.W.: – W przeciwieństwie do Doroty, która czytała listy Vincenta do brata jeszcze jako nastolatka i w zasadzie towarzyszył jej on przez całe dorosłe życie, ja wiedziałem o van Goghu tyle, co każdy: że był „szalonym rudzielcem”, obciął sobie ucho i tworzył obrazy pełne żywych kolorów, operujące niezwykłą perspektywą, które przemawiają do ludzi. Żeby jednak zainteresowanie projektem przerodziło się w prawdziwą pasję, potrzeba było dwóch rzeczy. Podczas testów plastycznych jako osoba związana z animacją od dziesięciu lat zafascynowałem się wyjątkową formułą. Równocześnie zacząłem poznawać los van Gogha, który długo szukał swojego miejsca na ziemi. Zanim skończył trzydzieści lat, miał już na koncie cztery niespełnione kariery zawodowe, a mimo że rodzina spisała go na straty, mimo pogłębiającej się depresji wciąż potrafił znaleźć w sobie siłę, żeby spróbować czegoś nowego. Rzucił wszystko, by zostać malarzem. Szczerze zafascynował mnie ten człowiek.

– Nadaliście opowieści detektywistyczny charakter. Czy w trakcie prac nad „Twoim Vincentem” sami czuliście się jak Armand Roulin, który rozpoczyna własne śledztwo?

H.W.: – Przygotowywanie filmu rzeczywiście przypominało śledztwo. Szukaliśmy odpowiedzi na te same pytania co Armand, pytania, jakie narastały wokół postaci van Gogha, co zdeterminowało kierunek, w którym ostatecznie podąża scenariusz. Postanowiliśmy pokazać Vincenta oczami osób z jego otoczenia, przyjąć różne perspektywy składające się na pełniejszy obraz.

– Udało wam się rozwiązać tajemnice van Gogha?

H.W.: – Na pewno wiemy o nim więcej. Przeczytaliśmy kilkadziesiąt książek, dużo czasu spędziliśmy w Muzeum van Gogha w Amsterdamie, otrzymaliśmy ogromne wsparcie od pracujących tam ekspertów. Jednak choroba Vincenta, ostatnie dni życia i okoliczności jego tragicznej śmierci wciąż pozostają nierozwiązaną zagadką. Kto wie, może pozostaną nią na zawsze.

D.K.: – W związku z naszą francuską premierą, która odbyła się w Musée d’Orsay, miałam możliwość spędzić chwilę w sali van Gogha i pobyć sam na sam z jego obrazami. Poczułam z tymi pracami niezwykłą więź. Mam wrażenie, że Vincent stał się dla mnie kimś bardzo bliskim. Jakbym odwiedzała rodzinę.

H.W.: – Po ośmiu latach pracy nad projektem mogłoby się wydawać, że będziemy mieć Vincenta dość. Tymczasem, choć jesteśmy zmęczeni, jego osobowość chyba jeszcze bardziej nas fascynuje. Mam nadzieję, że udzieli się to widzom, gdy obejrzą nasz film.

Fot. Forum

Fot. Piotr Wittman/East News

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.