Piekło w czerwonym domku

Angora - - Kto Czyta, Nie Błądzi - Tekst i fot.: PIOTR KRASKA

Kobieta trzymała psy w koszmarnych warunkach.

Wolontariuszy zainteresowała wisząca na drzwiach foliowa torba, z której wypełzały setki białych robaków. Dobrze, że opróżnili ją w rękawiczkach: kryła na wpół rozłożone zwłoki psa. To był początek horroru, na końcu była lodówka.

„Psy w fatalnych warunkach, prawdziwy horror, przyjedźcie”! Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt spojrzał na mapę. Drugi koniec Polski, anonimowy telefon, pewnie kolejny fałszywy sygnał. Zdecydował przypadek: w weekend jechał z wolontariuszami na interwencję gdzieś w Lubelskie i wieś Bieliny między Przysuchą a Opocznem leżała niemal po drodze. Nieotynkowany parterowy dom z czerwonej cegły przy głównej drodze wyglądał z frontu całkiem porządnie. Wolontariusze zatrzymali się jednak z tyłu budynku: tuż przed wejściem musieli ominąć górę śmieci i... na wpół rozłożone zwłoki psa. W drzwiach stanęła kobieta w chustce na głowie i z błędnym wzrokiem wydukała: – Macie nakaz?.

Działacze byli w domu tylko kilka minut. Bielawski: – Wystarczyło, by zorientować się, że mamy do czynienia z jedną z najtrudniejszych sytuacji w naszej wieloletniej pracy. Zwierzęta, które jeszcze żyły, nie mogły czekać. Mieliśmy kilkanaście godzin na załatwienie transporterów, weterynarza, domów tymczasowych i masek na twarze. Później mogliśmy wracać już tylko z łopatą.

Skąd ten odór?

Kiedy wrócili, był wieczór. Dobrze, że wzięli latarki, bo prądu w budynku z czerwonej cegły nie było od wielu miesięcy. Ponowne pytanie: „Macie nakaz?” i działacze weszli do pokoju. Właściwie do pomieszczenia, które kiedyś było pokojem, a teraz stało się składowiskiem starych, zgniłych mebli, wśród których mieszkała kobieta w chustce i blisko dwadzieścia psów. Wokół tylko śmieci i odchody – ludzkie i zwierzęce. Straszliwie wychudzone i przestraszone kundle rzuciły się na wolontariuszy, a garść karmy położona na podłodze tylko pogorszyła sprawę: teraz zwierzęta zaczęły walczyć ze sobą o jedzenie. Z wyjątkiem dwóch dogorywających w kącie: jeden pozbawiony oka próbował zjeść leżące na tapczanie odchody, drugi psi szkielet ciężko oddychał; pozbawiony całkowicie sierści przypominał różowym ciałem postać Zgredka z filmów o Harrym Potterze.

Kobieta w chustce stała w kącie: – Mogłam iść do klasztoru, mogłam iść do klasztoru – powtarzała bez ładu, patrząc gdzieś w dal. Bielawski zauważył, że do brudnej chustki i spódnicy nie pasuje jej zniszczona, ale młoda twarz; nie wiedział, że Agnieszka B. ma zaledwie 36 lat. – To pies czy suczka? – zagadnął do niej, oglądając pokryty pchłami brzuch psa-Zgredka. Kobieta nagle wrzasnęła: – To co ty, k... j..., nie widzisz, że suka! – piskliwy krzyk po chwili przeszedł w płacz. Kiedy wolontariusze próbowali uspokoić walczące zwierzęta, Bielawski badawczo świecił wokół latarką: fatalny widok resztek mebli i fekaliów nie tłumaczył unoszącego się w całym pomieszczeniu tłustego, słodkiego odoru. Psy, choć umierające, nie wydzielały przecież trupiego zapachu! Jego uwagę przykuła torba reklamówka, która wisiała na gwoździu w drzwiach wejściowych: była pełna, a ku górze pełzły z niej białe robaki. Ostrożnie zdjął zawiniątko, opróżnił przed drzwiami, ledwo powstrzymując torsje: kłębowisko larw przykrywało rozłożone truchło psa. Później było już tylko gorzej – oto któraś z dziewczyn otworzyła nieczynną z braku prądu lodówkę. Krzyknęła i uciekła: wszystkie półki wypełniały reklamówki z rozłożonym, przeciekającym przez plastik mięsem. Z części toreb wystawała sierść.

Policjanci przyjechali szybko. Choć pracowali w maskach, przyznali działaczom Pogotowia dla Zwierząt, że nawet im – doświadczonym w pracy w trudnych warunkach – ciężko było wytrzymać. Lekarz z wezwanej karetki potwierdził przypuszczenia wolontariuszy: Agnieszka B. musi natychmiast przymusowo trafić na obserwację do szpitala psychiatrycznego.

Bielawski: – Mieliśmy łzy w oczach. Byliśmy przerażeni, rozbici i załamani, że w tych czasach, sto kilometrów od stolicy, mogliśmy zobaczyć taki widok. Ale największe zaskoczenie dopiero nas czekało: kiedy wydawało się, że sytuacja jest opanowana, a psy nosiliśmy w transporterach do aut, zaatakowali nas... zebrani na miejscu mieszkańcy wsi. „Dlaczego przyjechaliście dopiero teraz?!”; „Gdzie byliście przez te lata?!” – opieprzali nas jeden przez drugiego i ledwo udało się im wytłumaczyć, że o sprawie wiemy od kilkunastu godzin. Kiedy się uspokoili, pokazali e-maile i zdjęcia. Okazało się, że od lat alarmowali w sprawie chorej sąsiadki i jej zwierząt wójta i gminne władze. Bez skutku.

Nic tu po nas

Choć minęło kilka dni i wiadomo, że Agnieszka B. nieprędko wróci do wsi, część sąsiadów nadal niechętnie mówi o sprawie. Do tego, który najwięcej rabanu przez lata robił, przyszła po tej całej nocnej akcji kontrola z gminy: firmę mu nagle – niby przypadkiem

– sprawdzać zaczęli. – Rodzice Agnieszki zmarli ładne parę lat temu, ale póki jej brat Marcin żył, jakoś pchali swój wózek. Oboje byli trochę upośledzeni i słabo radzili sobie w życiu, ale Marcin dorywczo pracował; mieli też spore renty. Dlatego szybko usiadły na nich te „chwilówki”, „P...” (sąsiadka rzuca nazwę firmy znaną z pożyczek na wysoki procent – aut.) i w długi wpuściły. Kiedy Agnieszka miała lepszy dzień, można było z nią nawet pogadać, tylko do mieszkania nikogo nie wpuszczała. No i te psy. Zawsze było ich mnóstwo, a kiedy kto mówił, żeby się części pozbyła, odpowiadała, że „rodziny się pozbywać nie będzie”. Mówiliśmy, że samo utrzymanie jest drogie, ale ona na to, że psu starczy „suchy chleb, jabłka z drzewa w ogrodzie i woda”. Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, bo sąsiad z boku widział, że w szopie za domem coś zakopują, z czasem można było dojrzeć, że cała stodoła aż chodzi od szczurów. Musiały mieć pożywkę – sąsiadka z przeciwka znacząco głaszcze po głowie pilnującego obejścia owczarka. – Podobno raz proboszcza po kolędzie wpuścili do domu, to po minucie uciekł, smrodu nie mógł wytrzymać. – Owszem, raz byłem w środku, ale w domu był tylko Marcin. Agnieszki i żadnego psa nie było, może gdzieś wyszła – precyzuje proboszcz. – Oni nie byli specjalnie religijni, ale o ich losie wiedział tu każdy mieszkaniec i oczywiście gmina. Kilka miesięcy temu, kiedy Marcin umarł, Agnieszka zupełnie się rozsypała.

– Kilka lat temu córka pierwsze listy pisała i do ośrodka pomocy społecznej dzwoniła – sąsiadkę z domu koło kapliczki codziennie budziło ujadanie psów Agnieszki. – Brak reakcji? – Nie, nie, reakcja była: urzędniczki przyjeżdżały tu wiele razy, przez płot z Agnieszką gadały. Ale co z tego, skoro zawsze z ich strony był później jeden argument: ona nie chce pomocy, nic tu po nas. Jedyne, co w tym czasie zrobili, to parę lat temu, kiedy złom i śmieci przestały się mieścić na podwórku, obejście im wysprzątali. Ale co z tego – lato minęło i było jak dawniej.

Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej z odległego o kilka kilometrów Gielniowa to dwa pokoje, kierowniczka i kilku pracowników socjalnych. Życie Agnieszki B. to od kilku dni wiodący temat rozmów w urzędzie: najpierw dowiedzieli się o wizycie działaczy od zwierząt i zobaczyli w internecie przerażające nagranie, parę dni temu pojawiły się ekipy telewizyjne TVN i TVP. – Zapadła decyzja, że w zaistniałej sytuacji wystąpimy do sądu o częściowe ubezwłasnowolnienie Agnieszki B. – informuje kierowniczka ośrodka. Co zrobili wcześniej? – Wiele. Sprawa tej niezaradnej rodziny znana nam jest od kilku lat, pracownicy byli tam mnóstwo razy. Rozmawiał z nami brat tej kobiety, ona nie chciała. Jakiś czas temu sprzątaliśmy im nawet obejście. Ale nigdy nie chcieli żadnej pomocy i od jakiegoś czasu nie wpuszczali nas do domu. A jeśli ktoś nie chce, to my nie możemy. – Nie mieliście podejrzeń, że dochodzi tam do znęcania się nad zwierzętami? – Nie, tam w domu było zawsze sporo psów, ale te, które biegały po podwórku, nie były jakoś... specjalnie chude – informuje kierowniczka, która nie przypomina sobie telefonów i listów od mieszkańców w sprawie dramatycznego losu zwierząt Agnieszki B. – Po prostu nie wiedzieliśmy, że tam jest... aż tak źle. Dopiero te filmy nas zszokowały.

Sąsiadka z przeciwka potwierdza, że urzędnicy z opieki bywali w Bielinach często, ale zastrzega, by „psów na nich nie wieszać”: – Starali się, starali. I wszystko wiedzieli, co w środku jest. Ale stali tu za płotem, a ona do nich krzyczała, że jak wejdą na siłę, to ona się obwiesi, życie sobie odbierze. I oni odjeżdżali, bo nie chcieli mieć kobiety na sumieniu.

Problem w tym, że jeśli Agnieszka B. naprawdę mówiła o samobójstwie, pracownicy socjalni odjeżdżać nie powinni. Jeśli istnieje zagrożenie dla zdrowia lub życia podopiecznego zdradzającego w dodatku objawy psychicznego rozchwiania, jego odmowa pomocy nie ma nic do rzeczy – urzędnicy powinni natychmiast wezwać lekarza, który może zawieźć pacjenta na obserwację psychiatryczną. Pracownik socjalny może też wystąpić do sądu o taką obserwację bezpośrednio, z urzędu. Dziś kierowniczka GOPS z Gielniowa zarzeka się jednak, wbrew twierdzeniom kilku sąsiadów, że jej i urzędnikom nic nie wiadomo, by Agnieszka B. groziła samobójstwem.

Tylko nie internet

Działacze „Pogotowia dla Zwierząt” pracowali w Bielinach kilka godzin. Wiele zwłok psów zakopano za domem, a ich ciała były częściowo zjedzone – prawdopodobnie wygłodzone psy zjadały swoich padłych towarzyszy. Weterynarzom udało się uratować wszystkie psy, także te poranione i pozbawione sierści. Trafiły do tzw. domów tymczasowych, teraz Bielawski i wolontariusze robią wszystko, by znaleźć dla nich nowych właścicieli oraz... pieniądze na leczenie. – Nasza organizacja nie jest bogata, a leczenie tych kilkunastu psiaków jest niezwykle trudne i będzie kosztować naście tysięcy złotych. Wszystkie miały świerzb, rozległe rany, olbrzymie ilości robaków. Teraz są leczone, ale bardzo, bardzo biedne i przestraszone.

Odebranych Agnieszce B. psów nadal nie można do syta nakarmić. Były tak wygłodzone, że jednorazowy nadmiar jedzenia spowodowałby śmierć. Stopniowo zwiększana zmielona dawka karmy znika codziennie z misek w ciągu kilku sekund.

Grzegorz Bielawski przestrzega przed zbyt łatwym szufladkowaniem Agnieszki B. jako „niczego nieświadomej, chorej i zagubionej”. – Nie jestem lekarzem i nie chcę wchodzić w te buty, tym bardziej że nikt zdrowy psychicznie nie doprowadziłby siebie i zwierząt do takiego stanu. Pamiętam jednak, że w jednej sprawie właścicielka psów wykazywała nadzwyczajną trzeźwość umysłu: gdy próbowaliśmy zabezpieczyć zwierzęta, kilka razy pytała: „Po co robicie zdjęcia?”; „Po co nagrywacie film?”. Zapytałem, dlaczego ją to tak bardzo interesuje. Powiedziała wprost, że nie chce, by „trafiło to do internetu”. A więc – moim zdaniem – mimo choroby wiedziała, że robi tym zwierzętom krzywdę, że przez nią cierpią, i wstydziła się swojego postępowania. Kiedy będę w tej sprawie zeznawał i dostanę pytanie, czy ta pani miała zamiar znęcania się nad zwierzętami, bez wahania odpowiem, że tak.

Jeśli biegli ocenią, że Agnieszka B. może stanąć przed sądem za znęcanie się nad zwierzętami, będzie jej grozić do dwóch lat więzienia.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.