Po raz pierwszy w życiu czuję bezsilność (Przegląd Sportowy)

Angora - - Kto Czyta, Nie Błądzi - Rozmowa z TOMASZEM GOLLOBEM, żużlowcem

Rozmowa z Tomaszem Gollobem.

– Dziękuję za możliwość rozmowy – pierwszej po długiej ciszy, którą nam pan zafundował. Wiedzieliśmy, że nie jest dobrze, ale liczyliśmy na szybką wiadomość o poprawie stanu pańskiego zdrowia.

– Wszyscy oczekiwali dobrych wiadomości. Ja także. Niestety, uraz jest ogromny, a mój stan zdrowia nie jest tak dobry, jakbym tego oczekiwał. Ale i tak jest lepiej niż w pierwszych dniach po wypadku. Z relacji lekarzy wiem, że stoczyli prawdziwą walkę o moje życie. Po przebudzeniu liczyłem, że wszystko pójdzie łatwiej.

– Czy w tej sytuacji w ogóle możemy mówić o postępach w odzyskiwaniu przez pana sprawności?

– Jeśli porównamy moją obecną sytuację z tą po wypadku, to na pewno można mówić o poprawie. Wcześniej walczyłem o życie, a teraz mogę swobodnie rozmawiać i ćwiczyć. Niestety, proces dochodzenia do sprawności został zakłócony przez pojawianie się spastyczności (nadmierne niekontrolowane napięcie mięśni – przyp. red.). Po wypadku lekarze niemal codziennie pytali o objawy. Wtedy jednak nie wiedziałem jeszcze, o co im chodzi. Dopiero po około dwóch miesiącach od wypadku ruchy spastyczne zaczęły postępować. Dopiero wtedy zrozumiałem obawy lekarzy. Już wiem, że nie ma w życiu nic trudniejszego niż spastyczność. Ona nie daje mi spokoju ani przez moment. Atakuje niespodziewanie i sprawia, że nie jestem sobą. Być może z czasem objawy ustąpią. To jednak długotrwały proces.

– To właśnie największa przeszkoda uniemożliwiająca powrót do domu?

– Jedna z kilku, ale zdecydowanie najpoważniejsza. Zresztą, z powrotem do domu w ogóle mi się nie spieszy. Nie ma dla mnie znaczenia, kiedy wrócę, bo ważniejsze jest pytanie, w jakim stanie? Lekarze codziennie rano dokładnie przepytują mnie i tak jak ja oczekują dobrych wieści. Ciągle czekamy na poprawę, bo rdzeń wciąż ma czas na wysłanie pozytywnych sygnałów. Wszyscy ich wyczekujemy.

– Kiedy po raz pierwszy uświadomił pan sobie, że nie ma czucia w nogach?

– Świadomość odzyskałem po tygodniu, a zrozumienie tego, co się stało, zajęło kilka dodatkowych dni. Pierwsze tygodnie były najgorsze pod każdym względem. Nigdy nie przypuszczałem, że przydarzy mi się wypadek, którego konsekwencje będą aż tak poważne. Zanim nauczyłem się żyć z bólem, minęło kilka tygodni. W tym czasie musiałem uczyć się wielu rzeczy od nowa. To był zdecydowanie najgorszy okres do tej pory.

– Dlaczego tak długo zwlekał pan, by opowiedzieć o tym, co się stało? Bał się pan?

– Nie bałem się. Po prostu wiedziałem, że potrzebuję czasu. Wiedziałem też, że media chcą wykorzystać sytuację i mój wypadek. Nie chciałem w tym uczestniczyć. Zwłaszcza że nie czułem się najlepiej. Przyszedł czas, że sam chcę opowiedzieć o tym, co się stało i jak wygląda moja sytuacja. Inna sprawa, że w szpitalu żyję tak naprawdę z godziny na godzinę. Koncentruję się tylko na czynnościach, które mogą doraźnie poprawić mój stan zdrowia i ograniczyć ból. Wcześniej miałem nadzieję, że poprawa będzie na tyle szybka, że pierwszego wywiadu udzielę już z domu.

– Co jest teraz największym problemem na drodze do odzyskiwania sprawności?

– Zdecydowanie ból. Do niedawna wydawało mi się, że człowiek cierpi po złamaniu nogi czy ręki. Okazało się, że tamte cierpienia są tak naprawdę wstępem do prawdziwego bólu, z którym teraz muszę żyć codziennie.

– Czyli w ostatnich pięciu miesiącach nie miał pan choćby jednego dnia, w którym wydawało się, że ból osłabł i przełom jest blisko?

– Niestety, nie. Z boku wygląda to może łatwiej, ale to zdecydowanie najtrudniejsza walka w moim życiu. Trwa od pięciu miesięcy. Przez większość kariery celem, który mnie motywował, było mistrzostwo świata, teraz jest nim odzyskanie zdrowia.

– Przenosiny do innego kraju i poddanie się nowatorskiej terapii eksperymentalnej są brane pod uwagę?

– Na razie jestem bardzo zadowolony z opieki w Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Bydgoszczy. Chcę podziękować lekarzom i wszystkim osobom, które z niesamowitym oddaniem opiekują się mną. Operację ratującą mi życie przeprowadził profesor Marek Harat, który potem zajmował się mną na oddziale neurochirurgii. Z równie wielką troską na oddziale intensywnej opieki medycznej czuwał nade mną doktor Włodarski. Dziś mój stan zdrowia monitorują dr Tywoniuk i dr Radziszewski. Przez cały czas czuwa nade mną też mój anioł stróż dr Cezary Rybacki. Trudno znaleźć słowa, by podziękować im za to, co dla mnie zrobili. To znakomity szpital i wzór dla innych ośrodków. Zresztą, gdyby nie wybitni specjaliści pracujący w tym szpitalu, już dawno musiałbym zakończyć karierę. Oni zawsze ratowali mnie z największych problemów. I tym razem jest podobnie. Analizujemy wszystkie możliwości.

– Szansą na odzyskanie sprawności może okazać się terapia eksperymentalna w zagranicznym szpitalu. Podejmie pan ryzyko?

–W mojej sytuacji wszystko, co daje nadzieję na godne życie, jest warte sprawdzenia. Nie boję się eksperymentów i gdy tylko pojawi się sensowne rozwiązanie, to na pewno wykorzystam szansę. Jestem w kontakcie z innymi żużlowcami, których spotkał podobny los. Wymieniałem się spostrzeżeniami z Darcym Wardem, Leigh Adamsem czy Krzyśkiem Cegielskim. Każdy z nich ma inne doświadczenia i każdemu pomogło coś innego. Przy takich urazach nie ma jednego dobrego rozwiązania. Najbliższe miesiące na pewno spędzę na oddziale rehabilitacji.

– Za panem tygodnie żmudnych ćwiczeń. Jak wygląda typowy dzień w szpitalu?

– Rozpoczynam bardzo wcześnie, bo już około siódmej rano. Do popołudnia dzień mam zapełniony ćwiczeniami. Rehabilitacja odbywa się codziennie poza niedzielą. Walka nie zatrzymuje się jednak nigdy, bo cały czas zmagam się z bólem. Wieczorem jest czas na przygotowanie do kolejnego trudnego dnia.

– Do tej pory bywał pan w szpitalach tylko na krótkich wizytach. Trudno przyzwyczaić się sportowcowi do monotonnej rzeczywistości?

– Monotonia nie jest problemem. Trening sportowca jest monotonny i przez lata byłem do niego przyzwyczajony, potrafiłem się nim cieszyć. W szpitalu mogę spędzić nawet dwa lata, muszę tylko widzieć cel. On jest rozłożony na etapy, bo ciągle jesteśmy na etapie szoku rdzeniowego. Wierzę, że w najbliższych miesiącach nastąpi przełom. Poza tym humor poprawia każdy najmniejszy postęp. Gdy widzę, że coś idzie mi łatwiej niż wcześniej, zyskuję dodatkową motywację. Mam jednak świadomość, że łatwiej byłoby wymienić nogę, niż naprawić to, co mi się stało.

– Trudno jest zmobilizować się do codziennych ćwiczeń, które powodują ból?

– Codziennie czekam na rehabilitację i to ona jest wyznacznikiem tego, co będzie się działo dalej. Jeżeli poszło mi dobrze, to jestem szczęśliwy i gotowy do dalszej walki. Szybko musiałem zrozumieć, że nie mogę się przepracowywać, bo to grozi pogorszeniem mojej sytuacji. W końcu pogodziłem się z tym, że niczego nie da się przyspieszyć. Poza tym wielką przyjemnością są choćby krótkie wizyty w domu. Po dwóch, trzech godzinach wracam na oddział, ale czuję się znacznie lepiej.

– Co zwykle robi pan podczas takich pobytów w domu?

– Czasu jest tak mało, że nie wystarcza na nic konkretnego. Po prostu cieszę się z możliwości pobycia w domu.

– W szpitalu ma pan czas na rozmowy z innymi pacjentami?

– Oczywiście. Sporo się można z takich rozmów nauczyć. W poprzednich latach często odwiedzałem klinikę rehabilitacji, ale wtedy aż tak nie zwracałem uwagi na leżących tu ludzi i ich dramaty. Ostatnio przyszedł do mnie chłopak, z którym kilka lat wcześniej zamieniłem na szpitalnym korytarzu kilka zdań. Wtedy był w złym stanie, na wózku, a ja próbowałem podnieść go na duchu. Przypomniał mi całą sytuację i moje słowa, żeby walczył i się nie poddawał, a na pewno uda mu się odzyskać sprawność. Od tamtego spotkania minęły 2 – 3 lata i tym razem to on przyszedł do szpitala o własnych siłach, bez wózka i przypomniał nasze spotkanie. Życzył mi dokładnie tego samego. Nasze role się odwróciły, to coś niesamowitego. Takie wizyty dodają dużo siły. Dają także sporo do myślenia.

– Wróćmy do momentu wypadku. Pamięta pan, jak doszło do upadku ze skarpy podczas zawodów motocrossowych w Chełmnie?

– Kompletnie nic nie pamiętam z tych zawodów. Uderzenie musiało być atomowe. Takie wspomnienia szybko wymazuje się z pamięci.

– Świadkowie mówią, że tuż po upadku krzyczał pan, że nie czuje nóg.

– Mogło tak być, bo byłem wtedy w szoku. Pamiętam dopiero chwile w szpitalu tuż po przebudzeniu.

– Dla kogo pierwsze rozmowy były trudniejsze? Dla pana czy bliskich?

– Myślę, że wszyscy przeżywali to podobnie. Trochę czasu zajęło mi, zanim zdałem sobie sprawę z tego, co się stało i jakie będą tego konsekwencje.

– Czy żałuje pan, że w tamtą niedzielę wystartował pan rano w zawodach motocrossowych? Gdyby nie to, dziś wszystko byłoby dobrze.

– Na crossie jeździłem od 10. roku życia i był to mój normalny sposób przygotowań do każdego sezonu. W Hiszpanii w ten sposób dochodziłem do formy potrzebnej na żużlowym torze. Zawsze podchodziłem do tego profesjonalnie i odpowiedzialnie. Nigdy nie przypuszczałem, że mogłoby się stać coś takiego. Po ostatnim poważnym upadku w 2013 roku w Sztokholmie wydawało mi się, że wyczerpałem limit pecha.

– Zastanawiał się pan nad przyczyną wypadku? Eksperci analizowali, że winna mogła być usterka sprzętu.

– Nie pamiętam tego zdarzenia i nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie ma sensu gdybać.

– Zastanawia się pan, co będzie robił, gdy w końcu wyjdzie ze szpitala? Mówiło się o objęciu sterów Polonii Bydgoszcz czy innej posadzie we władzach PGE Ekstraligi.

– Pomysłów wcześniej miałem sporo, ale wszystko stało się nieaktualne w momencie wypadku. Teraz skupiam się jedynie na tym, by wrócić do sprawności. O kolejnych celach pomyślę później. Gdy wyzdrowieję, na pewno szybko zatęsknię za żużlem i będę chciał być jak najbliżej tej dyscypliny. Tam jest moje miejsce.

– W szpitalu ma pan okazję śledzić rozgrywki żużlowe?

– Staram się być cały czas na bieżąco i z dumą obserwuję sukcesy Polaków w Grand Prix i Drużynowym Pucharze Świata. Kilka razy rozmawiałem m.in. z Bartkiem Zmarzlikiem. Koledzy z toru dzwonili nawet po poradę, ale staram się trzymać dystans, bo nie ma mnie przy nich i nie mogę zbyt wiele pomóc.

– Doświadczenia z żużlowych torów pomagają w codziennej walce z przeciwnościami losu?

– I tak, i nie. W szpitalu po raz pierwszy poczułem prawdziwą bezsilność. Sport przyzwyczaił mnie do tego, że nawet z największej porażki można szybko wyciągnąć wnioski i zrewanżować się po kilku minutach. Teraz jestem bezsilny, bo nie mogę ćwiczyć cały czas, a progres pojawia się bardzo wolno. Chciałbym dawać z siebie jeszcze więcej, ale to po prostu zabronione. W szpitalu bardziej od powtarzalności liczą się wytrwałość i cierpliwość.

– Pojawiają się czasami u pana czarne myśli, że sytuacja mimo upływu lat wcale się nie poprawi?

– Nie ma takiej możliwości! Jestem dobrej myśli i wierzę, że wyjdę z tego. Zaakceptowałem sytuację, w jakiej jestem, ale się z nią nie pogodziłem. Celem jest wyjście ze szpitala o własnych siłach. Nie ma znaczenia, czy będzie to za miesiąc, czy może za kilka lat. Liczy się osiągnięcie celu. Mam przy sobie najlepszych specjalistów i wspólną pracą uda nam się pokonać przeciwności. Rdzeń ma jeszcze czas na reakcję. Istotny progres może przyjść w każdej chwili. Ani przez chwilę w to nie zwątpiłem.

Nr 231 (4 X). Cena 2,99 zł

Fot. PAP/ Tytus Żmijewski

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.