To koniec kraju, jaki znamy?

Angora - - Kto Czyta, Nie Błądzi - Na podst.: elpais.com, lavanguardia.com

Katalończycy żądają niepodległości.

Wydawałoby się, że w niedzielę 1 października władze Katalonii zagrały na nosie rządowi Hiszpanii, gdy wbrew prawu przeprowadziły jednostronne referendum w sprawie statusu regionu i przekształcenia go w niepodległą republikę – „jeśli taka będzie wola Katalończyków”. W olą większości spośród 42 proc. uprawnionych do głosowania rzeczywiście było odłączenie się od Hiszpanii, jednak konstytucja przewidziała taką możliwość tylko w przypadku ogólnokrajowego referendum, a nie lokalnego. Mimo braku poparcia Europy i nieugiętej postawy władzy centralnej szef katalońskiego rządu zapowiedział, że nie cofnie się przed wprowadzeniem wyników głosowania w życie i właściwie to już czuje się „ jak prezydent wolnego kraju”. Komentatorzy zastanawiają się, czy to tylko współczesna wersja donkiszo- terii czy dążenie, które ma szansę się powieść.

„Czy chcesz, żeby Katalonia stała się niepodległym państwem w formie republiki?” – brzmiało pytanie sformułowane na potrzeby niedzielnego referendum. Według lokalnych władz „na tak” były ponad dwa miliony Katalończyków spośród 5 343 358 uprawnionych do głosowania, a „na nie” zaledwie 8 proc., czyli około 176 tysięcy osób. Żeby zrozumieć, skąd współcześnie tak duże poparcie dla oderwania regionu, który w Hiszpanii cieszy się największą autonomią, należy cofnąć się do wyborów parlamentarnych w Katalonii z 2015 roku, kiedy zdecydowane zwycięstwo odniosła nowa koalicja tradycyjnych ugrupowań niepodległościowych, które zjednoczyły się pod nazwą „Razem na Tak” (Junts pel Sí) i połączyły siły z nacjonalistyczną, skrajnie lewicową i antysystemową partią CUP. Ich najważniejszym celem było zbudowanie niepodległego państwa katalońskiego w formie republiki. W tym celu już 9 listopada, dysponując większością głosów, przeforsowa- li w parlamencie Deklarację Inicjacji Procesu Niepodległościowego, która zapoczątkowała prace nad odłączeniem się Katalonii od Hiszpanii. R eferendum 1 października miało być kulminacyjną odsłoną tego procesu. Ustawę o referendum niepodległościowym przyjęto w pośpiechu podczas nocnego głosowania 6 września. Rząd Mariano Rajoya niemal od razu uznał ustawę za nielegalną. Trybunał Konstytucyjny już 7 września ją zdelegalizował, a Prokuratura Generalna przesłuchała burmistrzów katalońskich miast i wydała nakazy o zarekwirowaniu materiałów promocyjnych, urn wyborczych oraz kart do głosowania. Ministerstwo finansów zablokowało nawet wszystkie konta bankowe władz katalońskich, żeby nie było dostępu do funduszy, z których zamierzano sfinansować referendum. Ponadto aresztowano 14 wysokiej rangi urzędników rządu katalońskiego odpowiedzialnych za organizację głosowania. Mimo tak wielu podjętych przez rząd działań pre-

mier Katalonii Carles Puigdemont uparcie twierdził, że do referendum dojdzie, i udało mu się do niego doprowadzić.

1 października nastąpiła maksymalna mobilizacja Katalończyków – do urn wyborczych ruszyły tłumy. Rząd już pod koniec września skierował do katalońskich miast dodatkowe jednostki policji. Mundurowi pojawili się przed lokalami wyborczymi jeszcze przed godziną 9, kiedy lokale się otwierały. Większość funkcjonariuszy lokalnych Mossos d’Esquadra ograniczyła się jedynie do patrolowania okolic lokali, mimo nakazu Najwyższego Trybunału Sprawiedliwości Katalonii, by zapobieżono oddawaniu głosów przez Katalończyków. Podlegająca ministerstwu spraw wewnętrznych formacja paramilitarna Guardia Civil oraz hiszpańska policja nie były już tak delikatne. Funkcjonariusze brutalnie wyciągali ze szkół chcących zagłosować Katalończyków. Na licznych filmach i zdjęciach, które bardzo szybko trafiły do sieci, można oglądać wyjątkową brutalność mundurowych nie tylko w stosunku do mężczyzn w sile wieku, ale i kobiet oraz osób starszych. W edług szacunkowych danych służb medycznych Katalonii (SEM) po pomoc z powodu ataków policji zgłosiły się do szpitali 844 osoby, niektóre źródła mówią nawet o 893 rannych. Opinia międzynarodowa, w tym Donald Tusk jako szef Rady Europejskiej zdecydowanie potępili akty przemocy, do jakich doszło w dniu głosowania. Wiadomo, że cztery osoby były hospitalizowane, a stan dwóch z nich określono jako ciężki. Obaj poważnie poszkodowani to mężczyźni: jeden z nich dostał w oko gumową kulą (kul użyto do rozproszenia tłumu, mimo wprowadzonego w Katalonii w maju 2014 roku zakazu ich stosowania), drugi dostał zawału chwilę po tym, jak wywleczono go siłą z komisji wyborczej i rzucono na ziemię. Rannych zostało też 33 policjantów.

Poruszeni aktami przemocy Katalończycy postanowili wyrazić swoje niezadowolenie poprzez strajk generalny, który rozpoczęli we wtorek wczesnym rankiem. Barcelona została praktycznie sparaliżowana. Komunikacja miejska działała w minimalnym zakresie, zamykano szkoły i przedszkola, przekładano wizyty lekarskie i drobne zabiegi. Rozjuszeni Katalończycy przeganiali stacjonujących w hotelach funkcjonariuszy policji. Tego samego dnia po południu król Hiszpanii Filip VI zdecydował się wygłosić orędzie do obywateli. Sytuację w kraju nazwał „bardzo poważną”, a działania Puigdemonta określił jako stwarzające zagrożenie dla ekonomicznej i społecznej stabilności Katalonii i całej Hiszpanii. Wezwał Katalonię do przestrzegania prawa. Treść i ton wypowiedzi monarchy nie pozostawiły wątpliwości, że Katalonia nie ma co liczyć na łagodne traktowanie i Madryt nie będzie za wszelką cenę dążyć do dialogu – zwłaszcza mając za sobą prawo wyznaczane przez konstytucję i poparcie UE, która uznała referendum za nielegalne. Król nie uderzył się w pierś i nie przeprosił za brutalne działania policji w stosunku do niemal 900 osób, i za to został skrytykowany przez rzecznika katalońskiego rządu Jordi Turulla. Turull stwierdził: „Król zamiast załagodzić sytuację, dolał oliwy do ognia”. uigdemont próbował jeszcze ugrać poparcie Brukseli, prosząc o mediację z udziałem „aktora ze sceny międzynarodowej”, ale się przeliczył. KE uznała, że „sprawa Katalonii jest wewnętrzną sprawą Hiszpanii, którą należy rozwiązać zgodnie z porządkiem konstytucyjnym tego kraju”. Jednocześnie politycy, prawnicy i przedstawiciele mediów zaczęli głośno domagać się, by obydwa rządy usiadły do rozmów. „Nalegamy na podjęcie negocjacji. Wszystko jedno, czy z inicjatywy Barcelony czy Madrytu” – napisał dziennik „La Vanguardia”, ostrzegając: „Ogłoszenie niepodległości będzie strasznym błędem i pociągnie za sobą katastrofalne konsekwencje dla Katalonii, m.in. zastosowanie art. 155 hiszpańskiej konstytucji, w wyniku czego rząd centralny, nawet jeśli nie zniesie statutu autonomicznego regionu, to przejmie władzę nad policją autonomiczną, rozwiąże parlament w Barcelonie i rozpisze nowe wybory”. Hiszpański Trybunał Konstytucyjny nakazał zawieszenie poniedziałkowej sesji parlamentu Katalonii, na którym mogłoby dojść do ogłoszenia niepodległości Katalonii. Nie wiadomo jednak, czy to wystarczy, by Puigdemont zmienił swoje plany.

W dniu głosowania na ulice wyszli co odważniejsi przeciwnicy referendum z hasłami: „Hiszpania nie głosuje” i „Katalonia to Hiszpania”. Zwolennicy jedności śpiewali: „No nos engañan, Cataluña es España” (Nie okłamujcie nas, Katalonia to Hiszpania). Inni zaznaczali swoje poglądy w bardziej dyskretny sposób, wywie- szając na balkonach hiszpańską flagę, a niektórzy masowo ujawnili się po tym, jak piłkarz hiszpańskiej reprezentacji Gerard Pique przyznał w dniu głosowania przed kamerami, że jako Katalończyk jest za niepodległością swojego regionu i całym sercem popiera referendum. Wśród hiszpańskich kibiców zawrzało: „Pique, łajdaku, Hiszpania to twój kraj”. iłkarz honorowo odpowiedział na krytykę, że jeśli komuś przeszkadza, to jest gotów odejść z kadry jeszcze w tym roku. Po trzech dniach jednak zmienił zdanie i uderzył w inny ton: – Odejście teraz z reprezentacji byłoby przyznaniem racji tym, którzy gwiżdżą. Nie wierzę, że stanowią większość w Hiszpanii. Nie dam im tego komfortu. Moi koledzy też są za tym, żebym został – tłumaczył na konferencji prasowej. Zapytany o stosunek do separacji regionu, nie chciał już przedstawiać swojego zdania. Uznał, że sportowcy nie powinni wypowiadać się na tematy polityczne. Jednocześnie – mimo od lat narastającej wśród Hiszpanów niechęci do działań nacjonalistycznego katalońskiego rządu, zwłaszcza w zakresie indoktrynacji katalońskich dzieci w szkołach (redukcja języka hiszpańskiego do jednej godziny tygodniowo, nakłanianie do udziału w manifestacjach, polityka antyhiszpanizmu) – wielu niezdecydowanych Katalończyków murem stanęło za separatystami, kiedy w dniu referendum na ulicach polała się krew. – Obraz bitych kobiet i starców na długo zostanie w naszej pamięci – komentowali.

Mimo pogłębienia podziałów w społeczeństwie rząd nie zrezygnował jednak z manifestacji siły. Media poinformowały w czwartek, że do Katalonii skierowane zostały dodatkowe siły zbrojne, a resort obrony potwierdził, że we wtorek do Barcelony dotrą także trzy okręty hiszpańskiej marynarki wojennej (oficjalnie w związku z odbywającym się tam między 11 a 15 października Międzynarodowym Salonem Nautycznym). – Nawet jeśli jest to, jak można oceniać, jedynie element gry psychologicznej, nie wolno go lekceważyć – twierdzili politycy lewicy, którzy coraz donośniej zaczęli domagać się mediacji i dialogu na linii Madryt – Barcelona. – Opamiętajcie się, powściągnijcie emocje dla wspólnego dobra – apelowały największe hiszpańskie dzienniki i elita intelektualna kraju. W tym samym czasie Puigdemont zapytany przez dziennikarza niemieckiego „Bilda” o ewentualne aresztowanie odparł prowokacyjnie: Osobiście nie boję się tego, choć byłby to barbarzyński krok. (ESZ)

Fot. Reuters/Forum

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.