Śmierć głośna, śmierć cicha

Angora - - Kto Czyta, Nie Błądzi - Ciąg dalszy nastąpi Rys. Mirosław Stankiewicz

Streszczenie odcinka 37. Na posterunek policji trafił mężczyzna owinięty w koc obwiązany sznurem z przypiętą kartką i napisem: „Macie swego zwyrodnialca” Kiedy doszedł do siebie, powiedział, że nazywa się Jan Mazurkiewicz, został porwany z domu, i podał swój adres. – Mąż miał jechać wczoraj do Warszawy, ale gdzieś zaginął. Telefony do tej pory się urywają – powiedziała policjantom żona Jana Mazurkiewicza.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––– Podeszła do kominka, zdjęła fotografię w srebrnej ramce i podała Michałowi. Zobaczył na niej otyłego mężczyznę w bryczesach, który stał z dumną miną przy leżącej sarnie. Jego twarz nie była obrzękła, włosy miał przylizane brylantyną, oczy patrzyły śmiało na sarnę, a jednak był to ten sam człowiek, który w tej chwili śmierdział w komendzie na Kilińskiego.

– To mój mąż, wspaniały człowiek i obywatel – usiadła na kanapie w duże kwiatowe wzory. Zaciągnęła się papierosem, lecz nie miała dosyć i poprawiła, przytrzymując dłużej dym w płucach. – Tak, piękne zdjęcie... Twierdzi pani, że zniknął. – Ostatni raz widziałam go wczoraj przed południem. O dwunastej miał jechać do Warszawy, ja wcześniej miałam swojego fryzjera. Zjedliśmy razem śniadanie, spakowałam go osobiście, bo zawsze czegoś zapomina... – Po co jechał do Warszawy, jeśli to nie tajemnica? – Nie wiem. Nie pytam o jego zawodowe sprawy, a on mówi mi o nich tylko wtedy, kiedy chce rady. Nie prowadzi dobrze, więc o dwunastej miał go wieźć kierowca z Kurii. Przyjechał punktualnie, służąca czekała z płaszczem w hallu, ale mąż nie schodził. Weszła więc na górę, a tam tylko walizka... – Co zrobiła wtedy? – A co miała zrobić? Jest rezolutna. Odprawiła szofera. Znała numer telefonu do mojego fryzjera i zadzwoniła... – Przyjechała pani niebawem? – Natychmiast. Proszę zobaczyć, włosy z tej strony nie zdążyły być odpowiednio potraktowane... – dotknęła skroni, odsłaniając zgrabną szyję i ucho.

Pomyślał, że tak samo pragnęłaby podziwu na pogrzebie swojego męża, a może nawet i na własnym. – Przyjechałam i Jana nie było. – Czy mogę zobaczyć walizkę, którą zostawił? – Oczywiście. Proszę za mną. Wstała i nie oglądając się na Michała, wyszła z pokoju. Wolno wchodziła po schodach prowadzących na pierwsze piętro. Przyłapał się na tym, że jak zahipnotyzowany patrzy na szwy jej pończoch podkreślające urodę długich nóg. Wydawało mu się, że słyszy szelest ocierającego się o siebie jedwabiu.

Na piętrze pchnęła dębowe drzwi i weszła do jednego z pokojów.

Jeśli do tej pory biurko pana wojewody, które widział raz w życiu, wydało mu się największe z możliwych, to teraz dopiero przekonał się, czym jest prawdziwa wielkość. Człowiek siedzący za czymś takich rozmiarów musiał czuć się ważniejszy od innych. Potężny kałamarz z brązu, którego pilnował orzeł z rozpostartymi skrzydłami jedynie to potwierdzał. Olbrzymia szafa biblioteczna wypełniona była tomiszczami oprawionymi w szare płótno. Na ścianie za biurkiem wisiał portret Jana Mazurkiewicza, na którym ten wyglądał na zamyślonego nad ważnymi problemami Polski i Europy. Drugi portret, mniejszy, przedstawiał mężczyznę w kościelnej szacie.

– To biskup Sapieha. W przyszłości na pewno kardynał... Mąż bardzo go poważa. A oto walizka, którą osobiście pakowałam. – Sięgnęła po niewielki skórzany bagaż, położyła go na biurku i otworzyła. – Wszystko jest tak, jak ułożyłam, koszule, piżama, garnitur...

Popatrzył z góry, nie dotykając niczego. Dojrzał piersiówkę w skórzanym etui, na którym wytłoczono rysunek głowy jelenia i jedwabny szal koloru biskupiej szaty. – Czy jest gdzieś portfel męża? – Nosił go w marynarce, a więc jeżeli go nie ma, to nie ma też portfela. To chyba jasne dla pana? Niespodziewana irytacja w jej głosie dziwiła, bo nie miała podstaw. – Czy z domu coś zginęło? Jakiś cenny przedmiot? – Nie. Sprawdziłam zawartość sejfu, wszystko jest jak było. Co prawda zginęło coś, ale nie z rzeczy cennych. Proszę za mną...

Wyszła z gabinetu i poprowadziła go do dużej sypialni z oknem wychodzącym na ogród. Małżeńskie łoże mogło konkurować wielkością z biurkiem. Na jednym z nocnych stolików dostrzegł książkę Dołęgi-Mostowicza Bracia Dalcz i spółka. Gdyby to Wiktor widział, byłby wściekły, pomyślał. – Niech pan zobaczy, zginęła nasza kołdra... Faktycznie, na jedwabnym prześcieradle, oprócz dwóch poduch z wyszytymi monogramami, nic nie leżało.

– To coś nie do wiary! Cała się trzęsę... – poruszyła ramionami, pokazując, jak bardzo się trzęsie.

O dziwo, jej oczy pozostały zimne. Nie, nie zimne, poprawił się w myślach, są doskonale obojętne. – O której pani dokładnie wyszła z domu? – O jedenastej wsiadłam do samochodu. Po kwadransie siedziałam już u fryzjera Jacentego. Na Piotrkowskiej, przy Grandzie, wie pan, gdzie to jest? – Kierowca przyjechał po męża o dwunastej? – Punktualnie, jak mówi Marysia. Oni są bardzo akuratni. – Gdzie w tym czasie była służąca? – Jak to gdzie? W domu. Wyszła, tak twierdzi, tylko na kwadrans... Do profesorowej Natolińskiej, aby od jej kucharki pożyczyć konfitury różanej. Kiedy wróciła, wszystko było tak jak jest teraz. Płaszcz męża na wieszaku, kalosze równo, zresztą przez nią ułożone. Poszła więc prosto do kuchni i punktualnie o dwunastej usłyszała dzwonek do drzwi. Co było dalej, już pan wie. – Pozwoli pani, że porozmawiam z panną służącą. Gdzie ją znajdę? – Marysiu! – Mazurkiewiczowa przechyliła się przez poręcz schodów. – Już lecę, proszę pani! – Zejdę do niej i jeżeli pani pozwoli, porozmawiamy sobie w kuchni.

Nie czekając na odpowiedź, Michał szybko zszedł po schodach. Dziewczyna właśnie na nie wchodziła, kiedy skinął jej głową i wskazał palcem drzwi do kuchni. Weszła tam pierwsza. Kuchnia była nowoczesna i wyposażona we wszystko, co wymyślono, aby paniom domu chciało się w niej gotować. Zauważył nawet amerykański garnek, który reklamowano w gazetach hasłem: „Gotuje, smaży i warzy szybciej, niż mąż zauważy”.

Dziewczyna ubrana w biały fartuszek miała już swoje lata, bo wyglądała na dwudziesty piąty rok życia. Może nawet na dwudziesty siódmy. Jeżeli czymś się wyróżniała wśród milionów miłych, pucołowatych blondynek, to tym, że trzęsła się naprawdę. Każdy fragment jej ciała poruszał się w innym rytmie i natężeniu. Michał, choć widział wiele przerażonych mężczyzn i kobiet, po raz pierwszy zetknął się z podobną przypadłością. – Proszę się nie denerwować. Jak się panna nazywa? – Zofia Palczak. – Usłyszałem, że pani domu wołała „Marysiu”. – Ona na wszystkie służące mówi Marysia, co jej tam zrobić.

– Będzie najlepiej, jak mi panna wszystko opowie raz jeszcze – skarcił się myślach za formę, w której się do niej zwracał. – Proszę mi wszystko opowiedzieć...

– O dwunastej słyszę dzwonek, otwieram i widzę samochód... – Proszę opowiedzieć wszystko od momentu, kiedy za pani chlebodawczynią zamknęły się drzwi. Widziała pani, jak odjeżdża, czy tylko słyszała dźwięk motoru? – Wyszłam na schody, a więc widziałam, jak ruszyła... Ostro, jak to ona... – I co pani wtedy zrobiła? – Wróciłam do kuchni, bo miałam lekki obiad zrobić. Pod nieobecność pana pani dysponuje często omlet z konfiturą... Ubiłam trzy jajka z trzema łyżkami śmietanki i łyżką sklarowanego masła... Ach, i jeszcze podlewałam kwiaty w zimowym ogrodzie... – I nigdzie pani nie wychodziła? – A gdzie tam, wychodziłam. Do starej Natolińskiej po konfiturę z róży. Oni mają dużo tego... Musiałam też kupić podpałkę do drewna, bo pan prosił, aby po jego powrocie było już w kominku napalone... O, tu jest, firmy Płomień, najlepsza... – otworzyła drzwiczki do kredensu i z daleka pokazała czerwoną paczuszkę. Z daleka też było widać, jak bardzo trzęsą się jej ręce. Zauważyła to i szybko schowała je za siebie.

Kłamała, ale dlaczego? Byłaby wspólniczką? Na wspólnika nie wziąłby jej nikt o zdrowych zmysłach. Michał uznał, że szkoda czasu na przypieranie jej do muru.

– Proszę usiąść na taborecie, bo po tym, co powiem, może pani zemdleć. Grozi pani dożywotnie więzienie...

Nie przewidział jednego. Zemdlała naprawdę.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.