Kapuś na etacie

Angora - - Front Page - Rozmowa z WOJCIECHEM KLICKIM, ekspertem Fundacji Panoptykon

– Koordynator służb specjalnych minister Mariusz Kamiński i jego zastępca Maciej Wąsik przedstawili projekt „ustawy o jawności życia publicznego”. Czy pana zdaniem taki akt prawny jest rzeczywiście potrzebny?

– Wiele regulacji zawartych w tym projekcie już obowiązuje. Niektóre można poprawić, ale umieszczenie w jednym projekcie przepisów dotyczących jawności i zwalczania korupcji nie wydaje mi się właściwe. Według mnie jest paradoksem, że ustawę o jawności pisze i przedstawia koordynator służb specjalnych, które z samej swojej istoty są tajne.

– Przyzna pan jednak, że idea projektu, która sprowadza się do tego, że każdy obywatel ma mieć dostęp do informacji publicznej, jest z pewnością słuszna.

– Projekt zawiera jednak szereg „pułapek”, które mogą mieć bardzo negatywne skutki dla obywateli, organizacji pozarządowych czy mediów. – Co to za „pułapki”? – Jest ich kilka. Zacznę od jednej z najistotniejszych. Projekt ustawy przewiduje, że: w przypadku gdy wnioskodawca w sposób uporczywy składa wnioski, o których mowa w art. 16 ust. 1, których realizacja ze względu na ilość lub zakres udostępnianej informacji znacząco utrudniłaby działalność podmiotu obowiązanego do udzielenia informacji publicznej, podmiot ten może odmówić udostępnienia informacji publicznej.

– Co to znaczy uporczywie? Raz czy sto razy?

– To kwestia uznaniowa. W praktyce może to oznaczać, że wójt, prezydent miasta czy minister będą mogli niemal w każdej sytuacji uznać wniosek za uporczywy i odmówić udostępnienia informacji. Nasza Fundacja co roku składa wniosek do służb z pytaniem, jak często sięgają po billingi obywateli? Tak więc teraz służby będą mogły uznać, że robimy to uporczywie.

– Ale od tej decyzji będzie można odwołać się do sądu.

– Tak i uzyskać taką informację po trzech latach. Ale jak już mówiłem, to nie jest jedyna „pułapka”. Projekt przewiduje bowiem, że organ zobowiązany do udostępnienia informacji, może kazać nam za nią zapłacić.

– To chyba żart, bo przecież organy państwa i samorządu utrzymujemy z naszych podatków.

– To nie żart. Wyobraźmy sobie, że pańska redakcja wystąpi do Ministerstwa Obrony Narodowej z pytaniem o przetarg na śmigłowce. MON może wówczas powiedzieć: oczywiście udostępnimy państwu taką informację, ale jej przygotowanie będzie kosztowało 10 tysięcy złotych. Już te dwa przykłady wystarczą, żeby pokazać, że wbrew tytułowi projektu ustawy jego autorzy chcą drastycznie ograniczyć dostęp do informacji publicznej, a co za tym idzie ograniczyć jawność życia publicznego.

– Wbrew temu, co pan mówi, niektórzy politycy, także z Prawa i Sprawiedliwości, twierdzą, że niektóre rozwiązania zawarte w projekcie idą za daleko i nadmiernie zwiększają jawność życia publicznego.

– Wspomniane wyżej przepisy istotnie ją ograniczają, a jednocześnie inne nadmiernie zwiększają jawność. Bardzo wiele osób będzie zobowiązanych do składania oświadczeń majątkowych.

– Bardzo wiele to eufemizm, gdyż już dziś oświadczenia składa 800 tys. osób, a po uchwaleniu ustawy z pewnością będzie ich grubo ponad milion.

– To prawda. Większość tych oświadczeń zostanie opublikowana w internecie. Dotyczyć to będzie nie tylko urzędników służby cywilnej, ale także egzaminatorów na prawo jazdy czy też wszystkich pracowników Państwowej Straży Pożarnej. Nie wiem, dlaczego strażak czy starszy strażak (najniższe stopnie w PSP – przyp. autora) mają składać oświadczenia? Jaki to będzie mieć związek z przeciwdziałaniem korupcji. Chyba że autorom chodzi o wywołanie wśród Polaków podejrzliwości i zawiści.

– Dysponentem tych oświadczeń ma być Centralne Biuro Antykorupcyjne, które obecnie zatrudnia zaledwie 880 osób, z których nie wszyscy są funkcjonariuszami. Czy pana zdaniem CBA będzie w stanie przeanalizować ponad milion oświadczeń?

– Co prawda autorzy projektu przewidują zwiększenie zatrudnienia w Biurze o 25 proc., ale to i tak niewiele da, gdyż do tej pory CBA badało tylko jeden procent oświadczeń, a przecież dziś do ich składania jest zobowiązanych zdecydowanie mniej osób. W tym projekcie jest także przepis, który wywołuje moje przerażenie. – Aż tak. – Przerażenie to odpowiednie słowo. Na mocy nowych przepisów praktycznie każdy będzie miał wgląd we wszystkie postępowania administracyjne w całym kraju. Każdy będzie mógł złożyć wniosek do urzędu miasta z prośbą o udostępnienie wszystkich decyzji dotyczących, na przykład, przyznania pomocy socjalnej na terenie działania tego urzędu. Dostanie wówczas informacje o stanie majątkowym tych osób, pozna miejsce ich zamieszkania, dane osobowe. To samo będzie dotyczyło zapytań w sprawach o postępowanie budowlane czy nadanie numeru PESEL. To pozwoli na przykład na poznanie numeru PESEL mojej córki, mimo że ma dopiero kilka miesięcy. Szkoda, że przedstawiający założenia nowej ustawy panowie ministrowie nie wspomnieli o tych zagrożeniach ani słowa.

– Jednak strona rządowa zapewnia, że nowe regulacje znacząco poprawią transparentność państwa i kontrolę społeczną nad osobami pełniącymi funkcje publiczne.

– I dlatego przygotowane regulacje pozostawiają do arbitralnej decyzji administracji, czy zechce przeprowadzać konsultacje społeczne, czy z nich zrezygnuje? Mało tego, jeżeli będę chciał złożyć opinię do projektu jakiejś ustawy, czy na szczeblu lokalnym do planu zagospodarowania przestrzennego, to wówczas będę musiał dołączyć do niej zaświadczenie o tym, jakie są moje źródła dochodów za ostatnie dwa lata! Jedynym efektem takiego przepisu

będzie znaczące ograniczenie aktywności społecznej obywateli. I może o to właśnie chodzi.

– Podczas konferencji prasowej obaj ministrowie zapewniali, że to tylko projekt, że są otwarci na uwagi obywateli i organizacji pozarządowych, więc być może wezmą sobie do serca zastrzeżenia pana Fundacji.

– Z moich informacji wynika, że prace nad tym projektem trwały wiele miesięcy. Tymczasem osoby czy organizacje pozarządowe, które są nim zainteresowane, będą miały sześć dni roboczych na przygotowanie swoich opinii prawnych.

Czy tak wygląda otwartość na dialog?

– Skąd pana zdaniem takie szybkie tempo?

– Tego nie wiem, ale do 3 listopada będzie czas na złożenie swoich opinii, na 6 listopada wyznaczono podsumowanie konsultacji w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Ustawa ma zostać uchwalona jeszcze w tym roku i zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2018 (żeby oświadczenia majątkowe były składane już pod rządami nowej ustawy).

– Najwięcej kontrowersji wywołały przepisy dotyczące tzw. sygnalistów. Do tej pory ta nazwa kojarzyła się z pracą na kolei, ale teraz nabiera nowego znaczenia i będzie raczej synonimem kapusia czy też donosiciela.

– Od wielu lat różne ekipy rządowe podnosiły konieczność prawnego uregulowania działania sygnalistów, osób, które działając w interesie publicznym, reagują na łamanie przepisów w miejscu swojej pracy.

– Omówmy to na konkretnym przykładzie. W wielu polskich kopalniach nie były przestrzegane procedury bezpieczeństwa związane z zagrożeniem wybuchu metanu, co czasem kończyło się tragedią. Gdy więc górnik zobaczy, że celowo wyłączane są czujniki pomiaru stężenia tego gazu, to wówczas od razu powinien iść do prokuratora?

– Niestety, nie. Projekt dotyczy tylko wąskiego katalogu przestępstw związanych z korupcją. Ale nawet w takim przypadku, moim zdaniem, pierwszym krokiem powinna być rozmowa z przełożonym – jeżeli nie bezpośrednim to na przykład z kierownikiem zakładu pracy.

– Tylko że wówczas istnieje ryzyko, że taki człowiek zostanie wyrzucony z pracy.

– Po to od dziesięcioleci obowiązuje w Polsce Kodeks pracy, żeby nie dochodziło do takich sytuacji. Gdy jednak pracownik zdecyduje się od razu pójść do prokuratora i jego doniesienie dotyczyć będzie korupcji, to wówczas prokurator może nadać takiej osobie status sygnalisty. Informacja o tym fakcie będzie natychmiast przekazana do zakładu pracy.

– I wówczas, delikatnie mówiąc, nie będzie miał tam łatwego życia.

– Przyznanie takiego statusu będzie oznaczać, że pracodawca nie będzie mógł zwolnić sygnalisty, przesunąć na gorsze stanowisko ani obniżyć mu wynagrodzenia bez zgody prokuratora. Sygnalista będzie więc całkowicie zdany na jego łaskę. Prokurator w każdej chwili będzie mógł także wydać decyzję o cofnięcie pracownikowi statusu sygnalisty. Tak skonstruowany mechanizm mający przeciwdziałać korupcji jest moim zdaniem nie tylko dziurawy, ale sprzyja donosicielstwu. Mogę sobie nawet wyobrazić, że dzięki tym rozwiązaniom będzie można stworzyć w wielu ważnych i dużych prywatnych przedsiębiorstwach siatkę donosicieli.

– Pod adresem projektu „ustawa o jawności życia publicznego” powiedział pan wiele krytycznych słów. Co zatem pana zdaniem przyświecało jej autorom?

– Ten projekt jest bardzo przewrotny. Z jednej strony, wbrew nazwie, pozwala państwu i jego organom utajnić znacznie więcej, niż jest to możliwe na gruncie obecnie obowiązującego prawa, a więc pozbawić nas możliwości kontrolowania państwa. Z drugiej strony zabiera nam sporą część naszej prywatności i praw obywatelskich, czyniąc przezroczystymi wobec władzy.

– To marzenie każdej władzy. Platforma także próbowała wzmocnić swój rząd kosztem obywateli.

– Za rządów Platformy były lata, gdy liczba zapytań o dane telekomunikacyjne, w tym billingi, jakie służby kierowały do operatorów sieci komórkowych, dochodziła do 2,1 miliona rocznie. PO także próbowała ograniczyć dostęp do informacji publicznej za pomocą tzw. poprawki Rockiego (senator PO – przyp. autora) i zostawiła po sobie bardzo wiele nierozwiązanych problemów. Jednak teraz sytuacja staje się dużo bardziej niepokojąca. Jeżeli zaprezentowany projekt stanie się prawem, obywatelom będzie bardzo trudno patrzeć władzy na ręce. Ten projekt, podobnie jak uchwalona wcześniej ustawa antyterrorystyczna czy o prokuraturze, opiera się na założeniu: zaufajcie władzy, a wszystko będzie dobrze. Ale jak uczy nas życie, nie będzie. Władzy trzeba patrzeć na ręce. Dlatego musimy zrobić wszystko, żeby w takim kształcie projekt ustawy nie został uchwalony.

Rys. Piotr Rajczyk

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.