ZACHOWAĆ CZYSTOŚĆ I NIEWINNOŚĆ

Gazeta Wyborcza - CJG - - /MUZYKA - ŁUKASZ KAMIŃSKI

POD PATRONATEM Fin Greenall, znany jako Fink, jest tytanem muzycznym. W dyskografii ma sześć płyt, współpracował z Amy Winehouse, Johnem Legendem. Jego piosenki można usłyszeć na kilku ścieżkach dźwiękowych, m.in. biografii Martina Luthera Kinga, czyli „Selmie”, czy „Bez kompasu” w reżyserii Williama H. Macy’ego.

W tym roku nagrał dwie płyty, zagrał serię koncertów. Najpierw wydał „Fink’s Sunday Night Blues Club, Vol. 1”, na której oddał cześć bluesowi. Za chwilę ukaże się „Resurgam” zrealizowana z cenionym producentem Floodem.

To będzie kolejna wizyta Brytyjczyka w Polsce. W sobotę wystąpi w klubie Parlament w Gdańsku, w niedzielę w Stodole w Warszawie, w poniedziałek w klubie Kwadrat w Krakowie i w czwartek w CK Zamek w Poznaniu. albumie nagranym w Berlinie, teraz przyszła kolej na stolicę Wielkiej Brytanii. „Londyński” oznacza dla nas szorstki, oszczędny, przepełniony pewnością siebie, ale też pełen luzu. Kiedy nagrywasz w Los Angeles, cały czas świeci na ciebie słońce, wszystko tętni rock’n’rollem, życie miasta wyznaczają takie ulice jak Hollywood Boulevard. W Londynie nie mamy Hollywood Boulevard, ani słońca. To dość mroczne miejsce, i ten klimat, mrok przekradł się do naszej muzyki. Współpraca z Floodem musiała być niesamowitym doświadczeniem.

Na początku powiedzieliśmy mu: „Stary, w nadchodzących dyskusjach na temat naszej płyty zawsze będziesz miał rację, jesteś w końcu nagradzanym Grammy geniuszem, ty mów, my będziemy słuchać”. Cały talent Flooda polega jednak na tym, że on nie podejmuje za muzyków decyzji, nie pisze piosenek, nie jest częścią zespołu. Ma natomiast niezwykłe wyczucie, jak nadać muzyce odpowiedni ton, nastrój. Chciałbym współpracować z nim w przyszłości.

Jesteś w ciągłym ruchu, dużo koncertujesz, w tym roku wydałeś dwie płyty. Na ile muzyka stała się twoim codziennym życiem, a na ile jest od życia ucieczką?

Muzyka jest potężną częścią mojego życia od chwili, kiedy zdałem sobie sprawę, że potrafię ją tworzyć i że dzięki niej jestem w stanie się utrzymać. Jest też oczywiście ucieczką od rzeczywistości, bo nie oszukujmy się, rzeczywistość potrafi być rozczarowująca. Wiele osób tak traktuje muzykę, dla wielu jest schronieniem. Muzyka jest dla mnie jak mój dom – oswojona, uporządkowana w pewien sposób. Moim ulubionym dniem pracy jest dzień spędzony w studiu.

A ulubionym dniem wolnym?

Dzień w studiu. Nie ma już granicy między życiem a muzyką.

A czy masz chwile, kiedy nie słyszysz muzyki, kiedy znajdujesz się w całkowitej ciszy?

Jak najbardziej. Zdarzały mi się chwile, w których czułem, że moja kariera mnie zatapia. To bardzo przykre uczucie, porównywalne do uczucia, kiedy przestajesz kogoś kochać. Nauczyłem się medytować, dzięki czemu zachowuję spokój, otaczam się piękną ciszą. To niesłuchanie ważne, żeby pamiętać, że muzyka nie służy do spłacenia kredytu. Musi zachować czystość, niewinność.

Czym jest blues w XXI wieku? Jak bardzo się zmienił?

Niestety kultura bluesowa w XXI wieku jest w przeważającej części żałosna. Są artyści, jak choćby Seasick Steve, Black Keys, Jack White, którzy przypominają wszystkim, czym ta muzyka naprawdę jest. Chodzi w niej o osobowość, nie o skalę muzyczną. Tu pasja jest ważniejsza niż umiejętności, emocje ważniejsze od spraw technicznych. Blues powstał w nie najbardziej przyjaznym miejscu na świecie. Tymczasem wielu współczesnych muzyków mieszka w miejscach przyjemnych. Nie ma chyba też wielu oryginalnych osobowości na tej scenie dziś. Ty sam nagrałeś płytę bluesową.

Zależało mi przede wszystkim, żeby była prawdziwa, szczera. Spotkałem się z ostrą krytyką. Wiele osób mi powiedziało, że nie podoba im się mój album. Kiedy ich pytałem, czy lubią bluesa, mówili, że nie. I to właśnie ich opinia była dla mnie dowodem, że nagrałem płytę bluesową. Powiedziałeś, że na „Resurgam” są piosenki, których sam chciałbyś słuchać. A są jakieś kompozycje innych artystów, za które sprzedałbyś duszę, żeby były twoje?

No z milion piosenek Radiohead. Są też „Blood Moon” projektu M Craft, „All is Full of Love” Björk, „Paint It, Black” Stonesów. Dodałbym do tej wyliczanki „Hey Jude” Beatlesów, „Use Somebody” Kings of Leon czy jakąkolwiek piosenkę z płyty „Hejira”. Nie potrafię wybrać jednej, wybierz sam.

Intymne, nastrojowe ballady, mocno zakorzenione w rzeczywistości, które są od niej ucieczką. Do Polski przyjeżdża popularny brytyjski muzyk Fink ze swoją najnowszą płytą.

NIEDZIELA, 17 września. Stodoła, ul. Batorego 10. Wejście od godz. 18. Bilety od 79 zł do 99 zł.

Fink

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.