BLADE RUNNER 2049

Gazeta Wyborcza - CJG - - /KINO -

USA, Wielka Brytania, Kanada, 2017 (Blade Runner 2049). Reż. Denis Villeneuve. Aktorzy: Ryan Gosling, Harrison Ford, Sylvia Hoeks, Jared Leto, Ana de Armas

Kino science fiction najwyższej próby. Kontynuacji „Łowcy androidów” nie ciąży obsesja dorównania oryginałowi ani odpowiedzenia na postawione w nim pytania – nawet jeśli odwołuje się do podobnych dylematów. W końcu w 2049 roku, po buntach replikantów i przejęciu przez Niandera Wallace’a schedy po korporacji Tyrella, pytania o istotę życia czy granicę między rzeczywistością a złudzeniem wybrzmiewają jeszcze intensywniej. Opowieść osadzono w świecie, w którym miłość jest hologramem, a wspomnienia pozostają implantowanym marzeniem.

Los Angeles to szarobury, duszący się od smogu moloch. Na rubieżach metropolii rozciągają się przerdzewiałe, poindustrialne śmietniska. Operator Roger Deakins bezbłędnie uchwycił melancholijny klimat wizji przyszłości łączącej świat cyfrowy z analogowym.

W tej imponującej scenografii scenarzyści Hampton Fancher z Michaelem Greenem snują kameralną opowieść o śledztwie prowadzonym przez oficera policji. W trakcie rutynowego zadania – likwidacji jednego ze starych modeli replikantów, których niedobitki wciąż się ukrywają, dokonuje on niezwykłego odkrycia. Bohater podążą tropem, który wkrótce każe mu zgłębić samego siebie.

Ryan Gosling godnie zastępuje Harrisona Forda, o którego występ najbardziej się bałem. Dla powrotu dziadziusia znaleziono na szczęście niezłą formułę, pozwalającą odnieść mu się do ikonicznego wizerunku. Oszczędny w środkach Gosling ukrywa rozterki swojej postaci pod maską wyzucia z emocji i bezwarunkowego posłuszeństwa, łączy sprzeczności w spójnej kreacji. Jego bohater, który w skrócie nazywany jest „K”, przypomina detektywów z kryminałów noir. Poza ukłonem w stronę Philipa K. Dicka, na motywach powieści którego powstał „Łowca androidów”, inicjał jest wyraźnym nawiązaniem do kaf kowskiego nieszczęśnika.

„Blade Runner 2049” czuje puls kultowego filmu Ridleya Scotta. Oczywiście, pobrzmiewają tu echa produkcji z 1982 roku, nawet muzyki Vangelisa. Reżyser nie odcina jednak kuponów od oryginału: choć scenografia i rekwizyty wydają się znajome, Villeneuve rozwija historię, sprowadzając ją na nowe tory, pogłębia wyjściową mitologię. To ambitne i konsekwentne podejście procentuje, nawet jeśli film mógłby być krótszy. Rzadko zdarza się, żeby w blockbusterze znalazło się tyle miejsca na kontemplację – tematu oraz obrazu. Bo to właśnie głównie poprzez obrazy rozwijana jest opowieść, gdy śledztwo „K” wkracza w kluczową fazę.

Powstało wyciszone, wręcz ascetyczne kino science fiction, przeszyte niepokojami współczesności zmuszonej w bólach redefiniować swoją tożsamość. Warto było czekać.

Piotr Guszkowski

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.