REESE WITHERSPOON: MAM PRECYZYJNĄ BROŃ

Gazeta Wyborcza - CJG - - /KINO -

Anna Tatarska: W filmie „Wszyscy moi mężczyźni” widzimy trzech dwudziestoparoletnich chłopaków, którzy przyjeżdżają do Los Angeles, marząc o karierze w świecie filmu. Jaka pani była na początku kariery? Reese Witherspoon: Dobrze to pamiętam! Cieszę się, że pokazujemy, jak wygląda walka o to, by zrobić swój pierwszy film zgodnie ze swoim wyobrażeniem i artystycznym kompasem. To naprawdę heroiczne zmagania. Większość młodych ludzi, którzy przybywają do Hollywood, jest pełna optymizmu i energii. A potem zderzają się z wielką korporacyjną machiną, która potrafi rozbijać najpiękniejsze marzenia. Nie można się poddawać. Ten entuzjazm i wiara to podstawa, trzeba je w sobie mieć, by w ogóle próbować czegokolwiek dokonać w Hollywood.

Myśli pani, że w wielkim świecie filmu jest miejsce dla idealizmu, jaki przejawiają – filmowi i prawdziwi – młodzi artyści?

Ależ to podstawa! Tak jak mówiłam – trzeba mieć w sobie taki ogień, bo inaczej niewiele da się w tym biznesie zrobić. Trzeba wierzyć, że nasze pomysły są najlepsze, i nie ustawać w staraniach, by je zrealizować zgodnie z założeniami! Kierowałam się tym przekonaniem, zakładając swoją spółkę producencką Pacific Standard i angażując się w rozmaite filmowe projekty, jak choćby film [oparty na autobiograficznej powieści Cheryl Strayed] „Dzika” czy serial „Wielkie kłamstewka”. Dzięki Pacific Standard pani kariera nabrała wiatru w żagle. W 2006 roku dostała pani Oscara za rolę June Carter w „Spacerze po linie”. Paradoksalnie wkrótce po tym zaliczyła pani spory zawodowy dołek...

Nie mam problemu z tym, by przyznać, że przez jakiś czas byłam jako artystka zagubiona. Chciałam grać złożone, ciekawe postaci kobiece, ale coś we mnie się zablokowało, nie miałam szczęścia do ról... Na szczęście ten etap mam już za sobą. Musiałam tylko wziąć sprawy w swoje ręce, ale chyba po prostu byłam na to gotowa. Jako gość spotkania „Beyond Beautiful” [pol. „Więcej niż piękno”] zorganizowanego przez magazyn „Entertainment Weekly” opowiadała pani o brzemieniu bycia „lubialną”...

Muszę uściślić – to, że jestem lubiana i postrzegana jako sympatyczna, nie jest dla mnie brzemieniem! Jak mogłabym się na to gniewać, przecież to napęd całej mojej kariery! Moją siłą zawsze było to, że ludzie potrafili się ze mną identyfikować. Po prostu nie rozumiem słowa: „lubialny” (ang. likeable). Odnosi się ono do jakiejś niejasnej dla mnie cechy osobowości. Tego słowa nadużywa się w Hollywood szczególnie w stosunku do kobiet. To sposób upupiania, zmniejszania naszej wartości do ozdóbek, których zadaniem jest ładnie wyglądać i dobrze się zachowywać. Przeszkadza mi ono szczególnie, gdy pada z ust wysoko postawionych panów z dużych studiów filmowych. Wtedy „lubialny” automatycznie oznacza pewien oczekiwany sposób bycia. Przeświadczenie, że kobiecie nie wolno zachowywać się niestandardowo czy źle – i to nie w życiu, ale na ekranie! Bycie „lubialnym” jako podstawowa wartość aktorki? O nie, nie. Wiemy, że kobietom, które chcą podejmować decyzje, jest w branży filmowej trudno. Czy pani wciąż napotyka takie problemy?

Każdy filmowiec próbuje przekonać finansistów do swojego projektu: że się sprzeda, spodoba. Każdy nowy film to walka. Oczywiście, że są studia, których w ogóle nie interesuje taki rodzaj filmów, jaki zajmuje mnie jako producentkę. Nie chcą robić „zbyt wielu” filmów o kobietach, z kobietami w roli głównej. Mnie powiedziano kiedyś: „Mamy już jeden kobiecy film w tym roku, wystarczy”. Jeden! To korporacje, nie muszą robić niczego, czego nie chcą, co nie wydaje im się opłacalne. Ale pracuję nad tym wytrwale. Jestem uzbrojona w broń, która razi precyzją: używam statystyk, informacji i danych, także finansowych, które starannie zbieram. Żadne szczytne idee – ich to nie interesuje. Twarde argumenty! To pomaga pokazać im, że istnieje duża – nie tylko kobieca – widownia, która czeka na więcej niż jeden „kobiecy” film w roku.

Anna Tatarska

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.