10-12 LISTOPADA. EUROPEJSKIE TARGI MUZYCZNE

Gazeta Wyborcza - CJG - - /TO JEST GRANE -

L.Stadt to jeden z największych muzycznych kameleonów polskiej sceny, zespół, który nieśpiesznie odkrywa przed fanami kolejne rozdziały swojej twórczości. Jeszcze dziesięć lat temu bliżej im było do melodyjnej, choć przybrudzonej alternatywy. Chwilę później zachwycili przebojem „Death of a Surfer Girl”, jedną z najlepszych kompozycji, które ukazały się w tym wieku.

Po wizycie w Stanach zatopili się w amerykańskiej klasyce. Potem zamilkli na cztery długie lata, podczas których szli w zapasy z nowym materiałem.

I w maju tego roku zachwycili płytą „L.Story”, odmienną od wszystkiego, co grali wcześniej. Przede wszystkim to pierwsza w pełni polskojęzyczna płyta grupy – autorem tekstów jest Konrad Dworakowski, aktor, reżyser i scenograf teatralny. Poza tym zespołowi w studiu i podczas występów towarzyszy łódzki Wielki Chór Małej Chorei – dzięki temu z zadziornych koncertów rockowych L.Stadt przeszli płynnie do małych misteriów, do muzycznych spektakli.

A spektakl jest tu słowem kluczem. Bo „L.Story” wzięła się z teatru właśnie. W zeszłym roku zespół i Dworakowski zaczęli współpracę w Teatrze Pinokio. Z jednorazowego przedsięwzięcia, czyli wykonania piosenek wspólnie z Chórem Chorei w ramach Koalicji Miast dla Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu, powstało coś więcej. To spotkanie dla wokalisty, pianisty i gitarzysty L.Stadt Łukasza Lacha było zbyt ważne, osobiste, by mógł je porzucić. – Ta płyta powstawała w trudnym dla mnie momencie. Na moich oczach gasła najbliższa mi osoba i odbicie tego czasu znajdowałem w tekstach Konrada. Patrzyłem na moje miasto, które dumnie trwało, w czasie kiedy mój osobisty świat kruszał – wyznawał Łukasz.

W rezultacie powstała płyta niesłychanie osobista, ale też bardzo liryczna i krucha, natchniona duchami i pocztówkowymi widokami miasta, które trochę jest, a trochę jakby go nie było. To płyta chwilami naiwna, podszyta niewinnymi obserwacjami godnymi dziecka nieskażonego trucizną dorosłości. – Mówiąc do dorosłych, odwołuję się do świata ich dzieciństwa, do wspólnej z dziećmi sfery wrażliwości i chłonięcia świata przez skórę, wartości, które gdzieś w drodze do dorosłości gubimy – mówił o swoim teatrze kilka lat temu w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Dworakowski.

Dotychczas L.Stadt zagrał „L.Story” tylko kilkakrotnie, m.in. podczas tegorocznej edycji OFF-a. Mimo festiwalowych warunków, które rzadko kiedy sprzyjają intymnemu skupieniu, łodzianie wyczarowali piękny koncert.

Nastrojowe wnętrza Teatru Studio, w których zespół wystąpi podczas Muzycznych Targów Co Jest Grane 24, będą idealnym miejscem na liryczny obrzęd i na takie słowa jak choćby w piosence „Most”: „Stoję na moście, którego nie ma, Myślę o świecie, który w oczach ginie, Krzyczę pytaniem zamkniętym w ustach, Skaczę do rzeki, która nie płynie”. Łukasz Kamiński Przemysław Gulda: Skąd wziął się pomysł nagrania „Punk Freud”?

Wojciech Mazolewski: Z osobistej potrzeby, którą wtedy miałem. To było silne przekonanie i uczucie, że chcę nagrać surową, dziką płytę. Chciałem wykrzesać z Pink Freud pierwotną energię, pchnąć zespół na skraj wytrzymałości i w ten sposób przekroczyć kolejną granicę. Miałem pomysł na punk jazz, choć płytę nazwałem „Punk Freud”. Ten pomysł był kompletnie nie po drodze, jeśli chodzi o plany zespołu i naszej ówczesnej wytwórni, czyli Anteny Krzyku. To w zasadzie firma z punkowymi korzeniami, jej właściciel oczekiwał od nas czegoś innego. Wszystko było już dogadane, jednak kiedy poczułem wiszący w powietrzu bunt, nic już nie mogło mnie powstrzymać. Musiałem iść za głosem swojej intuicji.

Jak powstał ten album?

– W garażu. Przygotowywaliśmy surowy materiał, graliśmy go dziko

i trochę na złamanie karku. Chciałem, żeby nasze granie zabrzmiało tak, jakbyśmy zbiegali w ekstazie z góry i tak się w tym zatracili, że nie panowaliśmy nad sobą. Siedzieliśmy w Sopocie w studiu nagraniowym Macieja Cieślaka, które mieściło się w garażu. Były to bardzo spartańskie warunki i myślę, że także dzięki temu ta płyta brzmi bardzo drapieżnie i oryginalnie. Muzyka, którą nagraliśmy, na szczęście nie nadawała się już do postprodukcji. Była po prostu kompletna. To także moja pierwsza produkcja na taśmie analogowej. Od tego momentu zaczęła się moja miłość do analogów.

Skąd pomysł, żeby powrócić po dekadzie do materiału z „Punk Freud”?

– To kolejny pomysł, który wziął się po prostu z mojej głowy. Mówiąc serio: to był ważny album nie tylko dla nas. Całemu pokoleniu niezależnych zespołów udało się nam zaszczepić wiarę, że wszystko jest możliwe i trzeba robić swoje. Rozwaliliśmy z hukiem mur stereotypów o muzyce i scenie niezależnej. Pokazaliśmy, że tak naprawdę wszędzie są dobrzy i źli ludzie i nie powinno się nikogo kategoryzować. Punk zawsze walczył ze stereotypami, a później czasami sam w nie wpadał. Tą płytą udowodniliśmy, że to muzyka jest najważniejsza. Koncerty będą połączeniem utworów Pink Freud, głównie tych z płyty „Punk Freud”, ale nie tylko, z piosenkami takich zespołów, jak: Brygada Kryzys, Tilt, Siekiera, Armia i Dezerter. Tych ostatnich będzie można posłuchać w wykonaniu oryginalnych wokalistów tych formacji: Tomasza Lipińskiego, Roberta Brylewskiego, Roberta Matery. Na scenie stanie Pink Freud w klasycznym, ognistym składzie z sekcją dętą poszerzoną o muzyków, którzy grali na takich na instrumentach na legendarnych punkowych płytach Alka Koreckiego i czasem może kogoś jeszcze.

Przemysław Gulda

NA KONCERCIE W TEATRZE STUDIO W CZASIE TARGÓW MUZYCZNYCH CO JEST GRANE 24 L.STADT ZAGRA SWOJĄ NAJBARDZIEJ LIRYCZNĄ PŁYTĘ „L.STORY”. DZIESIĘĆ LAT TEMU UKAZAŁA SIĘ REWOLUCYJNA I REWELACYJNA PŁYTA „PUNK FREUD”, NA KTÓREJ WOJCIECH MAZOLEWSKI ZE SWOIM ZESPOŁEM PINK FREUD W NIEZWYKŁY SPOSÓB POŁĄCZYŁ PUNK I JAZZ. ZA MIESIĄC ZAGRA TEN MATERIAŁ NA TARGACH MUZYCZNYCH CO JEST GRANE 24.

Wojciech Mazolewski

L.Stadt

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.