ANIA RUSOWICZ: TO JEST PŁYTA DLA WOLNYCH DUCHÓW

Gazeta Wyborcza - CJG - - TO JEST GRANE/ - JOANNA WRÓŻYŃSKA

POD PATRONATEM

- Potrzebowałam zmiany. Moja muzyka to nie tylko bigbit czy rock psychodeliczny – mówi Ania Rusowicz. W piątek premiera jej tajemniczego do niedawna projektu „niXes”.

Piosenkarka znana była do tej pory głównie jako kontynuatorka polskich tradycji bigbitowych. Tym razem postanowiła jednak nagrać album, na którym sięga co prawda do hipisowskich korzeni, ale łączy je z na wskroś współczesną elektroniką. Wyszła z tego płyta wyjątkowa – niezobowiązująca, metafizyczna, która pokazuje, jak muzyka dzieci kwiatów mogłaby brzmieć dzisiaj.

Przy okazji premiery

„niXes” Ania Rusowicz opowiedziała nam o tym, jak to jest być świeżo upieczoną mamą, o swojej fascynacji hipisami i surferskimi klimatami Kalifornii lat 60. i 70. i miłości do bajek i legend. Zdradza też, do czego przydaje się jej dyplom z psychologii.

Joanna Wróżyńska: Gratulacje z okazji narodzin syna Tytusa.

Masz teraz pewnie strasznie dużo pracy? Opieka nad dwumiesięcznym maluchem, promocja nowej płyty...

Ania Rusowicz: No tak, mam. Moje życie ogranicza się właściwie do takich krótkich, dwudziestominutowych odcinków: karmienie – ubieranie – przewijanie. Niedawno się jeszcze przeprowadziłam. W zasadzie nie wiem, jak to wszystko się udało. Chyba tylko dzięki mojemu mężowi, który jest bardzo zorganizowany. Sama nie dałabym rady.

Napisałaś, że projekt „niXes” powstał w czasie twojej ciąży, bo chciałaś nagrać coś innego. Czym jest dla ciebie „niXes”?

– Potrzebowałam zmiany. To była chęć wyrażenia siebie w innej postaci i pokazania, że moja muzyka to nie „NiXes” był bardzo tajemniczym projektem. Nie od początku było wiadomo, kto za nim stoi. Tajemnicza jest też nazwa.

– Oznacza duchy wodne, rusałki, postacie z różnych mitologii. Te rusałki są jakoś powiązane z moim nazwiskiem, ale ja też jestem trochę postacią z legend. Zawsze interesowałam się światem metafizyki i od dziecka lubiłam czytać baśnie i legendy. I to jest właśnie płyta dla takich wolnych duchów, które chcą się wyzwolić z okowów rzeczywistości.

Jesteś psychologiem, studiowałaś też farmację. Ten wybór był rodzajem focha na muzykę? Uznałaś, że wszyscy będą cię porównywali do mamy, więc lepiej pójść zupełnie inną drogą, czy uznałaś, że warto mieć tzw. porządny zawód?

– Faktycznie mój pierwszy wybór studiów był trochę wymuszony i podyktowany myślą, że trzeba mieć jakiś fach w ręku. Miałam focha na muzykę, bo wiedziałam, że będę miała pod górę – nie miałam żadnych koneksji, znajomości. Musiałam budować wszystko od zera i nie sądziłam, że mi się uda. Tak naprawdę, dopiero jak poznałam mojego męża, to zdecydowałam, że rezygnuję ze studiów farma- ceutycznych. Wystarczyło, że powiedział: „Głupio tak stać za ladą. Ty masz śpiewać!”. No i mnie namówił.

Pytam o studia, bo prowadzisz też warsztaty z psychologii sceny.

– W czasie, kiedy pisałam pracę magisterską, wydawałam też debiutancki album „Mój Big-Bit”, ale nie miałam pewności, czy płyta się spodoba, a mnie uda się żyć ze śpiewania. Dlatego już na studiach psychologicznych, które są moją wielką pasją, wiedziałam, że będę chciała połączyć zajęcia z tzw. art coachingu i psychologii. Okazało się jednak, że ludziom moja muzyka się spodobała i będę śpiewać. Teraz wróciłam do psychologii i zajęłam się warsztatami, mam ochotę napisać też na ten temat książkę.

Jeśli chodzi o psychologię sceny, chciałabym zaproponować bardziej analityczne spojrzenie na ten temat. Zastanawiam się raczej, dlaczego ktoś chce występować na scenie, niż pracuję nad stworzeniem „scenicznego potwora”.

Z każdego można zrobić zwierzę sceniczne?

– No właśnie nie. Można się wyszkolić i stosować techniki maskujące braki, ale natury nie da się oszukać. Wspomniałaś, że lubisz polskie baśnie, czytałam też, że sama je piszesz. Jest szansa, że wydasz książkę z baśniami?

– Jest! Mam już nawet kilka napisanych. Wpadłam na pomysł, żeby pisać o współczesnych ludziach, ale ich życiorysy wkładać w czasy legend. Okazało się, że nasze życie nie różni się bardzo od tego, jakie wiedli ludzie „dawno, dawno temu”. Zmieniają się imiona, zajęcia, ale samo życie toczy się w podobny sposób.

Piszę o znanych osobach, bo przecież przyjaźnię się z różnymi artystami, i jeżeli ktoś opowiada mi ciekawą historię, to pytam, czy mogę o niej napisać baśń. Zmieniam imiona, ale można się domyślić, o kogo chodzi. Jeszcze trochę tych legend muszę napisać, ale mogę zdradzić, że pierwszą napisałam o sobie. Nagrałaś kiedyś „Retronarodzenie”. Czy teraz, kiedy masz małe dziecko będą „Retrokołysanki”?

– Pomysłów jest wiele, ale czasu mało. To kwestia przyszłości. W ciąży napisałam już dla syna dwie kołysanki, ale to jest na razie bardzo osobiste. Z drugiej strony nie lubię sztampy, więc może znajdę na te kołysanki jakiś oryginalny patent.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.