ADAMCZYK: A TERAZ SZCZEPAN ZOSTANIE DZIADKIEM

Gazeta Wyborcza - CJG - - /KINO - PO RAZ TRZECI SZCZEPANA ZAGRA PIOTR ADAMCZYK, JEDEN Z NAJPOPULARNIEJSZYCH I NAJBARDZIEJ LUBIANYCH POLSKICH AKTORÓW. Z PRZYMRUŻENIEM OKA OPOWIADA NAM O WYPADKACH Z PLANU I MODZIE ŚWIĄTECZNEJ. I TROCHĘ NA POWAŻNIE: O KAFCE, GOMBROWICZU, MISJI I AKTORSKICH O

Anna Tatarska: „Listy do M. 3” przynoszą do kin przedsmak świąt. To w teorii czas celebracji, miłości. A w praktyce…

Piotr Adamczyk: … w praktyce teraz nasze polskie święta? To prawdopodobnie spotkanie przy stole, gdzie wujek jest za PiS-em, a ciotka w KOD-zie… To jest najgorsze, że ta polityka dociera do naszych domów i tak strasznie nas dzieli! Jestem za tym, żeby święta były świąteczne. Fenomen takich filmów jak nasz bierze się być może stąd, że ludzie chcą poczuć, że już za chwilę będą święta magiczne, rodzinne. I oby bez polityki. Myśli pan, że kino „świąteczne”, którego przykładem są „Listy do M.”, łagodzi obyczaje?

Absolutnie tak. Jestem Szczepanem od wielu lat, a nigdy nie zadałem sobie jeszcze pytania, które według wielu metod aktorskich, w tym Stanisławskiego, powinienem był sobie zadać: „Na kogo głosował Szczepan?” I myślę, że wielu z aktorów grających inne role też się nad tym nie zastanawiało. Bo to jest film apolityczny! My wszyscy po prostu czekamy na święta i mamy swoje rodzinne problemy. W przypadku Szczepana jest to niezmiennie żona grana przez Agnieszkę Dygant, wciąż agresywna, apodyktyczna i wybuchowa.

Wrócił pan na plan „Listów…” po raz trzeci. Co tak bardzo pana do tego projektu przyciąga?

Nie było kontraktu, nic nie musiałem. Mogliśmy nawet uśmiercić Szczepana – ale dlaczego, skoro ma się dobrze, podobnie jak „Listy…”? Uwielbiam tę naszą parę z Agnieszką Dygant, którą znam niemalże od dziecka. Uczyliśmy się razem w ognisku teatralnym u państwa Machulskich. Poza tym w trzeciej części scenarzyści się naprawdę postarali i napisali nam bardzo ciekawy wątek. Coś pana wyjątkowo zaskoczyło?

Chyba to, że po raz pierwszy gram… dziadka. Może to już po prostu „ten czas”? Na razie się z tego powodu uśmiecham, ale jeśli te propozycje zaczną częściej spływać, to się będę musiał nad sobą zastanowić. Jak przebiegała współpraca z Tomaszem Koneckim, który odpowiada za reżyserię „trójki”?

Z „Listów…” w pewnym sensie zrobił się taki kinowy serial. Producenci, widząc sukces frekwencyjny filmu, chcą go powtórzyć i pracują nad kontynuacją. Często sukcesy frekwencyjne opierają się właśnie na sukcesie pierwszej części. W tym Tomek Konecki ma doświadczenie. Na przykład jego i Andrzeja Saramonowicza „Testosteron” był w pewnym sensie pierwszą częścią „Lejdis”, które potem zwielokrotniły sukces tego pierwszego filmu. W obu grałem, mamy na koncie jeszcze wspólny serial i po prostu się przyjaźnimy. Tomek ma taką fantastyczną cechę, że on kocha aktorów.

W przypadku tak dużej produkcji aktorzy mają wpływ na scenariusz?

Wraz z wiekiem, z doświadczeniem, z popularnością przychodzi możliwość stawiania warunków. Cenię reżyserów otwartych na współpracę i często pracując, dokładam swoje trzy grosze, albo i więcej. Ostatnio często bywam w USA i widzę, jak pod tym względem kinematografia amerykańska różni się od polskiej. Tam często aktor nie musi, a raczej nie powinien być tak twórczy jak w Polsce, bo wystarczy, że spojrzy we wskazanym w scenariuszu kierunku. Ludzie filmu, z którymi rozmawiam, często dzielą się na dwie kategorie. Jedni twierdzą, że aktor jest jedynie od grania, i zajmowanie jakichkolwiek stanowisk w życiu publicznym nie jest jego zadaniem. Inni uważają zaś, że ze względu na swoją popularność są wręcz do tego zmuszeni. A pan?

Mnie martwi ta konieczność wypisania sobie na czole barw. To, że jesteśmy wszyscy wyrywani do odpowiedzi, każdy gorący społecznie temat natychmiast wymaga tego, żeby się określić. I za to, jak można potem dostać łomot. Tak, podział w Polsce jest faktem, ale z drugiej strony on zawsze istniał. Zawsze się dzieliliśmy, szufladkowaliśmy. Prywatnie sam krzyczałem: „Wolne sądy” w pochodzie, nie wszystko podobało mi się za poprzedniej władzy i ta obecna mi się nie podoba. Nie lubię popularności i jej konsekwencji: zarówno tego, że ktoś się wtrąca w moje życie prywatne, jak i tego, że pyta o światopogląd, o rzeczy, na których się nie znam. Ale też nie lubię oportunizmu. Jestem obywatelem, nie ekspertem. Na szczęście mój zawód daje mi szansę mówienia tego, co myślę poprzez role.

Czyli emploi aktora jest takim jego wyznaniem wiary?

Aktor ma zagrać ciałem, duszą i przekonaniem. Dlatego ma prawo odmówić udziału w projekcie ze względów światopoglądowych – tak uważam. Nasze czasy sprzyjają pokazywaniu, że wielka literatura czy sztuka wiele znaczą. Czytając „Proces” Kaf ki w radio miałem przyjemność mówienia rzeczy dotkliwie aktualnych…

To jest przyjemność?

Aktorska, tak. Mój głos coś znaczy, do mojego słuchacza dotrze niezwykle aktualna myśl Kaf ki. Mam nadzieję, że akurat minister sprawiedliwości będzie tym słuchaczem i gdzieś ten tekst dotknie struny jego sumienia. Wybieram teksty zgodne ze swoim światopoglądem, na przykład Gombrowicza, którego gram i w Teatrze IMKA, i w Teatrze Telewizji. I potem dostaję wiadomości: „Ja TVP nie będę oglądał”. To jest taki rozkrok aktora, który z jednej strony chce przemycić w TVP ciekawą myśl o rządach ( jak w „Listach z Rosji”), ale też, żeby to zrobić, w rzeczonej TVP gra. Mimo wszystko zapraszam czytelników „Wyborczej”, żeby obejrzeli spektakl „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”, w którym spotykam się m.in. z Anną Polony, Barbarą Krafftówną i Bohdanem Łazuką. Niezwykłe doświadczenie. Przez to, że oni wspominali poprzednie pokolenie aktorów, z którymi mieli okazję pracować, czułem się, jakbym siedział z Adolfem Dymszą w garderobie – bo Łazuka z nim ją dzielił. Ja przez lata dzieliłem garderobę z Wiesławem Michnikowskim. Spotkania z Mistrzami. Wielka mądrość i największa lekcja.

Takie spotkania kształtują nas jako ludzi. A wie pan, jakie jeszcze?

(Milczenie) Spotkanie ze Świętym Mikołajem! Wypłowiałe zdjęcie z przedszkola z brodatym panem w czerwonym płaszczu, no po prostu mus. Obowiązkowo w podciągniętych pod pachy rajstopach!

Mam pod ręką album rodzinny. Zaraz sprawdzę, chwila. No nie, ze starych zdjęć, niestety, mam tylko fotografię jako Zorro. Tak! Są rajstopy! Granatowe, podciągnięte aż za pępek. I sweterek w nie wpuszczony. Najważniejsza jednak jest pelerynka i kapelusz z krepiny. Natomiast Mikołaj… To spotkanie to był pierwszy raz, kiedy w mojej, wówczas dziecięcej, świadomości urodziło się przekonanie, że coś jest źle grane. Często miał pan takie wrażenie?

Miałem dwie takie sytuacje. Nie podobało mi się, jak ksiądz „gra mszę”. Czułem, że ja zagrałbym to lepiej. I ta myśl mi się spełniła w sposób dość niezwykły, kiedy, jak wiemy, obsadzono mnie w roli Jana Pawła II. Drugą myślą było właśnie to, że coś jest nie tak z Mikołajem. Ukułem sobie wtedy taką teorię, że Święty Mikołaj na pewno istnieje, ale wszyscy dokoła go udają. Że to są tacy nieprawdziwi Święci Mikołajowie, którzy nie mają o tym prawdziwym zielonego pojęcia. Ten mój Mikołaj ze wspomnień to był jakiś wynajęty ktoś. Taki Karolak. Tylko oczywiście mniej fajny.

Pełna wersja wywiadu: cojestgrane24.pl

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.