INSTRUMENTEM TEGO SPEKTAKLU JEST PERKUSJA PREMIERA W TEATRZE DRAMATYCZNYM

Gazeta Wyborcza - CJG - - /SCENA - DOROTA WYŻYŃSKA

– W skali mikro staramy się pokazać, jak nieludzkie prawo determinuje ludzkie zachowania, decyzje, emocje. Jak złe prawo generuje zło – mówi Agnieszka Glińska, która w Teatrze Dramatycznym na Scenie im. Haliny Mikołajskiej reżyseruje „Widok z mostu” Arthura Millera. Premiera w piątek.

wobec własnych emocji, o zapętleniu, tunelowym myśleniu. Tak strasznie łatwo wszystko uprościć, nazwać, zaszuf ladkować i zrobić z tego newsa w brukowcu.

Główny bohater „Widoku z mostu” jest trybem w machinie życia – pracuje fizycznie całe dnie, zarabia na przetrwanie, cel i sens egzystencji odnalazł w tym, by dziewczyna, której wychowania się podjął, miała lepsze perspektywy niż on sam. Ale że sam nie umie wolności, to w związku z tym nie potrafi jej dać. I nie jest w stanie zaakceptować czyjegoś poczucia wolności, braku kompleksów. Popada w paranoję. W porządnym, uczciwym, prostym człowieku budzą się demony. Mechanizm projekcji każe mu widzieć w innych wszystko to, na co nie ma zgody w sobie.

Powiedziałaś o „Widoku z mostu”, że jest to też opowieść o „piekle bezradności wobec własnych uczuć”.

– Myślę, że każdy się zmaga z bezsilnością wobec własnych emocji. Ze wszystkim, czego w sobie nie rozumie albo nie akceptuje. A czasem człowiek myśli, że robi wszystko najlepiej jak potrafi, a ktoś inny dokleja mu łatkę i już się z nią zostaje. „Myśl raz pomyślana już się nie odmyśli” – powiedział serialowy Sherlock Holmes. Ktoś o mnie powie, że jestem niezrównoważona albo nieobliczalna i czegokolwiek bym o sobie nie myślała, to już zostało do mnie przypięte i już muszę się z tym mierzyć. Albo udowadniać, że nie jestem wielbłądem.

Zależy mi, żeby tej Millerowej historii nie uprościć, nie potanić. To bardzo wielowarstwowa opowieść. Trochę też o tym, jak strach przed własnymi ograniczeniami przepoczwarza się w nienawiść do każdego, kto jest choć trochę inny.

Alfieriego – prawnika, który pełni tu rolę antycznego chóru, zagra w spektaklu Anna Moskal. Dlaczego tę rolę powierzyłaś kobiecie?

– A właściwie dlaczego nie? Tej postaci powinno się zaufać, a ja mam ograniczone zaufanie do białych heteroseksualnych podstarzałych facetów w garniturach. Coś się przewartościowało w dzisiejszym świecie. Zbyt wielu dziś wokół nas takich mentorów, gości w pewnym wieku, którym się wydaje, że pozjadali wszystkie rozumy, rozdają karty i z miną wyroczni mówią nam, co jest dobre, a co złe. Cieszę się, że rolę Alfieriego gra kobieta. Z ulgą przyjmuję każdą próbę wyjścia poza schemat męskie – żeńskie. Jak wspaniałym Hamletem była Teresa BudziszKrzyżanowska, jakim wielowymiarowym człowiekiem jest Płatonow Ani Radwan. Zresztą sama od zawsze marzyłam, żeby zagrać Wokulskiego. Anna Moskal debiutowała rolą Iriny w twoich niezapomnianych „Trzech siostrach” w Teatrze Powszechnym.

– To było już 20 lat temu. Z ogromną radością spotkałam się z Anią po latach. Śledziłam jej drogę aktorską. Po tym naszym spotkaniu przy „Trzech siostrach” spędziła kawał czasu w Powszechnym. Myślę, że mało jest takich aktorek, które – tak jak ona – są w jakiś sposób niezależne wewnętrznie, tak samo stanowiące i samosterowne.

A Eddiego zagra Łukasz Lewandowski.

– Lubię pracować z Łukaszem. Jest aktorem, który nurkuje w głąb, czasem nieprzewidywalnie. Oni z Anią razem studiowali w Akademii Teatralnej, na jednym roku. Są wolni w swoim aktorstwie, nie unurzani w niczym, nie tkwią w żadnej ramie, nie ograniczeni w żadnym języku teatralnym. Zresztą z całą ekipą możemy ryzykować, bo w spektaklu grają też: niezwykła Agnieszka Roszkowska – panna Prysselius z naszej „Pippi” sprzed lat, wspaniała młoda aktorka Martyna Byczkowska, Marcin Sztabiński – aktor o wielkiej sile prawdy i mój były student z Krakowa, superciekawy Marcin Wojciechowski. Do pracy nad muzyką zaprosiłaś z kolei Jana Młynarskiego. Też nieprzypadkowo?

– Czytając sztukę, myśląc o spektaklu, intuicyjnie poczułam, że przygotowanie ścieżki dźwiękowej do tej opowieści powinnam powierzyć Jankowi. Bo od początku czułam, że instrumentem tego spektaklu jest perkusja. Tak naprawdę dzięki Jankowi, podczas naszej poprzedniej wspólnej pracy we Wrocławiu, zrozumiałam, jaka to jest moc przekazu emocji. A Janek czuje teatr do kości. „Widok z mostu” przekład: i kostiumy: światła: muzyka: Premiera odbędzie się na wyremontowanej i przebudowanej Scenie im. Haliny Mikołajskiej w Teatrze Dramatycznym. Bardzo się zmieniła?

– Bardzo. Po przebudowie teatr ma nowoczesną scenę, którą można w dowolny sposób się posługiwać, formować. Przestrzeń inspirująca. Monika Nyckowska stworzyła tu prostą, wieloznaczną scenografię. Zależało nam, żeby dać widzowi różne perspektywy patrzenia na tę historię, pozwolić zaangażować się emocjonalnie.

To przedstawienie dedykujesz Władysławowi Kowalskiemu.

– Tak, w myślach dedykuję ten spektakl Władkowi. Myślę, że sporo nas jest, tych jego teatralnych wychowanków, o których rozwój się troszczył, dbał, z którymi bezinteresownie dzielił się sobą i swoim doświadczeniem. Był przewodnikiem, dobrym duchem, wymagającym opiekunem, wyrozumiałym nauczycielem. Wyreżyserowaliśmy też wspólnie we dwoje kilka przedstawień i ta współpraca była niezwykła. Umiem docenić, jak było to dla mnie ważne i chcę o tym pamiętać. Pomysł, żeby „Widok z mostu” zrobić w tym teatrze, w którym Władek spędził ostatnie lata swojej pracy, pojawił się w mojej głowie po jego odejściu... Władek ten tekst mocno nosił w sobie, przed laty zrobił dyplom ze studentami PWST i gadaliśmy kilkakrotnie, żeby to ponownie wystawić.

Anna Moskal i Łukasz Lewandowski na próbie „Widoku z mostu”

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.