BOLESNY PORÓD OBYWATELA

Gazeta Wyborcza - CJG - - /W MIEŚCIE -

Ulice Ameryki kipią poglądami. W Los Angeles specjaliści od szablonów zostawiają na chodnikach cytaty z wypowiedzi urzędującego prezydenta, te o łapaniu kobiet za krocze i zwracaniu się do nich per „bitch”. W Nowym Jorku writer obok skończonego graffiti dodał od niechcenia „Fuck Trump!”. „To miasto może ci się zdawać jednolicie antyprezydenckie, Peter, ale to też pewna powłoka. Pojedź do Jersey, parę kilometrów za miasto i spotkasz wielu fanów jego populistycznych działań. Ścieramy się non stop!” – opowiadał mój barowy rozmówca na Brooklynie. Cóż, akurat w to mi graj. Lubię spory, nie lubię uników. Czemu jednak w tak tradycyjnie rozpolitykowanym kraju jak Polska najpopularniejsza towarzysko jest apolityczność? Czemu na protestach dominuje starsze pokolenie? Jakim cudem amerykańska moda na sprzeciw wobec trumpistycznej głupoty, pierwsza od lat moda, z której może być jakiś pożytek, tak nieskutecznie rozprzestrzenia się u nas?

Czy opóźniająca się granica „pierwszego dziecka” (którą sam, notabene, statystycznie zawyżam) pozwala skutecznie udawać, że żyje się poza systemem? Zastanówmy się nad porodem obywatela. Kiedy następuje? Teoretycznie z chwilą wejścia w system szkolnictwa, ale to bywa od lat prywatne, tym samym – pozapaństwowe, pozasystemowe. Dajmy zresztą spokój dzieciom. Czy wobec tego obywatel pączkuje w osiemnaste urodziny, uroczyście uprawniające do głosowania? W praktyce osiemnastka uzasadnia głównie większą pewność siebie w monopolowym. Czy zatem dzieje się to w wiosenne popołudnie kilka lat później, gdy młody Polak musi zmierzyć się z pierwszym rozliczeniem PIT? Niekoniecznie. Wciąż można niedowidzieć systemu, uznać, że część hajsu idzie na wynajęte mieszkanie, z części trzeba „dać się okraść”, a reszta na życie. Nierzadko zresztą skojarzenie podatek oznacza gifcik w postaci zwrotu.

I tak do trzydziestki. Prawica zbyt rydzykowa, lewica zbyt wegańska, wszystko be. Co mnie to obchodzi? Robię swoje, obijam się lub pnę po szczeblach kariery. Nie zdarzyło się, by którykolwiek polityk swoją decyzją coś mi tu namieszał.

I nagle bang! Dziecko. Zetknięcie ze służbą zdrowia może być bardziej bolesne niż szycie łuku brwiowego na SOR-ze po melanżu u Michała. Ależ tu kolejki! Te korytarze szpitalne – fujka! Idę do prywatnej lecznicy, ale na Wyklętą Inkę… jak tu drogo! I nagle obywatel zaczyna się wykluwać. Coś zaczyna stykać. W umyśle młodego Polaka dwie linie światopoglądowego metra brną ku skrzyżowaniu: – Skoro płacę podatki, to sfera budżetowa jest pośrednio „przeze mnie” i „dla mnie”. Czemu działa tak źle? Dotychczas myślałem, że tylko drogi są z podatków… Ale że szpitale?

Następnie policja, ta sama, która dała mi mandat… Czemu miałem wrażenie, że funkcjonariusz jest analfabetą? Jego szkolenie to… zaraz, zaraz… też moje podatki! A szkoła, do której będę musiał wysłać córkę… Czemu tak ważną postacią jest w niej ksiądz? Czy ksiądz przygotuje moje dziecko do uczestnictwa w chaotycznym rynku dalszej edukacji i pracy? Oraz jak to się stało, że mój syn zaczyna wyzywać opalonych brunetów od „ciapatych” – przecież sam jestem opalonym brunetem!?

Powyższymi skojarzeniami staram się reklamować lewicowe myślenie, gdy mówię, że pisuję do „Wyborczej”. „Odwróciłem” nawet jednego chuligana, może niekoniecznie swobodą obyczajową, ale publiczną edukacją i ochroną zdrowia na wysokim poziomie już tak. Lamenty cyklistów i frutarian pozostały poza orbitą zainteresowań obu stron barykady. Ale nie odbiegajmy od tematu odpowiedzialności obywatelskiej.

Obecna władza zrozumiała, że część młodych, dzietnych obywateli każde z antyrządowych zagadnień zagłuszy okrzykiem „PIŃCET PLUS!”. To ta sama postawa, która każe olewać sąsiadów i dozorcę i szybko zamykać drzwi od windy. Liczę się ja i tyle, wara!

Jednak państwo to nie tylko „oni”, a „rzeczywistość” to nie tylko kilka klubów i mieszkań znajomych. Z instytucjami trzeba w końcu kiedyś zacząć współpracować, a konsekwencje politycznej gry lękiem i dumą raczej nie ominą nikogo w tym sensie, że nie będzie można ich nie zauważyć, kiedy np. twój syn zaprzyjaźni się z małym Ukraińcem lub też kilka lat później zakumpluje się z lesbijką i głupio będzie ukochanemu oczku w egocentrycznej głowie zabraniać cennego przecież doświadczenia przyjaźni.

Czy to wszystko przez włoską epidemię bamboccini, mieszkania z matką do czterdziestki? Nie można by z Italii importować czegoś fajnego, na przykład umiejętności tworzenia rzeczy pięknych i pysznych? Czy może winne są social media robiące z jednostki gwiazdę (a gwiazda ma wszystko i wszystkich w nosie)? To tylko spekulacje, ale pisząc ten tekst w Nowym Jorku, widzę wyraźnie, że nie każde społeczeństwo z rozgrzanym Instagramem, YouTube’em i Netf liksem olewa temat władzy po równo. Że można słuchać muzyczki i jarać blanty pod klubem, jednocześnie nie wstydząc się swojej polityczności. W USA, tak często przeze mnie obśmiewanych, debata publiczna żyje. Ludzi chyba po prostu nie opuścił pionierski duch układania sobie rzeczywistości na nowo. W Polsce ten duch zbladł, a jeśli jeszcze nie zasnął głęboko, to spod przymkniętych powiek zauważa przeważnie pomniki i własne konto. Ależ się cieszę na powrót do kraju! Bo czy amerykańskie mody nie docierają – prędzej czy później, pożądane czy przepędzane przez władze – wszędzie?

Do zobaczenia za trzy tygodnie.

*Ten Typ Mes – raper, tekściarz, producent muzyczny, współzałożyciel Alkopoligamii

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.