7Koterskiego? UCZUĆ MICHAŁA KOTERSKIEGO.

Gazeta Wyborcza - CJG - - /KINO -

PIOTR GUSZKOWSKI: Jak się dostaje główną rolę u Marka

MICHAŁ KOTERSKI: Okazuje się, że wcale nie wystarczy być jego synem. Chociaż odkąd pamiętam, ojciec proponował mi jakieś role – to raczej ja długo nie chciałem u niego grać.

Z przekory?

Zniechęciłem się chyba jeszcze jako dziecko. Uwielbiałem wtedy zabawę żołnierzykami: zamykałem się w pokoju, ustawiałem naprzeciwko siebie armie i prowadziłem wojny, zwykle sobie przy tym podśpiewując. Ojciec mnie po cichu nagrywał na dyktafonie i w końcu wpadł na pomysł, żeby zrobić o tym krótki dokument. Tak powstała „Pieśń wojenna”, jest do obejrzenia na YouTubie. Byłem jednak nieśmiały. Więc kiedy w domu pojawiła się ekipa filmowa, czar beztroskiej zabawy prysł. Obcy ludzie, sprzęt, duble – dla pięciolatka to było za dużo. Przełamałeś się kilkanaście lat później.

W liceum oglądałem masę filmów. Zamiast na lekcje, szedłem do wypożyczalni, brałem na krechę – najpierw VHS-y, a potem DVD, i dzień spędzałem przed telewizorem. Dałem się wreszcie ojcu namówić. Świat filmowy poznałem od drugiej strony dzięki „Ajlawju”. Spodobało mi się. Dla takiego gówniarza to było coś. Wiesz, nigdy nie miałem odwagi, żeby podejść do dziewczyny, która mi się podobała i zagadać – wzdychałem do niej z odległości. Odkryłem, czym jest magia kina, kiedy po tym filmie dziewczyny zaczęły podchodzić same.

O ile przy „Ajlawju” trudno mówić o graniu, to do „Dnia świra” przygotowywałem się z Markiem Kondratem na poważnie. Pracowaliśmy nad melodią języka. Zapytałem Marka, czy nie możemy pominąć słowa albo któregoś z zająknięć, żeby mi było łatwiej. Powiedział, że to tak, jakby z utworu muzycznego wyrzucić dwie nuty – całość straci rytm, widz będzie czuć fałsz. Dało mi to w kość szczególnie przy „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Pamiętam, jak siedzieliśmy w nagrzanej hali w wytwórni filmowej, a ja walczyłem z tą skomplikowana gramatyką starannie rozpisaną w scenariuszu. Miało to jeszcze oczywiście posmak przygody, nie rozumiałem wtedy aktorstwa.

Dziś rozumiesz?

Myślę, że dojrzałem do tego zawodu. Potrzebowałem na to co prawda trochę czasu. Kiedy miałem tych dwadzieścia kilka lat, wpadłem w wir telewizji. Byłem przekonany, że mam wrodzony talent. Wydawało mi się: „wystarczy, że będziesz”. Myliłem się, o czym przekonało mnie życie. Okazało się, że jak zwykle rację miał ojciec. Po pierwsze, kiedy mówił, że porażki to największy kapitał, po drugie – że aktor powinien zacząć od teatru.

Ile dał ci teatr?

Z widowiska teatralno-muzycznego „Sen nocy letniej” Michała Znanieckiego wyniosłem ważną lekcję, żeby nie bać się nadekspresji. Przydało mi się to później przy graniu Stanleya w „Mayday 2”. Wcześniej widziałem w tej roli Artura Barcisia – był świetny. Wiedziałem jednak, że muszę to zrobić po swojemu, bez oglądania się na innych. Reżyser nie był przekonany. Poprosiłem o wsparcie ojca, dałem mu scenariusz. Opowiedziałem, jak widzę postać. Spojrzał na mnie tylko, zamknął notatki i powiedział: „Najlepiej zrób to po swojemu”. Chyba już wtedy zobaczył we mnie Miauczyńskiego… Po spektaklu na podstawie „Historii żołnierza” Kurta Vonneguta, który graliśmy na zamku w Leśnicy, powiedział: „Chciałem ci zaproponować główną rolę w moim najnowszym filmie”. Poczułem radość, ale z drugiej strony wkurzenie. Że co on sobie wyobraża, dlaczego nie da mi się nacieszyć sukcesem. A tak naprawdę ogarnął mnie paniczny strach. Lęk, że nie podołam. Bo gdzie mi tam do Kondrata?!

I co mu odpowiedziałeś?

Uśmiechnąłem się, powiedziałem, że super, i na tym koniec. Zadziałał chyba mechanizm wyparcia. Wreszcie ojciec sam zadzwonił: „Słuchaj, ja ci proponują rolę, o której marzy każdy aktor, a ty się przez miesiąc nie odzywasz – tak się nie robi!”. Przyznałem bez ściemniania, że się po prostu boję. Wypowiedziane na głos lęki nagle przestały być takie straszne.

Ojciec stwierdził: „Przecież ty wszystko o tej postaci wiesz!”. Miał rację. Przygotowywałem się do tej roli przez całe życie. Obcowałem z kolejnymi Miauczyńskimi: z Markiem Kondratem, Cezarym Pazurą, Wojtkiem Wysockim, Andrzejem Chyrą, wreszcie Adamem Woronowiczem, którego spotkałem u Marcina Wrony przy „Chrzcie” i sam ojcu podsunąłem go do filmu „Baby są jakieś inne”. Przyglądałem się, jak ci wszyscy aktorzy pracowali. Od czasu „Ajlawju” dostawałem każdy scenariusz do przeczytania. Nie mogłem odżałować znakomitych scen, które rozbawiły mnie do łez, a z których ojciec rezygnował. W każdym razie identyfikowałem się z tym bohaterem, czułem, że Adaś we mnie żyje. Przeszło mi nawet kilka razy przez myśl: „Kurcze, wiem, jak to zagrać!”. Co in-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.