Dobrze być wariatem na scenie

Nie jara trawy. Od dawna nie pije. Nie ma nic do gejów, ale rzucił Amsterdam, żeby jego dzieci nie patrzyły na całujących się facetów. Mówi: Bóg na pierwszym miejscu. A blues?

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Nowy Shakin' Dudi -

Marcin Babko: Ciężko było grać bluesa w Polsce lat 60.?

Ireneusz Dudek*:

Rhythm’n’blues był wtedy bardzo popularny. Gdy miałem 15 lat, dostałem harmonijkę. Po całych nocach słuchałem Johna Mayalla i próbowałem go naśladować. A gdy w 1965 roku do Polski przyjechali The Animals, oczywiście byłem na ich koncercie w katowickiej Hali Parkowej. Mieli spodnie w pasy i żółte kozaki. Szewc Kałuża, najlepszy w Katowicach, uszył mi potem takie same. Mama załatwiła materiał w pasy na spodnie, a do tego miałem różową koszulę z Jugosławii. I tak ubrany zagrałem w auli mojej szkoły koncert z zespołem Skarabeusze. Ludzie pod sceną zwariowali: machali marynarami, rozpinali koszule. Ja też dostałem jakiegoś amoku, roztrzaskałem mikrofon. Wariatem byłem zawsze. Dobrze być wariatem na scenie.

Ale najpierw byłeś grzeczny – grałeś przecież na skrzypcach.

– Od 7. roku życia. Zrezygnowałem, gdy miałem 14 lat, bo umarł mój profesor, a z następnym nie umiałem się dogadać. Co prawda rodzina nie wyobrażała sobie, że mogę być jakimś tam bluesmanem, ale ja – zawsze! Skrzypce wyrzuciłem, z harmonijką się nie rozstawałem. Harmonijkarzy na Śląsku było mało, ja dobrze grałem. Więc mnie zapraszali.

Np. do SBB?

– Na początku nazywaliśmy się Silesian Blues Band. Skrzek, Antymos i Piotrowski grali próby po całych dniach, na co ja nie mogłem sobie pozwolić. Studiowałem wychowanie techniczne na Uniwersytecie Śląskim i byłem zależny od rodziców. Zresztą... To nie było to. Oni już gonili za muzyką alternatywną, pasjonowali się odjeżdżaniem, a ja grałem prosto, triadowo. Do tego chciałem być liderem.

Kiedy zacząłeś żyć z muzyki?

– Gdy spotkałem Jerzego Grunwalda (Niebiesko-Czarni, No To Co). Chciał mnie wziąć w trasę, musiałem więc zdać egzamin przed komisją weryfikacyjną. Szło mi nieźle, dopóki grałem na skrzypcach. Ale jak wyjąłem harmonijkę, to się wkurzyli. W końcu menedżer Grunwalda jakoś mi tę weryfikację wychodził i ruszyłem w trasę – po Rosji. Dwa i pół miesiąca grania za duże pieniądze, które następnie się przepijało, no bo co tam można było innego robić. Ciągła bania, rano prysznic i dalej. Przez alkohol trzustkę trafił mi szlag. Ale zawsze piłem za swoje. Zarabiało się nie tylko na graniu. Gdy jeździliśmy po USA, kupiłem dwa wzmacniacze za 600 dolarów. Sprzedałem je na koncertach w Gruzji już za 3 tysiące. A za tyle dolarów to ja mogłem w latach 80. kupić cały Pewex.

A co z bluesem?

– U Grunwalda na harmonijce miałem jedno, dwa wejścia na koncert. Najczęściej śpiewałem w trójgłosie i grałem na kongach, tamburynie i krowim dzwonku. W tym samym czasie miałem też zespół Apokalipsa, w którym graliśmy trochę bluesa, trochę jazz-rocka. Byliśmy mocno zafascynowani Mahavishnu Orchestra. Mija właśnie 30 lat, od kiedy razem z Apokalipsą (z Janem Borysewiczem na gitarze) zarejestrowaliśmy pierwsze profesjonalne nagrania. Po Apokalipsie miałem jeszcze bluesową grupę Irjan. Aw 1981 roku zorganizowałem w katowickim Spodku pierwszą Rawę, na której grali m.in. Ela Mielczarek, Easy Rider i Dżem.

Popularność zdobyłeś dopiero jako Shakin’ Dudi?

– To był rok 1984 – byłem już poważnym bluesmanem, organizowałem kolejną Rawę, miałem big-band. Wystąpiliśmy z koncertem, który miał być jednorazowym wygłupem. Okazało się jednak, że to rock’n’rollowe wariactwo podoba się najbardziej.

Żonę poznałeś...?

– ...dwa razy. Przyszła po koncercie na festiwalu w Opolu w 1986 roku po autograf dla brata. Superdziewczyna, dobrze ubrana, fajne buty. Ja zawsze patrzę na buty, one pokazują klasę człowieka. Była ze Słupska, okazało się, że spotkaliśmy się kilkanaście lat wcześniej. Podrywałem ją po jednym z koncertów, ale nic z tego nie wyszło. A teraz się udało: oświadczyłem się po czterech godzinach. Potem rozeszliśmy się do swoich pokojów, a po czterech miesiącach wzięliśmy ślub.

Nie przeszkadzało jej, że jesteś od niej niższy o głowę?

– Musiałbyś ją zapytać. Ale przestała chodzić na wysokich obcasach.

W Polsce byłeś gwiazdą. Dlaczego wyjechałeś?

– Iwona była modelką, pracowała w agencji Euromodel. W Holandii mieszkała od 1977 roku. Ja dobrze wtedy zarabiałem, gdy przeliczyłem jednak moje pieniądze na guldeny, to w stosunku do Iwony byłem żebrakiem. W Amsterdamie zamieszkaliśmy na prawie dziesięć lat i bardzo mi się podobało. Ale tam liberalizm przerósł wszelkie granice. Gdy urodziły się dzieci, zacząłem się bać. Dla mnie grzech jest grzechem. Nie mam nic do gejów, ale nie chciałem, żeby moje dzieci wychowywały się wśród całujących się facetów, prostytutek czy ćpunów. Ja nigdy nie chodziłem do coffee shopów. Nie jaram trawy, nie pamiętam, czy raz w życiu zapaliłem. Amsterdam jest dobry dla ludzi mocnych, bo pokusa jest tam wszędzie.

Dlaczego wróciliście na Śląsk?

– A gdzie mieliśmy wracać? Do Warszawy?! Tam jest wyścig szczurów. Na lataniu między instytucjami straciłbym pół życia i nie wiem, czy coś by to dało. Nie mam komórki, bo nie chcę być na zawołanie każdego, kto ma mój numer. Ci, którzy dziesięć lat temu śmiali się, że nie mam telefonu komórkowego, teraz mi zazdroszczą. Mam internet, ale używam głównie e-maila. Nie daję się złapać na marketing czy promocje. Nie lubię się uzależniać. Od niczego.

A alkohol?

– W zasadzie piłem, od kiedy zacząłem grać. Przestałem dzięki Iwonie – powiedziała, że ślub kościelny weźmie ze mną dopiero wtedy, gdy rzucę picie. Trwało to dwa lata. Teraz nie piję w ogóle. Ostatnie piwo wypiłem kilkanaście lat temu. Przysiągłem Bogu, żonie i sobie. Trzeba być konsekwentnym.

Bóg na pierwszym miejscu?

– Zawsze. Urodziłem się w normalnej katolickiej rodzinie. W niedzielę bez pójścia do kościoła nie było obiadu. Potem były lata dziczenia. Ktoś stwierdził: Bóg jest wszędzie, w lesie też. Ale jeden ksiądz mi powiedział: kto tak mówi, niech prosi leśniczego, żeby go pochował. Chcę, żeby moja córka pamiętała, że w dzieciństwie co niedzielę chodziliśmy do kościoła, a nie do supermarketu.

Doznałem w życiu wielu rzeczy dobrych i złych. Bóg nas doświadczył: odebrał nam dziecko. Dorotka od początku była chora. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero na dwa dni przed jej śmiercią. Od razu zacząłem wszystko załatwiać: zastaw pod dom, kredyt, operacja w Stanach. Trzeba było jednocześnie przeszczepić serce i płuca. Było za późno... Na pogrzebie nie rzucaliśmy się na trumnę. Bóg dał nam parasol ochronny. Przez jej śmierć po raz pierwszy poczułem, że ja też umrę. I staram się tego swojego życia tutaj nie przepuścić. Każdy dzień jest ważny. I nie robię już planów na resztę życia. Bo Bóg może wszystko zmienić.

Jakie masz ambicje?

– Żebym był coraz lepszym wokalistą i instrumentalistą. Żeby Agatka wzrastała w tej muzyce i grała coraz lepiej. Bo widzę, że ma talent. I żebyśmy byli normalną, kochającą rodziną.

A Rawa?

– To moje życie. Jestem producentem tego festiwalu i mojej osoby. Producentem, menedżerem, artystą. Jestem samowystarczalny. Dzięki temu mogę też unikać rzeczy, których musiałbym się wstydzić. Ostatnio policzyłem, że sprzedałem ponad 600 tysięcy płyt. Skomponowałem ponad 100 utworów: instrumentalnych i piosenek. Nagrywałem przeboje. Często wyprzedzałem mody. Ale nie chcę wplątywać się już w to, że jestem gwiazdą. To jest ułuda, bardzo szkodliwa. Potem przychodzą rozczarowania i pretensje. A ja nie mam pretensji.

– muzyk, kompozytor, autor tekstów. Prawdziwa instytucja polskiego bluesa. Od 1981 r. twórca iorganizator Rawa Blues Festiwal – najstarszego wPolsce i jednego z największych na świecie festiwali bluesowych. W 1984 r. jako Shakin’ Dudi nagrał – jak twierdzi, „dla wygłupu” – rock’n’rollową „Złotą płytę”, która przyniosła mu ogromną popularność. Ostatnio Shakin’ Dudi powrócił – jego album „Złota płyta – ciąg dalszy”, wraz zksiążeczką zawierającą m.in. teksty piosenek izdjęcia, jest wsprzedaży od 11 stycznia

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.