Hrabia Monte Christo kontra neutralność internetu

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona -

Dużo w minionym tygodniu mówiono o problemie „końca neutralności internetu” w związku z wyrokiem sądu w USA. Pozwolę sobie dorzucić tło historyczne.

Co to jest „neutralność sieci”? Wprzypadku internetu oznacza to zasadę, że instytucja kontrolująca infrastrukturę, przez którą płyną nasze zera i jedynki (telekomunikacja, telewizja kablowa, operator GSM), nie wnika w przesyłane treści. Umawiamy się z nią na konkretne warunki przesyłu (na przykład na łącze przesyłające ich 80 tysięcy na sekundę, czyli 80 mbps), ale nie na tyle a tyle filmów, tyle a tyle piosenek i tyle a tyle śmiesznych kotków.

Zasada historycznie jednak jest starsza od internetu. Już w powieści Aleksandra Dumas „Hrabia Monte Christo” mamy demonstrację zagrożenia związanego z ingerencją w neutralność sieci.

Bohater powieści, tajemniczy hrabia (w rzeczywistości, jak wiemy, biedny Edmund Dantès, ćwierć wieku wcześniej niesłusznie skazany na okrutne więzienie), mści się na ludziach, którzy odpowiadają za jego krzywdę. Jednego z nich rujnuje, manipulując giełdą przez przechwycenie kontroli nad jedną ze stacji przekaźnikowych telegrafu optycznego.

Wynaleziony w 1792 we Francji telegraf był przez pół wieku najszybszym systemem łączności znanym ludzkości. Pozwalał na przekazanie jednego symbolu na minutę (symboli było 198, co z grubsza odpowiada ośmiobitowemu kodowi ASCII; w przybliżeniu można więc w dzisiejszych jednostkach oszacować szybkość tego telegrafu na 0,1 bps).

Telegraf działał w najprostszy możliwy sposób, na jaki ludzkość mogła sobie pozwolić przed epoką pary i elektryczności. Jego stacje przekaźnikowe stawiano na wysokich budynkach lub wzgórzach, które do dzisiaj wwielu miastach nazywane są „wzgórzem telegraficznym”. WWarszawie ustawiono ją na dachu Teatru Narodowego.

Operator stacji ustawiał określoną kombinację trzech ramion telegrafu niczym lalkarz operujący gigantyczną marionetką. Stacje stawiano tak, żeby operatorzy widzieli się nawzajem, więc operator następnej stacji powtarzał ten sygnał, następny robił to samo i w ten sposób depesza docierała zMoskwy do Warszawy albo z Berlina do Koblencji.

Osoba, która przechwyciła daną stację w niecnym celu, mogła zaburzyć sygnał wędrujący przez sieć. To właśnie robi Edmund Dantès, sprawca pierwszego naruszenia neutralności sieci w popkulturze.

To się jednak zdarzało także w rzeczywistości. Podczas potwornie zmanipulowanych wyborów w USA w 1876 Rutherford Hayes był popierany przez ówczesnego króla giełdowych przekręciarzy Jaya Goulda, który kontrolował między innymi firmę Western Union, dzierżącą monopol na transkontynentalną łączność telegraficzną (system Morse’a, szybkość rzędu 10 bps).

Western Union wykorzystywała dominującą pozycję do blokowania prasowych korespondencji mogących postawić w pozytywnym świetle politycznych rywali Hayesa, za to dzień w dzień przesyłała laurki o przewspaniałej najcudowności Hayesa (przygotowywane przez agencję Associated Press, współpracującą z Western Union na wyłączność).

Mimo to w wyborach Hayes dostał mniej głosów od swojego rywala Samuela Tildena, a jednak i tak został prezydentem. Jak to możliwe, to temat na osobny felieton o absurdach amerykańskiego systemu wyborczego.

Na użytek tego tekstu zauważmy tylko, że samo istnienie człowieka takiego jak rzeczywisty Jay Gould albo fikcyjny hrabia Monte Christo, który może wpłynąć na to, jakie informacje są przekazywane, a jakie blokowane – jest zagrożeniem dla demokracji i wolnego rynku. Giełda staje się fikcją, wybory stają się fikcją, tracą wszyscy z wyjątkiem Jaya Goulda i jemu podobnych.

Wracając do internetu: neutralność sieci od początku jest problemem dla firm telekomunikacyjnych. Od czasu do czasu ich szefowie w wywiadach sugerują, że chcieliby się tego pozbyć.

To tym prostsze, że zasady neutralności sieci nie zapisano wprost w żadnym akcie prawnym. W 2010 takie reguły przyjęła w USA Federalna Komisja Handlu, ale niedawny wyrok przyznał rację telekomom.

Dowcip jednak polega na tym, że współczesnego Jaya Goulda i tak już mamy. Firmy internetowe takie jak Google czy Facebook mają ogromną kontrolę nad tym, jakie informacje do nas docierają, a jakie są ukrywane.

Gdy przedstawiciele tych firm straszą nas możliwą dyktaturą telekomów, odwracają uwagę od nadmiernej władzy, którą mają już teraz. Zasugerowałbym więc, że zamiast walczyć o abstrakcyjną „neutralność sieci”, powinniśmy przede wszystkim walczyć z monopolistycznymi praktykami kogokolwiek. Co za różnica, czy nowy Jay Gould przyjdzie z cyberkorpów, czy z telekomów?

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.