Kryzys zaufania, czyli internet jak linia lotnicza

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Wojciech Orliński

Rozwój cyfrowej cywilizacji doszedł do punktu, w którym coraz bardziej deficytowym towarem staje się zaufanie. Świadczy o tym choćby popularność najszybciej obecnie rozwijającej się sieci społecznościowej – Snapchat.

Snapchat nie ma tak naprawdę żadnej realnej przewagi nad konkurencją poza jednym. Ponieważ wszystko, co nim wysłano, teoretycznie ulega po kilku sekundach automatycznemu wykasowaniu, wolimy go od usług Facebooka czy Google’a. To paradoks, bo oczywiście tak naprawdę nie mamy podstaw do tego zaufania. Snapchat regularnie dostaje najniższe możliwe oceny w rankingu polityki poprawności prowadzonym przez Electronic Frontier Foundation.

To automatyczne kasowanie wiadomości jest tak naprawdę marketingowym trikiem. Ale samo to, że ten trik działa, pokazuje obecne tendencje rynkowe.

Pieniądze, które zarabia Snapchat, to pieniądze, których nie zarobi Facebook czy Google. Wystarczyło, że jakaś firma powiedziała ludziom: „My wam dajemy więcej prywatności”, i ludzie w dużej mierze uwierzyli (na słowo, co prędzej czy później zapewne skończy się jakimś wielkim rozczarowaniem). Byłem niedawno na konferencji Stockholm Internet Forum, na której dużo o tym mówiono. David Mothander z Google’a w dyskusjach panelowych wysłuchał tylu przykrych słów pod adresem swojej firmy, że aż mi się go zrobiło szkoda.

Tam oczywiście była specyficzna publiczność, bo z internetem jest taka zabawna prawidłowość – im bardziej ktoś się tym wszystkim interesuje i im lepiej rozumie, jak to działa, tym mniej w nim optymizmu. Ale postawa ogólnej nieufności wobec cyberkorpów wydaje mi się umacniać.

Nie ma łatwego wyjścia z tej sytuacji. Mógłbym zaufać Google’owi (Facebookowi, Twitterowi – i tak dalej), gdybym dokładnie wiedział, co te firmy robią z moim danymi. Im więcej przejrzystości, tym więcej zaufania.

Tylko że niezależnie od „raportów przejrzystości”, które od pewnego czasu publikują czołowe cyberkorpy (szlak przetarł zresztą Google), pełna przejrzystość nie jest możliwa. Model biznesowy tych firm zbudowano na cyberinwigilacji.

To jest ich najważniejsza tajemnica handlowa. Zażądać od Google’a czy Facebooka całkowitej transparentności, to jak zażądać od Coca-Coli receptury na wszystkie napoje.

Takie żądanie byłoby de facto żądaniem likwidacji tych firm. I ja akurat nawet niespecjalnie bym po nich płakał, ale tutaj już otwarcie przyznaję, że jestem radykałem i opinia więk- szości społeczeństwa raczej zawsze będzie inna. Dowcip polega jednak na tym, że utrzymanie status quo już nie jest możliwe. Nie chodzi nawet o rewelacje Snowdena. Niedawny wyciek danych użytkowników serwisu aukcyjnego eBay pokazuje smutną prawidłowość. Jeśli te dane są gdzieś gromadzone i przetwarzane, będą wycie-

Zażądać od Google’a pełnej transparentności to jak zażądać od Coca-Coli receptury

kać. Pytanie brzmi: kiedy wyciekną, a nie czy wyciekną.

Co za tym idzie, nawet jeśli w stu procentach wierzymy w dobrą wolę Google’a czy Facebooka, a także w dobrą wolę amerykańskich służb specjalnych – pozostaje pytanie o zaufanie do administratora baz danych. I nie wystarczy odpowiedź, że „zatrudniamy najlepszych fachowców”, eBay to też bogata korporacja, oni też zatrudniają fachowców.

Dlaczego więc regularnie dochodzi do takich skandali? eBay nie jest przecież pierwszy, przedtem podobny wyciek mieli m.in. Sony i AOL.

Podstawową zasadą każdej korporacji jest cięcie kosztów. General Motors sprzedało 2,5 mln samochodów, którym grozi samozapłon – żeby zaoszczędzić na zabezpieczeniu, które kosztowałoby mniej niż dolara. Co najmniej kilkanaście osób straciło od tego życie (śledztwo w toku, więc nie wiadomo, na jakiej liczbie się to zatrzyma).

Ktoś kiedyś w eBayu zaproponował swojemu szefowi lepsze zabezpieczenie baz danych klientów. Szef się dowiedział, że nieznacznie by to podniosło koszty – więc wyrzucił projekt do kosza. Proponowanie zwiększania kosztów to nie jest dobry sposób na pięcie się po ścieżkach kariery.

Podobny skandal prędzej czy później wydarzy się w jakimś gigancie społecznościowym czy telekomunikacyjnym. Można tylko przyjmować zakłady, w którym – ale że to się wydarzy, to pewne.

Czy da się więc w ogóle przywrócić zaufanie do cyberbiznesu? Przy całym swoim pesymizmie uważam, że to jest możliwe. Ilekroć wsiadam na pokład samolotu, demonstruję zaufanie do producenta samolotu, do linii lotniczej i do państwowych regulatorów. Nie ufałbym żadnej z tych instytucji z osobna, ale ufam trójkątowi wzajemnych powiązań, które tworzą.

Może kiedyś podobną konstrukcję (niekoniecznie trójkąt) stworzy cyberbiznes. Na razie jednak to wszystko jest jak transport lotniczy w latach 20. zeszłego stulecia, kiedy podniebna podróż była tylko dla odważnych.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.