Część II.

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Górlikowski -

Dowcip powiem. Jak weszliśmy do Unii, były wybory, chyba do Sejmu. Sołtysowa wchodzi po kościele do lokalu wyborczego, mówi imię, nazwisko i chce kartę do głosowania. Pani za stolikiem: dowód poproszę. Sołtysowa, że do kościoła z dowodem nie chodzi. Pani przy stoliku: „To proszę wrócić z dowodem albo paszportem”. Sołtysowa: „Dziecko kochane, paszport to ma moja krowa, ja nie”. Bo odkąd Unia przyszła, wszystkie krowy oprócz kolczyków z numerkami mają paszporty, ale sołtysowa nigdy za granicę nie wyjeżdżała, to po co jej paszport.

Unia szczególnie doskwiera jej, bo zajmuje się w gospodarstwie administracją. Musi policzyć i wpisać, ile przeciętnie krowa wypije dziennie wody, ile zje, ile wysika, ile kału da, ile jest w nim azotu, a więc ile tego gnoju może dać na nawóz. Unijne normy każą też badać gnój z kurnika. Jak przecinka w dokumencie nie postawi, musi jechać 30 kilometrów do Kartuz, bo przychodzą na kontrole z agencji rolnej.

Edmund jest przekonany, że kontrolerów jest więcej niż rolników.

Gabriela: – Przyjechali kontrolerzy, mieli łopatkę, odgarniali śnieg, żeby zobaczyć, czy jest rzepak posiany. Co zrobię, to jestem kontrolowana, a przecież ja też jem tego kurczaka i piję to samo mleko.

Na dowód tego córka Karolina (23 lata, studiuje administrację w Słupsku) stawia przede mną i swoim ojcem talerze z kotletem drobiowym, ziemniakami, surówką i kompotem. Na Kaszubach gość nie może wyjść głodny z domu. Wszystko własne, z Tuchlina.

Jem i słucham, że media twierdzą, że kurczaki i świnie są pędzone na polepszaczach, ale mam napisać, że wszystko sprawdza weterynaria, inspekcja sanitarna i są normy unijne.

Gabriela: – Pasze są kontrolowane, nie może być ani antybiotyku, ani polepszaczy. Wystarczy gdyby coś w mięsie znaleźli, cała partia idzie na utylizację. Dlatego nie zobaczy pan zwierząt.

Edmund jr jest w sprawie Unii innego zdania. – Może rzeczywiście czasem ogranicza, bo żeby dostać dopłaty, musimy zaplanować na pięć lat do przodu, co zasiejemy na danym polu. I potem tego nie można zmienić, chociaż cena jakiegoś zboża spada. Z drugiej strony są dotacje bezpośrednie, np. na sprzęt rolniczy. Bez unijnych pieniędzy nie kupiłbym niektórych nowych maszyn. Unia daje 50 proc., a mnie jako młodemu rolnikowi 60 proc. dofinansowania na maszyny.

Tata Edmund dodaje, że gorzej nie jest, ale biurokracji mogłoby być mniej i darmozjadów też. – Unia to dla mnie to, że jak jechałem przez osiem krajów, nikt nas nie zaczepił na granicach. A Litwin, nasz pracownik, już legalnie może u nas zarabiać. To jest dobre.

Kapitalizm zburzył święte prawo rolnictwa w PRL: towar przywieziony, towar zapłacony. Edmund: – Z Drobkartelem, firmą, która nie zapłaciła nam za kurczaki, 19 lat się sądziliśmy, ostatnio dostałem pismo, że sprawę umorzono.

Gabriela: – Jeden hodowca świń się powiesił, a inny zabił samochodem, przez bankructwo, bo ubojnie nie zapłaciły. Jedno, co dziś pewne, to mleczarnie, one zawsze płacą. Ale za świnie, drób to nigdy nie wiadomo, czy zapłacą, chociaż jest przepis, że powinni w 14 dni od dostawy. Tyle że robią aneksy do umów, że w 30-40 dni. Świnia je tyle samo i tyle samo kosztuje pracy, a może pan dostać 4,80 albo 3,40 za kilogram, czyli 110 zł za całą świnię, jak ostatnio.

Jak przez ostatnie 25 lat zmieniła się wieś, najlepiej widać po liczbie zwierząt w gospodarstwie. Gabriela: – Jak przyszłam do Tuchlina 27 lat temu, to we wsi były dwa samochody i każda ze 120 rodzin miała dwie, trzy krówki. Dziś może z 20 rodzin ma krowy, ale prawie każde gospodarstwo ma dwa, trzy samochody.

Samochody są potrzebne, by do miasta do pracy dojechać, krów nie ma, bo zdaniem Wittów młodym nie chce się doić, lepiej mleko kupić w sklepie. Przy świni trzeba chodzić, karmić, gnój wyrzucić. Większość rolników jeździ dziś do Kartuz czy Trójmiasta na fuchę. Zostają gospodarze, którzy mają swoich 20 hektarów, ale dzierżawią ziemię od pięciu innych, którzy już na niej nie pracują.

Edmund jr: – Małe gospodarstwa nie mają przyszłości, średnie od 100 hektarów się zaczynają. Jak my z żoną mamy 240 hektarów i ponad 100 sztuk krów, we dwójkę tego nie opanujemy. Można około 30 sztuk samemu opanować, myślę, może do 100 hektarów da się bez pracownika, znam taką rodzinę, ale oni harują jak woły od rana do nocy.

Pytam, czy dziś na wsi czas płynie tak szybko jak w mieście.

Czas życia świni się skrócił. Edmund: – Dziś tucznik 28-30-kilowy w cztery miesiące urośnie i można go bić, kiedyś pół roku trzeba było. Pasze są inne, mają większego kopa. Kiedyś więcej zielonego się świniom dawało, miały urozmaiconą dietę. Teraz – produkcja, produkcja, produkcja.

Czas człowieka też się skrócił, chociaż żyje. Adela: – Kiedyś przychodziło się ze szkoły, brało kawałek chleba i szło za koniem, a tata siedział na miedzy z sąsiadem i gadał. Ten czas był kiedyś jakiś dłuższy. Dziś nie ma czasu, gdzieś zniknął. Nawet w niedzielę jedziesz do kościoła, przyjeżdżasz, obiad zrobisz i ani sąsiadów nie odwiedzisz, ani nic. A przecież masz samochód, kościół blisko, a kiedyś do Sierakowic piechotą się szło sześć kilometrów. Czas pędzi i nie ma go.

Ludzie na wsi mniej się odwiedzają, bo od kiedy są samochody, trudniej się spotkać. Starsze córki Wittów wspominają, że za komuny było weselej, bo sąsiedzi w karty grali, popijali albo wzajemnie obcinali sobie włosy. Dziś każdy zalatany.

Mirka: – Wszystko jest szybko, ale mniej wesoło. Ludzie nadal pomagają sobie pewnie na wsi bardziej niż w mieście, ale nie tak jak kiedyś. Kiedyś się w żniwa podawało snopek jeden drugiemu, przyjeżdżała rodzina do pomocy. Sąsiedzi pomagali sąsiadom. Dziś kombajn to robi. Kiedyś na polu było wiele ludzi, rozmawiało się, a potem szło na łąkę albo na dyskotekę. Nie ma już takiego kontaktu.

Córka Edmunda Gabriela przypomina, że kiedyś potrafili się zebrać wszyscy i spędzić dzień razem nad morzem w Łebie, teraz nie ma na to czasu. – Wstaję do mojego kurnika o 5.30, idę spać o 22. Trzeba pilnować tam temperatury, karmić, nie ma, że się nie chce. Kurnik, chlew to obowiązek. Się pilnuje dzień i noc.

Pytam Edmunda Witta, czy dziś łatwiej zostać rolnikiem, z dotacjami unijnymi i po studiach, czy 25 lat temu? Nie ma wątpliwości, że dziś trudniej byłoby zacząć. – My wtedy też ryzykowaliśmy. Wielu zbankrutowało. Ale dziś w ogóle nie ma ziemi do kupienia albo jest bardzo droga.

Edmund junior mówi, że dziś już pieniądze nie wystarczą, musi być też doświadczenie. – Mojego kolegi rodzice mają dużą firmę i pieniądze, mógł więc zostać rolnikiem. Ale nakłady ponosi dużo większe niż my, bo nie ma doświadczenia. Przyjeżdża do niego np. jakiś doradca i mówi: kup ode mnie ten nawóz. Kupuje, ale efekt jest mizerny, bo nie zna się. Dużo dziś takich sprzedawców. Od dziecka z tatą jeździłem po polach i wiem, jak się zboża zachowują w zależności od pogody, szkodników, chorób. Kolega przyjedzie, zaorze, bo fajnie się ciągnikiem jeździ, posieje, a potem dwa tygodnie go nie ma na polu. Traktuje to jak hobby. Więc zacząć od zera dziś jest możliwe, jak bardzo by ktoś chciał, ale strasznie trudne.

W1989 zaczął studia prawnicze, a w 1996 oskarżał już Bolesława z rodu Piastów o przydomku „Śmiały” o zabójstwo pod wpływem silnego wzburzenia biskupa Stanisława ze Szczepanowa. Napisałem wtedy w gazecie, że Marek Karczmarzyk będzie świetnym oskarżycielem, bo swoją mową wygrał ogólnopolski konkurs krasomówczy dla aplikantów prokuratorskich. Pomyliłem się, został adwokatem.

Agnieszka Roszkowska otworzyła kancelarię w sierpniu ubiegłego roku. Co ich łączy? Zostali adwokatami bez koneksji, pierwszymi

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.