Świetlik jak Sartre, czyli trzeba nam więcej skandali

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Niejakie poruszenie wywołała decyzja jednego z największych naszych poetów, Marcina Świetlickiego, który zaapelował, aby anulować jego nominację do Nagrody Nike, nominację, którą uzyskał za tom wierszy „Jeden”, rzecz niewątpliwie wybitną. Marcin motywował to tym, że nie życzy sobie być honorowanym przez instytucję, która swego czasu wytoczyła proces poecie Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi za jego obelgi pod adresem tejże, stąd ów protest Marcina. Nie miejsce tu, by skrupulatnie wyjaśniać, że rzeczony proces nie był o wiersze, ale o polityczne wypowiedzi, że nie o prześladowanie poety za jego twórczość szło, lecz o wypowiedzi JMR jako obywatela – cała sprawa z poezją nic wspólnego nie miała. Marcin oczywiście ma pełne prawo nie życzyć sobie uznania ze strony takiego czy innego jury, nie jest to zresztą pierwszy przypadek, gdy pisarz nie zgadza się, aby obce mu ciało go honorowało. Przypominam jedynie przy tej ciekawej okazji, że sam JMR wszak kiedyś Nagrody Nike (którą za tom wierszy „Zachód słońca w Milanówku” dostał) w ramach protestu osobiście nie odebrał, ale czek, owszem, chętnie przyjął. Poezja poezją, polityka polityką, ale nade wszystko kasa kasą.

Szczerze żałując, że Marcin się wycofał – intensywną miałem nadzieję, że w finałowej siódemce go zobaczę – rozmyślałem melancholijnie nad fenomenem wszelakich nagród artystycznych, ma się rozumieć, że obowiązkowo pojawiły się w tych rozmyślaniach nazwiska laureatów Nobla, którzy nagrodą szwedzkiej Akademii wzgardzili, bardziej jeszcze myślałem o tych, którzy co roku nerwowo czekają, by sekretarz noblowski ich nazwisko uroczyście wymienił, i wciąż doczekać się nie mogą, więc siedzą w czyśćcu tak zwanej giełdy nazwisk, siedzą, czekają i być może nigdy zbawienia nie doczekają. A kiedy już się wystarczająco narozmyślałem, to rzuciłem się do lektury książki „Ekonomia prestiżu” amerykań- skiego socjologa literatury, który akurat nazywa się English. James English.

Jest to dzieło ściśle naukowe, lecz przynosi przy okazji wiele arcyciekawych informacji i anegdot, poszerzając nasze postrzeganie bizantyjsko rozrośniętego rynku nagród artystycznych, w tym oczywiście literackich, osobliwie w świecie anglosaskim, choć o francuskich laurach w rodzaju Goncourtów i o Noblu także tam sporo jest akapitów. Dzięki lekturze Englisha dowiedziałem się, jak naprawdę z nieodebraniem Nobla przez Jean-Paula Sartre’a było,

Ponieważ w Polsce mamy już nagrody Węże dla najgorszych filmów roku, postulowałbym zatem nagrody dla książek najgorszych

do tej pory w niezłomnym przekonaniu – jak pewnie większość – żyłem, iż Sartre odrzucił Nobla z powodu swych komunistycznych poglądów. English uświadamia nam, że Sartre już wcześniej wysłał stosowny i uniżony list do Sztokholmu, aby jego osoby w nominacjach nie brać pod uwagę, gdyż z zasady nie życzy sobie żadnych nagród, czy to wschodnich, czy zachodnich, czy lewicowych, czy prawicowych. Niestety rozkojarzony sekretarz noblowskiej Akademii list gdzieś zapodział i Szwedzi przyznali Sartre’owi Nobla – jakby powiedział klasyk – przez nieporozumienie. Nie pozostało zatem Sartre’owi nic innego, niż przyjęcia nagrody odmówić i wywołać skandal. Poniekąd Świetlicki dokładnie drogą Sartre’a poszedł, taka różnica, że sekretariat Nike przytomniejszy jest niż ówczesny noblowski, więc Świetlik Nike nie dostanie, a i przy dzisiejszej wszechwiedzy i wszechwładzy internetu rzecz umknąć opinii publicznej by nijak nie mogła.

Odmowa Sartre’a, tak jak odmowa Świetlickiego, ociera się mocno o aferę artystyczną, to bardzo dobrze, literatura potrzebuje skandali, skandal jest kroplówką umierającej literatury. Każda nagroda artystyczna jest skandalem, a przynajmniej skandalem być powinna, tłumaczy English, klarując nam, że skandal publiczny jest warunkiem społecznego istnienia nagrody, a wyróżnienie, które nie wywołuje awantur, umiera powoli na nieważność. Wpewnym sensie niewielki skandal, jaki wywołał Świetlicki, jest kroplą w morzu potrzeb, by bardziej nagrody literackie w Polsce wypromować. Skandal dobry jest i dla tego, kto go wywołuje, i dla samej nagrody jest poniekąd niezbędny. Długa lista skandali związanych z najsłynniejszą angielską Nagrodą Bookera powoduje, że jest to tak głośny literacki laur, iż po każdym werdykcie wybucha wściekła awantura: jedni są oburzeni, drudzy czują obrzydzenie, a pozostali dzieło wyśmiewają. English podaje przykład powieści Jamesa Kelmana, która Bookera dostała, a na pięciuset jej stronach słowo „fuck” występowało cztery tysiące razy.

English utrzymuje, że w zasadzie wszyscy, jeśli już nie dostali jakichś nagród, to wkrótce je dostaną, albowiem galopujące pączkowanie kolejnych wyróżnień sprawia, że więcej jest już laurów niż artystów, często laurów dość specyficznych jak, podany przez Englisha, przykład nagrody „dla artysty włókiennika poniżej czterdziestego roku życia mieszkającego w Ontario”. Mnogość nagród skutkuje także takimi sytuacjami jak ta, gdy artystka Rachel Whiteread tego samego dnia otrzymała najważniejszą w dziedzinie sztuk plastycznych Nagrodę Turnera za najlepsze dzieło sztuki i nagrodę Fundacji K za najgorsze dzieło sztuki – szło o to samo dzieło sztuki, dodaję dla precyzji.

Przypomnę tylko na marginesie, że swoje doroczne nagrody przyznaje nawet branża pornograficzna (AVN Awards) w niezliczonej wręcz liczbie kategorii, na przykład „najlepszy seks analny”, „najlepszy seks grupowy”, „transseksualny aktor roku” bądź „fetyszyzm stóp”. Laureatki i laureaci owych pornonagród naturalnie wygłaszają wzniosłe mowy, w których dziękują za wszystko rodzicom i wyznają im miłość.

Nie ma jednak prawdziwego rynku nagród bez antynagród, jak zeznaje English, w literaturze istnieją nagrody za najgorszą książkę roku, najgorsze tłumaczenie roku, najgorzej opisaną scenę seksu (Bad Sex in Fiction Award, nagroda dla pisarza, który stworzy „najgorszy opis aktu seksualnego w dziele powieściowym”, wśród laureatów m.in. Norman Mailer i Jonathan Littell), najgorszą pracę akademicką i najgorszy utwór niefikcyjny.

Ponieważ w Polsce mamy już nagrody Węże dla najgorszych filmów roku, postulowałbym zatem nagrody dla książek najgorszych w kategoriach: najgorszy kryminał, najgorszy reportaż, najgorszy tom wierszy, a także najgorsza książka na słuszny temat, względnie najgorsza powieść zaangażowana. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że takowe nagrody pchnęłyby wreszcie polskie czytelnictwo do góry, kto by w końcu nie chciał przeczytać najgorszej książki o miłości lub najgorszej powieści sensacyjnej, najgorszej powieści politycznej, a na deser najgorszej poezji. Jeśli mamy walczyć o większe zainteresowanie narodu literaturą, to potrzebujemy większej liczby skandali z nagrodami związanymi, a także antynagród literackich.

Austriacki geniusz prozy Thomas Bernhard serdecznie nienawidził nagród literackich, które naturalnie przyjmował (a dawali mu je nieustająco), pisząc przy tym płomienne teksty przeciw owym nagrodom. Uważał, że dawanie nagród to podłość, a przyjmowanie tych nagród to nikczemność, najbardziej jednak oburzała go zbyt mała, towarzysząca owym laurom, gratyfikacja.

Naprawdę los pisarza jest pełen upokorzeń.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.