Z reżyserem rozmawia

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Polecamy Dokument -

Głośny film dokumentalny „Fuck for Forest” opowiada o grupie, która zbiera pieniądze na ratowanie lasów tropikalnych, produkując filmy pornograficzne. Bohaterowie twierdzą, że reżyser zaaranżował kluczową scenę. Tak można? – Pytanie, komu uwierzymy. Chodzi o scenę konfrontacji grupy z plemieniem w Ameryce Południowej. – Znam Michała Marczaka, wydaje mi się, że jest subtelny i delikatny przy pracy nad filmami, wręcz powiedziałbym nieśmiały. Publiczność chce wierzyć, że film dokumentalny pokazuje prawdę. Co to za prawda, kiedy bohater jej nie czuje? – Przecież to bohater decyduje, czy robimy film, czy nie. Film poprzedza dokumentacja, to czas, żebyśmy się poznali, zaufali sobie, nawiązali relację, na bazie której powstanie film.

Ja włączam kamerę dopiero, kiedy wyczuwam wyraźny impuls albo kiedy bohater wręcz mi mówi: „Dobra, róbmy ten film”. Nigdy nikogo nie namawiam do filmu. Czekam, aż decyzja wypłynie od tej drugiej strony. Nawet kiedy robiłem „Kraj urodzenia”, w którym z rachmistrzem spisowym wchodziliśmy ludziom do domów praktycznie bez przygotowania, starałem się doprowadzić do sytuacji, w której czuliśmy, że osoba, do której domu wkraczamy, jest otwarta i chce z nami porozmawiać. Włącza pan kamerę i nic ciekawego się w życiu bohatera nie wydarza. Można wtedy zaaranżować jakąś sytuację? – Oczywiście. Ja nazywam to „wyobrażeniem prawdy”. Mógłbym opowiadać o wielu scenach w moich filmach, bo za każdym razem to wyglądało inaczej. Pracując nad „Nienormalnymi”, filmem o dzieciach upośledzonych umysłowo, przeczytałem w gazecie opis sytuacji, kiedy na olimpiadzie specjalnej biegł chłopak dopingowany przez przyjaciół. I w pewnym momencie zatrzymał się i wysłał im całusa. Piękna scena! No ale jak ją nakręcić? Mogę pojechać na pięć olimpiad i nie uchwycić takiej sceny. Więc w takiej sytuacji próbuję wywołać tę prawdę we własnej wyobraźni i ją odtworzyć – wynająć stadion, zorganizować zawody, znaleźć chłopca o odpowiedniej witalności, tak żeby na tym podłożu to się naturalnie jeszcze raz wydarzyło. I to się udało? Chłopiec wysłał całusa? – Nie tylko go wysłał, ale nawet podbiegł do bandy i ucałował wychowawczynię w rączkę, po drodze podniósł kolegę, który się przewrócił. Dobiegł do mety ostatni, ale cały szczęśliwy. Taka scena, uruchomiona przeze mnie w jakiś sposób, często jest o wiele bardziej wiarygodna niż taka, którą łapiemy na taśmie przypadkowo, a która wydarzyła się naprawdę. Okazuje się, że wiarygodność a prawda to są dwie różne rzeczy.

Zdarza się, że student w szkole filmowej przychodzi do mnie i pokazuje mi jakąś scenę, a ja czuję, że jest sztuczna, fałszywa. Pytam: „Czy ty ją jakoś podkręciłeś, zainscenizowałeś?”. „Panie Jacku, to jest najprawdziwsza prawda. Tak było!”. Wtedy mówię: „To zrób tę prawdę jeszcze raz, odtwórz ją, skoro ją przeżyłeś, poczułeś”. To nie jest żadne oszustwo, wymyślanie zdarzeń. I nagle okazuje się, że odtworzona scena wypada dużo bardziej wiarygodnie niż prawdziwa. Obiektywnie rejestrując rzeczywistość, nigdy nie zrobimy emocjonującego dokumentu, to będą jakieś szarobure obserwacje. Pan zawsze powtarza, że najważniejszy jest szacunek do bohatera. Trzeba rezygnować zważnych lub ciekawych wątków, żeby mu nie szkodzić? – Nigdy nie ma jasno wyznaczonej granicy. Kiedy wchodzę z kimś w bliską relację, czuję, co mogę, a czego nie z czystego szacunku dla tej osoby. Na przykład w filmie „Wojownik”, o mistrzu kick-boxingu, który zapadł na ciężką chorobę, nie podjął pan ciekawego wątku życia osobistego bohatera. – Musiałbym wtedy pojechać do jego żony, odgrzebać bolesne dla niego sprawy z przeszłości, rozdrapywać rany. A przecież chodziło mi o to, żeby mu pomóc, postawić go na nogi, żeby on z tego naszego spotkania wyszedł silniejszy, a nie słabszy. Film filmem, ale fajnie, jeżeli można komuś podać rękę, przejść z nim ciężki kawałek drogi. To jest dla mnie najpiękniejsza rzecz w filmie dokumentalnym. A rozdrapywanie ran by mu zaszkodziło w momencie, kiedy był bardzo kruchy i delikatny. Ale historia wtedy jest niepełna. Czy to jest prawda? – Są ważniejsze rzeczy. Marek był wtedy osobą, która straciła zaufanie do ludzi. Nie chodziło mi o to, żeby przywrócić go sportowej świetności, ale o to, żeby przywrócić mu to zaufanie. Dlaczego on się zgodził na ten film? Bo mi zaufał. I wtedy film staje się mniej ważny, bo może ja bym chciał zrobić inny film, mocniejszy, interesujący nie tylko dla znawców kick-boxingu, ale wtedy musiałbym stracić jego zaufanie. A on mi powiedział tak: „Jacku, ja nic nie mam, wszystko straciłem. Mam tylko jedną rzecz – swoją historię. I ja ci ją daję”. Duża odpowiedzialność. – Wtedy jeszcze nie miałem świadomości, co znaczą te słowa. Aż do momentu, kiedy chciałem skrócić film. Zrobiliśmy długą wersję, on był bardzo zadowolony. A ja chciałem jeszcze zrobić krótszą wersję, bardziej dynamiczną, bo nie wszystkie fakty dla widza zwykłego są ważne. Bardzo krytycznie się do tego odniósł. Powiem szczerze, że zrobiło mi się bardzo przykro. W filmie uchroniłem go przed różnymi faktami, które byłyby ważne, ale bolesne dla niego, no i świadomie odpuściłem. Zawsze trzeba pokazywać bohaterom film przed premierą? – Nie zawsze. Ja zwykle nie pokazuję, bo mam wrażenie, że sprawa jest tak czysta, że nie muszę. Oczywiście, zapraszam bohaterów na premierę, razem cieszymy się z filmu. Jednak zdarza się, jak w przypadku „Wojownika”, że pokazuję film wcześniej. To także trzeba wyczuć, to wynika z relacji z bohaterem. Utrzymuje pan z bohaterami relacje długo po zakończeniu zdjęć. Niektórym pan pomaga, na przykład byłemu więźniowi Robertowi z „Born Dead”. Dzięki panu zaczął grać w filmach. – Ta historia to był taki samograj – twardy więzień, wytatuowany, idzie do pracy w domu pomocy społecznej opiekować się upośledzonymi dziećmi. Mocny temat. Ale mnie mocne tematy fascynują dlatego, że pozwalają mi zobaczyć rzeczy, które siedzą gdzieś głębiej w człowieku i ujawniają się tylko w takich ekstremalnych sytuacjach. Chciałem zrobić film o tym, jak się rodzą uczucia. Wiedziałem, że kiedy więzień niby pozbawiony uczuć zderzy się ze światem tych dzieciaków, to tam się te uczucia urodzą. Kręciłem ten film dziewięć miesięcy z innymi bohaterami i nic. A kiedy spotkałem Roberta, po jednej rozmowie wiedziałem, że ten świat mu otworzy wszystkie najpiękniejsze zakamarki duszy. I otworzył.

Z Robertem przyjaźnię się do dziś. Jest wspaniałym człowiekiem, dokonał wielkiej rzeczy, więc uważam, że warto mu nieba przychylić. Kiedy wyszedł, chciałem mu znaleźć pracę, wysyłałem kasety z filmem do różnych miejsc, ale nigdzie go z takimi papierami nie chcieli zatrudnić. Więc napisałem dla niego rolę w swoim filmie fabularnym „Jeszcze nie wieczór”, po to, żeby mógł zapłacić wszystkim osobom, którym robił krzywdę w czasie krótkich pobytów na wolności. Później zagrał jeszcze w paru filmach. Wtrakcie pracy nad filmem relacja z bohaterem staje się bardzo bliska. Łatwo stracić obiektywne spojrzenie? – To jest wielkie zagrożenie, które mnie mocno dotknęło podczas pracy nad filmem „Szczur w koronie”, historią wychodzącego z nałogu alkoholika. Ta relacja przez wiele lat miała wielki wpływ nie tylko na mnie, ale na moją rodzinę. Robiąc ten film, chciałem Michałowi pomóc, napędzała mnie chęć uratowania go. Nawet nie zauważyłem, kiedy stałem się w jego rękach narzę- Wfilmie widać, że Michał cały czas usiłuje wyciągnąć od pana pieniądze. – Pieniądze to był najmniejszy problem. Chodzi o to, że zaczyna się wierzyć we wszystko, co taka osoba mówi. A alkoholicy kłamią strasznie, wymyślają niezwykłe bajki po to, żeby mieć człowieka pod ręką, mieć ten komfort, że ktoś o nich dba, jest blisko, może coś załatwić. Zacząłem tracić wiele rzeczy z oczu i z serca, nie dostrzegałem sytuacji ważniejszych od filmu i bohatera, czyli najbliższych mi osób. A one mówiły: „On cię oszukuje, lawiruje!”. Nawet dzieci były oburzone, bo jak tylko Michał dzwonił, to ja o pierwszej w nocy rzucałem wszystko i leciałem mu pomóc.

Ale ja wierzę, chcę wierzyć, że to było szczere, że on mnie szczerze polubił. Gdybym w to nie wierzył, tobym się czuł strasznie oszukany i nie chciałbym zrobić filmu opartego na takiej relacji. Im dłużej trwa praca nad filmem, im lepiej poznajemy bohatera, tym będziemy bliżej prawdy o nim? – Czas jest niezwykłą siłą w filmie dokumentalnym. Teraz mamy nowe możliwości – kamery cyfrowe. Nie trzeba mieć masy sprzętu i ludzi, co znacznie ułatwia zbliżenie się do bohatera. Być może Krzysztof Kieślowski, gdyby miał do dyspozycji taką technikę, nie powiedziałby, gdy nakręcił „Z punktu widzenia nocnego portiera”, że film dokumentalny przekracza granicę, w jakiś sposób robi bohaterowi krzywdę. Wtedy kamera była wielkości tego stołu, wielka ekipa, film się robiło dwa, trzy tygodnie. Jak można się w tym czasie zbliżyć do bohatera? Nie można. Teraz sama dokumentacja trwa trzy-cztery miesiące. Mam w torbie kamerę i sam jadę do bohatera. Filmy mogę kręcić latami. To dlaczego ogłosił pan niedawno, że odchodzi od dokumentu? – Ta myśl pojawiła mi się podczas pracy nad „Szczurem w koronie”. Tak naprawdę każdy kolejny film bardzo mnie eksploatował, ale historia z Michałem spowodowała, że coś pękło. We wszystkie filmy mocno się angażowałem, a w pewnym momencie trzeba pomyśleć o sobie. Oddawałem energię komuś, a sam byłem coraz mniej doładowywany. Przede mną nowa, ciekawa droga. Mam swój świat wyobraźni i chciałbym opowiedzieć o nim.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.