Absolwenci wracają

Gdyby nie te studia, nie potrafiłbym pracować w taki sposób. Oczekiwano ode mnie twórczego, kreatywnego rozwiązywania problemów.

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Po Prostu -

sąsiedzku. Mamy też wspaniałą nianię. W Anglii przy przyzwoitych pensjach i benefitach na dzieci zatrudnienie opiekunki nie było możliwe. Mamy mieszkanie, na pewno jest nam łatwiej, ale na razie żadne z nas nie ma tu takiej pracy, żeby samodzielnie utrzymać rodzinę.

Chciałem być prawnikiem tutaj

Dr Marek Niedużak, 33 lata, adwokat. Doktorat zrobił na UJ, w Cambridge drugiego magistra – z teorii, historii i filozofii prawa. Dziś współpracuje z think tankiem Polityka Insight, Akademią Koźmińskiego oraz Biurem Analiz Sejmowych.

– U fundamentów uniwersytetów Oksford i Cambridge leży myśl, że edukacja nie ma być praktyczna. Twórcy tych uniwersytetów wychodzili z założenia, że gdy nauczą człowieka analizować, gdy zrozumie on, jak myśleli Rzymianie i Grecy, budując swoje państwa, to da radę rządzić nawet Indiami. Imperium brytyjskim bardzo sprawnie kierowali historycy i klasycyści. W tym duchu dokonałem wyboru.

Druga ważna rzecz – system college’ów miesza studentów z różnych kierunków i moje najbardziej naukowo inspirujące rozmowy odbyły się przy lunchu z antropologiem kultury.

Na rynku prawniczym w Polsce dyplom z Cambridge to mocna pozycja w CV, ale bez studiów i aplikacji zrobionej w Polsce nie można wykonywać zawodu. Wróciłem do Polski, bo tu chciałem być prawnikiem.

Mężczyznom jest łatwiej wrócić. Polki są piękne, często tam znajdują chłopaków i zakładają rodziny. Częściej wybierają ścieżki humanistyczne, a tym kierunkom jest najtrudniej w Polsce o pracę. Chłopaki idą do biznesu ubitą drogą: McKinsey & Co. lub Boston Consulting Group – to takie fabryki dyrektorów – a potem do jakiejś firmy. Na Zachodzie jest większa konkurencja i żeby wejść do zarządu, często trzeba wrócić do Polski. Najwygodniej w ramach jednej firmy – poznać ludzi w centrali, potem się tutaj przenieść. Wiele takich karier widziałem.

Anglia to nie raj. Ceny nieruchomości w Londynie są na kosmicznych poziomach. Na północy tereny są biedne. W poprzemysłowych rejonach dużo narkotyków, najwyższy współczynnik nastoletnich ciąż. Państwowe szkoły mają niski poziom, więc trzeba płacić za prywatne, nieraz droższe niż wyższe uczelnie. Dzieci są od początku podzielone. Oksford i Cambridge, prywatne szkoły i praca w londyńskim City to doświadczenie niewielkiej, uprzywilejowanej grupy ludzi.

A w Polsce są dobre państwowe licea i gimnazja, w których zdolni – i bogaci, i biedni – mogą siedzieć w jednej ławce.

Taniej zacząć coś własnego

Kinga Lubowiecka, 25 lat, malarka i artysta fotografik. Sztukę studiowała rok w Londynie i trzy lata na Oksfordzie. Mieszkała tam od trzeciego roku życia, choć urodziła się w Krakowie (rodzice pracowali w Anglii). Od trzech lat jest w Polsce.

– Każdy absolwent szkoły artystycznej szuka miejsca, gdzie mógłby rozwijać swoją twórczość. Kraków to był oczywisty dla mnie krok. Interesuje mnie dawny, znikający już charakter miasta. Wiele moich prac do niego nawiązuje. Mieszkanie dziadka i stryjka pod Wawelem było wolne, więc trzy miesiące po skończeniu Oksfordu wprowadziłam się tam ze swoją pracownią i stworzyłam galerię The Green Room. Tak nazywa się pokój, w którym aktorzy (tu: młodzi artyści) czekają przed wejściem na scenę (tu: na szeroki rynek sztuki). W maju 2012 roku odbyła się pierwsza wystawa – studenci ASP w Krakowie i The Ruskin School of Art w Oksfordzie pokazywali pierwsze szkice swoich prac. Do tej pory odbyło się w galerii sześć wydarzeń.

Zamieszkałam w domu rodziców. Od 20 lat wracają i wrócić nie mogą. Dla mnie Polska to zupełnie nowy kraj. Ale i wyzwanie, bo nie mam akcentu, więc ludzie nie rozpoznawali, że nie wszystkie niuanse rozumiem. Na początku żyłam z udzielania konwersacji. Byłam na stażu w renomowanej galerii Zderzak, przeszło to w dorywczą pracę. W wakacje w Oksfordzie prowadziłam warsztaty fotograficzne.

Szukałam też pracy w dwóch korporacjach. Dostałam ofertę z działu obsługi klienta interesowała ich moja znajomość języka niemieckiego, angielski nie jest już w Polsce atutem. Proponowali zarobki niższe niż średnia krajowa i uznałam, że ta praca nie umożliwi mi rozwoju artystycznego. Wtedy znalazłam ogło- szenie o pracy w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie – MOCAK to fantastyczne miejsce. Hasło „Oksford” otwiera drzwi na rozmowę, choć nie aż tak jak w Anglii. Pomogło mi to, że w wakacje pracowałam w Muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji, i oksfordzki, kreatywny sposób myślenia o sztuce. Wydawało mi się, że pracując na etacie, jestem w stanie rozwijać własne działania artystyczne, ale po półtora roku wiem, że nie. The Green Room wymaga dużo więcej energii.

Właśnie zakończyłam współpracę z MOCAK-iem. Chcę zarabiać na własnych pomysłach, głównie fotograficznych, i po pierwszych zleceniach widzę, że mi się udaje.

WLondynie pracy nie szukałam. Tam dużo się dzieje pod względem artystycznym, jest więcej galerii, muzeów, instytucji kultury, gdzie można pracować, ale utrzymanie z tych środków dwóch lokali jak w Krakowie nie jest możliwe. Tu łatwiej rozpocząć coś własnego.

Tu są możliwości

– Z 350 polskich absolwentów Harvardu ponad 200 osób mieszka w Polsce – mówi Krzysztof Daniewski, 46 lat, doradca edukacyjny, prezes Harvard Club of Poland, stowarzyszenia absolwentów. Założył fundację IVY Poland, która pozyskuje środki i przyznaje stypendia dla polskich studentów 22 najlepszych uczelni świata. – Na Harvardzie już nie jest obciachem powiedzieć: wracam do Polski. Kariera idzie tu zdecydowanie szybciej. W Stanach na ten sam zakres odpowiedzialności czeka się dłużej, bo konkurencja jest większa. W najlepszych firmach konsultingowych, bankach inwestycyjnych o każde miejsce walczy 100 osób.

Polskich studentów i absolwentów z dyplomami 25 najlepszych uczelni świata jest już 1015 tys. Z Harvardu nie wracają w pustkę. Wszyscy wiedzą, że sobie pomagamy. W 2013 roku dostaliśmy nagrodę jako najlepszy klub absolwentów Harvardu na świecie. Co roku 220 stowarzyszeń walczy o ten tytuł.

Marek Niedużak: Decyzja o emigracji nigdy nie jest łatwa. Masz dziwny akcent, ludzie się zastanawiają, czy jesteś legalnie, i często pracujesz poniżej swoich możliwości intelektualnych.

Przemek Żelazowski: Na świątecznym spotkaniu absolwentów Oksfordu było ponad 100 osób – mnóstwo pozytywnych historii. Prze- wodni temat to dynamizm Polski, że to kraj możliwości. A w nowym rozdaniu funduszy unijnych będzie jeszcze większy nacisk na innowacje.

Marta Szulkin: Dużo się zmienia i to generuje szanse – jak ktoś ma chęć i determinację, może z nich korzystać.

Marek Niedużak: W mojej branży rynek warszawski a reszta kraju to niebo a ziemia. Poza Warszawą są mniejsze zarobki, dużo mniej ofert, więc znajomości dużo więcej znaczą.

Marta Szulkin: Lubimy Warszawę. Koło naszego domu jest wspaniały basen, place zabaw, urzędy gminy stały się przyjazne.

Marek Niedużak: Jest wiele ulic, gdzie jest mnóstwo knajpek. Zniknął ten moskiewski klimat – drogi klub i selekcja: ty wchodzisz, ciebie nie wpuszczamy.

Przemek Żelazowski: Woda w Wiśle zrobiła się czystsza. Już się nie mogę doczekać, jak skończą robić bulwary i będę jeździł do pracy rowerem.

Krzysztof Kokoszczyński: Jest system wypożyczalni rowerów Veturilo. Wandalizm jest marginalny.

Marek Niedużak: A jeszcze niedawno ekologia w ogóle nie była tematem. Wydawało się, że wyznacznikiem naszego rozwoju będą liczba supermarketów i drogie samochody na ulicach. Poza tym wybrałem to, co dla mnie ważne: relacje międzyludzkie w Polsce są głębsze.

Krzysztof Kokoszczyński: Bilans powrotu jest zdecydowanie na plus.

Zawsze coś tracisz

Marek Niedużak: Cokolwiek wybierzesz, zawsze coś tracisz. Tam można łatwo kupić dobre porto.

Jakub Szamałek: Brakuje mi londyńskich teatrów muzycznych. W Anglii prawo zobowiązuje do informowania, jak produkt był wytworzony. Tutaj nie wiem, czy to, co kupuję, zostało wyprodukowane z szacunkiem do środowiska i ludzi.

Marek Niedużak: Z Londynu do Neapolu na weekend można polecieć za funta. Przez to, że kiedyś mieli imperium, interesują się światem. Rozmawiają o tym, co się dzieje w Chinach czy Ugandzie. A Polska żyje Polską.

Kinga Lubowiecka: Tam jak pieszy jest blisko przejścia, ruch kołowy zwalnia, bo może będzie chciał przejść. W Polsce mało kto się zatrzyma.

Krzysztof Kokoszczyński: Drobne inicjatywy lokalne, jak zrobienie małego skwerku czy dzielnicowej uroczystości, tam ludziom łatwiej przychodzą.

Marek Niedużak: Z wielu rzeczy nie trzeba się tłumaczyć. Jesteś wegetarianką – nie ma problemu. Lubisz nosić czerwone rajtuzy do zielonej sukienki – OK, tak lubisz.

Jakub Szamałek: Tam uniwersytety uczą kultury wypowiedzi. Promotorzy mówili mi, co jest w mojej pracy dobre i co trzeba zaakcentować, a co warto zmienić i dlaczego. Bezstresowa, merytoryczna rozmowa. Studentów prosi się, by mówili otwarcie, gdy się z czymś nie zgadzają. I ja w pracy mówię. Choć jak kiedyś zgłosiłem polskiemu profesorowi, że w tym, co mówi, jest chyba błąd, reakcja była histeryczna, agresywna, żeby więcej nie wychodzić z uwagami.

Przemek Żelazowski: Tego partnerstwa w relacjach z ludźmi mi brakuje. Muszę uważać na to, co mówię.

Marek Niedużak: W brytyjskim angielskim mówią bardzo delikatnie: „Wiesz, nie wiem, jaka jest prawda, ale ja to widzę tak, tak i tak”. Jak dwie osoby mają różne poglądy i w ten sposób rozmawiają, są bliżej znalezienia porozumienia. A m po polsku jeszcze wyostrzamy. „Teraz ja ci powiem!”, „Słuchaj, jak jest”. W efekcie powstaje między nami przepaść.

Szukam w pamięci osób, które wróciły tam. Raczej nie znam.

Krzysztof Daniewski: Pewnie, że są i tacy. Może ktoś się nie nadawał do pracy, której się podjął? Może nie miał tej siły przebicia, co inni? Może miał nierealistyczne oczekiwania? Mam absolwentów, którzy pracowali w dużych kancelariach prawnych i sobie nie poradzili albo którzy nie zarabiali dla nich dość pieniędzy i zostali zwolnieni. Kilka osób, 1 proc. klubu.

Polskie MSZ nie daje szans

Anna Żółkiewicz, 27 lat, w Oksfordzie zrobiła licencjat – lingwistykę z niemieckim. Zna też angielski, francuski i hiszpański. Mieszka w Londynie. – Mam talent do języków. W liceum zdawaliśmy maturę międzynarodową i aplikowali- śmy na uczelnie w Wielkiej Brytanii. Nauczycielka powiedziała: „Złóż też na Oksford, co ci szkodzi?”. Nie liczyłam, że się tam dostanę.

Po studiach chciałam wrócić, pracować w dyplomacji. Ewentualnie plan B – tłumaczenia, ale musiałabym się nauczyć przekładać z angielskiego i niemieckiego na polski. Na drugim roku szukałam w Polsce praktyk na wakacje. Do dużych firm i banków wysłałam ze 20 CV. Bezskutecznie. Udało mi się coś znaleźć po znajomości.

A na trzecim roku na szkoleniu wMSZ dowiedziałam się, że nie mam po co składać podania, bo po czteroletnich studiach będę miała tytuł BA, czyli licencjata, a urzędnik w Polsce musi mieć magistra. Po studiach licencjackich na Oxbridge dostaje się też tytuł magistra – bo są dużo trudniejsze niż na innych uniwersytetach – ale trzeba odczekać, aż minie siedem lat od ich rozpoczęcia.

Wtedy podchwyciłam pomysł z marketingiem – plan C. Ale na targach kariery w Gdańsku usłyszałam, że do działów marketingu nie przyjmują ludzi z zagranicy i że trzeba było studiować zarządzanie i marketing, prawo albo bankowość. Na hasło „Oksford” się krzywili.

Na czwartym roku zaczęłam myśleć, że trzeba zostać na Oksfordzie na studia magisterskie, bo w Polsce bez tego ani rusz. Dostałam się, ale nie przyznano mi dofinansowania.

Wróciłam do Gdańska, do rodziców, i zaczęłam wysyłać podania do działów marketingu. Zaczepiłam się na jakiś czas w firmie, w której robiłam praktyki. Proponowali mi pracę, ale w Niemczech.

Ponad 50 CV wysłałam. Większość do Warszawy. Zaczęły przychodzić odmowy. Jak dzwoniłam się dopytać, słyszałam: „Przecież my nie wiemy, czego się pani tam uczyła, może nic pani nie umie”. Nikt mnie nie zaprosił na rozmowę. Jakbym była za trudna, więc najlepiej się mnie pozbyć.

Ponieważ musiałam iść na zabieg usunięcia migdałków, chciałam się zarejestrować jako bezrobotna. Wyjęłam dyplom, ale pani nie chciała go uznać, bo jest po angielsku. Wyjęłam świadectwo maturalne – też po angielsku, ale tłumaczę, że robiłam w Gdańsku, w publicznej polskiej szkole. Pani na to, że chyba musi mnie zarejestrować jako osobę z wykształceniem podstawowym. Skurczyłam się na tym krzesełku. Ale mi się poszczęściło, bo weszła druga pani urzędniczka, popatrzyła na maturę i powiedziała: „Miałam taki przypadek, możesz uznać”.

Po trzech miesiącach zaczęłam wysyłać CV do firm w Londynie, gdzie agencje marketingowe są ogromne i jest ich mnóstwo. Prawie każda ma program dla absolwentów. Jest test z matematyki, potem przychodzi się na dwie rozmowy. Odpowiadają po dwóch tygodniach. Też dostawałam odmowy. „Gratulujemy wykształcenia i osiągnięć, ale mieliśmy 187 osób na miejsce i zatrudniliśmy kandydatów z doświadczeniem”. To rozumiem. Człowiek nie popada w depresję. A jak po interview dostaje maila z odmową, to piszą: „Jeśli chciałabyś omówić naszą decyzję, dzwoń”, i mówią: to mi się podobało, powinnaś popracować nad tamtym.

Na ponad 100 wysłanych aplikacji dwadzieścia kilka firm zaprosiło mnie na rozmowy. Pisałam, że będę w Londynie przez konkretne cztery dni. Akceptowali to. Dostałam trzy oferty, wybrałam najfajniejszą. Zaczęłam od przeciętnego wynagrodzenia, ale od razu mi powiedzieli, że jeżeli będę dobra, mogę dostawać podwyżki co trzy miesiące i za rok moja pensja może być o 40 proc. wyższa. Szybko zmieniałam stanowiska na wyższe. Po trzech i pół roku jestem kierownikiem działu. Pracuję z firmami, które sprzedają wakacje, produkty finansowe, suplementy diety, narzędzia do pedikiuru. Jesteśmy małą firmą – 55 osób. Zatrudniamy absolwentów psychologii, historii, politologii, biologii i oczywiście marketingu – nie są lepiej przygotowani do zawodu niż ja. Praca wymaga analizowania problemów i szukania rozwiązań, więc studia bardzo mi pomogły. Nauczyły niezależnego myślenia i znajdowania nieoczywistych odpowiedzi. Mogę iść do prezesa i powiedzieć, że coś mi się nie podoba. Generalnie jest świetnie, ale uwiera mnie, że rodzina jest daleko, znajomi. I czasem się zastanawiam: dlaczego Polska mnie tak potraktowała?!

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.