Leppera powiesili, czyli spiskowanie na ekranie

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Niebywale wręcz ciekaw jestem, jak przyjęty zostanie film Patryka Vegi „Służby specjalne”, jedna z niewątpliwie najgorętszych polskich premier kinowych tej jesieni. Najgorętszych niekoniecznie z powodów czysto filmowych, a powiedziałbym nawet, że z powodów dokładnie odwrotnych.

Ciekawość ta nie opuszcza mnie od napisów końcowych właśnie z tej przyczyny, że nie kontekst artystyczny będzie tu wiodący; wręcz przeciwnie, na plan pierwszy wejdzie mocnym krokiem kontekst polityczny. Cieszę się, bo mam dziwną słabość do polskich filmów z polityką wchodzących w silne zwarcie, szczególnie mocno podniecają mnie wszelkie filmy na teoriach spiskowych się opierające. Nie jest w gruncie rzeczy zatem istotne, jak film przyjęty zostanie przez publiczność, nie jak przez krytyków, ale jak odebrany będzie przez publicystów, osobliwie tych niepokornych. Choć naturalnie zasadne jest pytanie, czy naród popędzi masowo do kin, by na ekranie zobaczyć postaci, których nad wyraz oczywistą inspiracją są tacy herosi naszej wyobraźni jak Antoni Macierewicz czy Andrzej Lepper. Przecież przynęta to atrakcyjna, w końcu wszyscy rajcujemy się polską polityką, nawet jeśli udajemy, że nie rajcujemy się nią wcale.

Naturalnie wiem, że ten film to czysta fikcja, że podobieństwo do osób rzeczywistych jest wyłącznie przypadkowe; niestety, obawiam się, że w to nie wierzę. Co tam zresztą Lepper zMacierewiczem, clou tej opowieści to mroczne, nielegalne i w sensie dosłownym zabójcze działania rozwiązanych Wojskowych Służb Informacyjnych, rozwiązanych, ale przecież wciąż w ukryciu działających. To jest instytucja nieco tylko mniej owiana aurą grozy i tajemniczości niż inkwizycja czy iluminaci. Jeśli naród do kin ruszy, jeśli ryby złapią się w sieci publicystów, którzy dowiodą, iż tajna organizacja zabójców z WSI oraz dawnej ubecji wciąż na losy Polski i na nasze życie wpływa, a nawet wpływa na naszą śmierć – to będzie niewątpliwy tego filmu sukces.

Ci, którzy na czele owej tajnej struktury stoją, jak filmowy generał z rozwiązanych służb, kręcący całym interesem i werbujący zabójców, i tak przecież nie najwyżej stoją, bo ktoś nad nimi jeszcze sznurki pociąga. Kto – możemy się domyślać, ale do końca się nie dowiemy. Gdybyśmy się dowiedzieli, cała frajda by przepadła, cały smak by uleciał. Wszak idzie o to, żeby nie mieć pewności, ale mocno podejrzewać, by nie znać prawdy, ale jej ponu-

Film ten wnikliwi analitycy łapiący ryby w sieci odczytają literalnie i dowodzić będą, że mocny dowód w ręku mają na to, kto polską polityką z ukrycia steruje

rej twarzy się domyślać. Przecież to nieprawda, że tylko prawda jest ciekawa.

Kluczowa dla fabuły jest w filmie Vegi dobitnie wypowiedziana aluzja (w tym filmie wszystkie aluzje podawane są wprost, żeby nierozgarnięty widz sprawę ogarnął), że prawdziwa gra idzie o to, aby wstawić odpowiedniego człowieka pod tak zwany żyrandol. Akurat tego, co znaczy „żyrandol”, chyba klarować nie trzeba, kto wie, ten zrozumie, kto zrozumie – wątpliwości mieć nie będzie. W tym sensie spodziewam się, że film ten wnikliwi analitycy łapiący ryby w sieci odczytają literalnie i dowodzić będą, że mocny dowód w ręku mają na to, kto polską polityką z ukrycia steruje. A jeśli ktoś nie rozumie, jeśli ktoś nie pojmuje tych zawiłości, to wszystko mu napisy na ekranie wytłumaczą, za pomocą których twórcy „Służb specjalnych” zagubionym widzom rzeczywistość objaśniają.

Zdaje mi się, iż jest to pierwszy film z przypisami na ekranie, tłumaczącymi żargonowe sformułowania deklamowane przez aktorów. Za pomocą owych przypisów tłumaczy się widowni, czym jest ABW, a czym były WSI, jak się w slangu na pistolet mówi czy jak na likwidację człowieka, przekłada się z tajniackiego esperanto na język polski mowę, jaką agentura się posługuje. Jako polonista z wykształcenia niezwykle sobie cenię przypisy, bo ze swoich praktyk czytelniczych pamiętam przypadki, gdy przypisy o wiele ciekawsze były od tekstu głównego.

Fabuła w skrócie jest taka, że generał WSI organizuje tajną sekcję składającą się z dwóch facetów i kobiety: jeden z nich był w Afganistanie, drugi w ubecji, a ona w Abwehrze, znaczy się – w ABW. Trójka ta zajmuje się w zasadzie głównie fizyczną eliminacją niewygodnych figurantów, których podobieństwo do postaci rzeczywistych jest zupełnie przypadkowe. Mamy tu co prawda śmierć Barbary Blidy podaną jeden do jednego, mamy też jednak historie czysto fikcyjne oraz takie, które podniecą niebywale wszystkich wierzących, że Andrzej Lepper nie z własnej woli raczył skończyć ze sobą.

Jako się rzekło, każda aluzja jest tu podana wprost, zatem dziwić się nie trzeba, że Leppera (który nic wspólnego przecież z prawdziwym Lepperem nie ma) własnoręcznie pułkownik Bońka z ubecji w wybitnej kreacji Janusza Chabiora pierwej usypia chloroformem, a później wiesza w sensie dosłownym. I akurat rola Chabiora to jest najmocniejszy punkt „Służb specjalnych”, jest to w moim mniemaniu rola życia tego aktora, który dotychczas nieco w cieniu, niestety, był. Człowiek z takim fenomenalnym fizys wreszcie doczekał się roli w pełni godnej jego niepowtarzalnej twarzy i wyjątkowych umiejętności mimicznych.

Jeśli o twarzach mowa, to obywatel z urody uderzająco podobny do mecenasa Giertycha (oczywiście zupełnie przypadkowo podobny) zostaje przez naszych bohaterów w sensie dosłownym zaszlachtowany, a następnie za pomocą piły spalinowej rozczłonkowany na drobne kawałki. I tylko osoba, która przez ostatnie dekady nie miała najmniejszego kontaktu z jakimikolwiek polskimi mediami, nie kapnie się, że Chabior wiesza Leppera, że ćwiartowany jest Giertych. Czy też że facet mocno podobny do Lenina, który tutaj jako ograniczony dyletant i brawurowy ignorant wsypuje cały polski wywiad wojskowy, to postać zupełnie przypadkiem podobna do Macierewicza.

No, ale co wybitnie zagra Chabior, co na drugim planie błyśnie geniusz Agaty Kuleszy, co radość sprawi Andrzej Grabowski w roli przeora klasztoru, co rozczuli (tak, rozczuli!) Eryk Lubos w kreacji zakochanego twardziela, to pierwszy plan wszystko położy, położy koncertowo i bez mydła. Kwestie wypowiadane przez generała WSI, który całą aferą kręci, z tak oszałamiającą drętwotą są nam podawane, z taką szkolną deklamacją, takim aktorskim sztywniactwem, że pozostaję w obliczu tej bezceremonialności zupełnie bezbronny.

Vega poniekąd wraca w wielkim stylu, niewątpliwie taki obraz jak „Służby specjalne” bliższy jest jego naturalnemu środowisku artystycznemu niż filmy, jakie ostatnio kręcił, że wspomnę „Ciacho” czy „Hansa Klossa”. A przecież fenomenalnym serialem policyjnym „Pitbull” debiutował, serialem, który na mojej osobistej liście występuje jako polski serial wszech czasów.

„Służby specjalne” to jest film – żyję w mocnym przekonaniu – nakręcony ze śmiertelną powagą, cóż jednak zrobić, że oglądając go, ubaw miałem po pachy. Nie chcę powiedzieć, że o mało co umarłem ze śmiechu, to byłaby retoryczna przesada, jednakowoż kilkakroć rozrechotałem się serdecznie. Zdaje się, że akurat w tych momentach, w których reżyser planował, że publiczności krew się zmrozi i serce stanie.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.