Czas to pieniądz, czyli publiczne czytanie doktoratu

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Wojciech Orliński

Jutro o 11.30 na Wydziale Zarządzania i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego (ul. Szturmowa 1/3) odbędzie się unikalny happening: publiczne czytanie pracy doktorskiej Marka Goliszewskiego. Ów wybitny biznesmen w roku 1991 założył organizację Business Centre Club i od tego czasu wypowiada się w mediach w imieniu przedsiębiorców. Ostatnio zaszczycił Uniwersytet tym, że łaskawie zechciał się na nim doktoryzować pod kierunkiem kolegi z BCC, prof. Andrzeja Zawiślaka.

Piotr Nowak był obecny na obronie rozprawy i bardzo zabawnie ją opisał w serwisie Codziennik Feministyczny. Polecam, adres http://codziennikfeministyczny.pl/nowakwyrob-doktoratopodobny; znajdziemy tam też link do samej pracy na serwerze UW.

Doktorat traktuje o „wpływie sposobu organizacji dialogu społecznego na efekty gospodarcze” i ma 189 stron. Pierwsze 50 stron opisuje obecny stan dialogu społecznego w Polsce ze streszczeniami ustaw, które go regulują. Ostatnie 84 strony to spis tych ustaw razem z przeklejeniem ich treści. Na własne przemyślenia Goliszewskiemu zostaje więc kilkadziesiąt stron, co nie oznacza, że się przesadnie streszcza. Przeciwnie, wody na tych stronach tyle, że moż- na by ją wysłać do Sudanu w ramach pomocy humanitarnej.

Weźmy prostą myśl „czas to pieniądz”. Prymitywny felietonista zawiera ją w 16 znakach. Ale nie Goliszewski!

Najchętniej przekleiłbym całość jego rozważań nad tym odkrywczym spostrzeżeniem, ale to byłoby większe od całego tego felietonu. Maleńka próbka: „Wiadomo przecież, że każda ekonomia to prawie zawsze ekonomia czasu. Prawdę tę podkreślali klasycy tej dyscypliny. Bowiem wszystko, co się dzieje, zawsze dzieje się w przestrzeni i w czasie. O ile jednak rezultaty przestrzenne naszych działań możemy zmieniać (np. budowlę możemy zawsze zdemontować i przetransportować, choćby na inny kontynent!), o tyle zjawiska przebiegające w czasie są nieodwracalne; nie sposób ich cofnąć. Ten fakt uświadomili już sobie starożytni Rzymianie”.

Rzymianie, ciągnie dalej Goliszewski, ujęli to maksymą „periculum in mora” („zagrożenie tkwi w zwłoce”); po kilku zdaniach dodaje, że „dziś w literaturze światowej to zagrożenie nazywa się time lag”.

Kilka stron dalej Goliszewski z niejasnych przyczyn wraca do tej myśli. „Jak już zaznaczyłem powyżej, wszelka działalność ludzka oraz wszelkie procesy zachodzące w otaczającym nas świecie mają swój wymiar czasowy” – pisze i znów odkręca kran.

Tym razem Rzymianie mówią „tempus fugit” („czas ucieka”). Dzisiejsi badacze nadal mówią „time lag”.

Do konkretów Goliszewski przechodzi na stronie 83. Proponuje, żeby dialog społeczny realizowała TVP „w programach, których sama nazwa sygnalizuje proponowane w nich

Wody na tych stronach tyle, że można by ją wysłać do Sudanu

treści”. Po czym zabiera się do układania ramówki, wyliczając programy telewizyjne własnego pomysłu.

Wśród nich ma być „»Strajk« – prezentacja argumentów strajkujących związkowców twarzą w twarz z właścicielami firm i próba pojednania oraz zakończenia strajku”, „»Consensus« – telewizyjna próba publicznego uzgodnienia przez pracodawców i pracowników stanowiska np. w sprawie projektu ustawy o podatkach czy lobbingu” oraz, mój ulubiony, „»Wolna trybuna« – program regionalny i centralny, burza mózgów związkowców, pracodawców i polityków na temat najważniejszych dla regionu czy Polski problemów społecznych, gospodarczych i politycznych”.

Propozycje są fascynujące, ale szkoda, że Goliszewski nie wyjaśnia, czym ekipa realizująca program „Strajk” miałaby się zajmować, kiedy akurat nie ma żadnego ciekawego strajku. Sama się oflaguje?

Nie mówi też, jak miałaby wyglądać „telewizyjna próba uzgodnienia stanowiska”. Przyjdzie PiS oraz PO i będą coś uzgadniać? Gdyby walili się krzesłami po głowach jak u Jerry’ego Springera, to nawet bym to oglądał!

Pobrzękują tutaj echa pomysłów późnopeerelowskiej telewizji w rodzaju nadawanego na żywo „Otwartego studia”. To się oczywiście kończyło jak jeden wielki dom wariatów i zapewne taka była intencja Jerzego Urbana, ówczesnego szefa radiokomitetu. Pokazywał otwartość władzy na dialog i ten dialog kompromitował, dwa w jednym.

Dlaczego żaden inny kraj nie wpadł na taką formułę teledialogu? Goliszewski, niestety, nie stawia sobie takiego pytania. Wrodzona skromność broni mu przyznać się do nowatorstwa na skalę światową.

Polska może osiągnąć dwa sukcesy na niwie międzynarodowej – doktorat wyślijmy do Sudanu, a doktora na Zachód, żeby Niemcom czy Brytyjczykom zreformował telewizję publiczną. Im szybciej, tym lepiej, bo „tempus fugit”, a poza tym „periculum in mora”!

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.