Z byłym dziennikarzem „Faktu”, rozmawia

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Ostałowska -

Twoja najbardziej efektowna akcja? – Ta na moście. Plan był taki. Znajdziemy jakąś podwarszawską wiochę, gdzie jest zakorkowany most. Wynajmiemy limuzyny i zadzwonimy, że jedziemy z prezydentem Kaczyńskim. Niech miejscowa policja zamknie dla nas most na kilka minut. Pokażemy czytelnikom, jak działają służby. Nająłeś szemranych kolesi z Pruszkowa z samochodami najwyższej klasy i zadzwoniłeś do komendy. – „Major Pawik z biura ochrony prezydenta się kłania. Dałoby radę, żebyście nas przez most szybko przewieźli? Nie chcemy włączać bomb, bo na wsi to ludzie nawet mogą nie wiedzieć, o co chodzi, a policja w radiowozie to zawsze policja”. Przepuścili naszą kolumnę, nawet salutowali. Fajny materiał powstał. Właśnie tego się spodziewałeś, kiedy szedłeś do tabloidu? – Zdarzały się przypadki, że dziennikarze wytrzymywali w tak zwanej szmacie tylko jeden dzień. Ja szoku nie przeżyłem. W poprzedniej redakcji byłem specem od akcji specjalnych. Jak kolega bał się zadzwonić do jakiegoś posła z nieprzyjemnym pytaniem albo zrobić trudny wywiad, to padało na mnie. Nastawiłem się na tropienie kłamstw i hipokryzji polityków. Myślałem, że w tabloidzie będę robił to samo w luźniejszej formie. Na rozmowie kwalifikacyjnej powiedzieli: szukamy pistoleta. Byłem pistoletem.

Ta praca mnie odurzyła. Z nudnej, śmierdzącej fajkami redakcji trafiłem do międzynarodowego koncernu. Ładny budynek, ładni ludzie i pieniądze. Jakbym ze wsi wjechał do europejskiego miasta. Co cię kręciło w tej Europie? – Prowokacje, praca z paparazzimi. Że kogoś udało się namierzyć, wkręcić, wydobyć informacje, zmusić do działania. Potrafiłem tak człowieka opierdolić, że wyśpiewywał mi wszystko, chociaż dane były tajne, a on nie wiedział, z kim rozmawia. Odkryłem w sobie ten talent. To mi dawało kopa, chciałem więcej i więcej. Byłem, a może i jestem uzależniony od adrenaliny. Wksiążce „Wyznania hieny” opisujesz swoje wkrętki. „Dzień dobry, komandor Aleksander Pawik z biura ochrony parlamentu z tej strony”. I dowiadujesz się, gdzie na wczasy jedzie szefowa MSZ Anna Fotyga. „Dzień dobry, Aleksander Pawik z ministerstwa ochrony zdrowia”. I zapowiadasz wizytację ministra wjednym z zapuszczonych szpitali wŁodzi. – Zaraz na rozkaz dyrektora rzucili się tam do mopów, pacjentów przenieśli z korytarzy do sal. A myśmy to uwiecznili. Nadałbyś się na oszusta dużej klasy. – Wciąż możliwe są u nas kariery w stylu Nikodema Dyzmy, bo nawet młodzi mają w głowach PRL. Sprawy załatwia się na gębę, pod stołem, za pomocą pleców. Jak ktoś wydaje się ważny, krzyknie, tupnie, zapominamy słowa „nie”. Żadne procedury nie działają. Wystarczy duża doza bezczelności, staranne rozpracowanie tematu, dobra legenda i można robić takie rzeczy, że aż strach. Długo na tym płynąłem. Nie przypominam sobie, żeby nie udało mi się kogoś wkręcić. Nawet tych inteligentnych. Jak przy ślubie Michała Tuska? – Informacja o dacie i miejscu ceremonii była pilnie strzeżona, nawet niemałe pieniądze nie chciały rozwiązać języków. Ciśnienie w redakcji takie, że zawezwali mnie z dni wolnych. Zacząłem od białego wywiadu, pół dnia czytałem artykuły i książki o premierze. Wreszcie znalazłem wkrętkę tak bezczelną i bezlitosną, że musiała się udać. Sprawdziłem, gdzie w młodości mieszkał Tusk. Wstarej kolejarskiej kamienicy, niedaleko nasypu. Znalazłem takie budynki na mapie Google’a, ustaliłem nazwę ulicy i zdobyłem numer telefonu do chorej matki premiera. Ona była najsłabszym ogniwem w tym łańcuchu. Zadzwoniłem, odebrał jej partner. Przedstawiłem się jako drużba, naściemniałem. Dostałem dokładny adres kościoła i godzinę. Nie jestem dumny z tej akcji. Wkrętka na moście miała uzasadnienie – tak jak inne, które dotyczyły urzędników. Zdarzało mi się na nich wrzeszczeć, rzucać grubym słowem albo wkradać się w łaski. Ale babcia była poza medialną grą. Żaden interes społeczny nie przemawiał za tym, żeby od starych łatwowiernych ludzi wydobywać informacje za pomocą kłamstwa. Co wtakim razie przemawiało? – Są media, które publikują materiał, chociaż wiedzą, że się nie przeklika. Bo sprawa jest dla nich ważna. Tabloid puszcza po to, żeby sprzedać. Brukowce nie bawią się wpolitykę? – Owszem, ale to polityka zmienna i pragmatyczna. Kiedyś na dyżurze robiłem temat z kategorii „z dupy wzięte”. Czyli ktoś coś sobie w redakcji wymyślił, a ja miałem znaleźć osobę publiczną, która potwierdzi, że w sprawie coś jest na rzeczy. Tym razem chodziło o bykowe, czyli podatek dla bezdzietnych mężczyzn. Rozmawia- łem o tym z młodym politykiem prawicy. Mówił: „Czy ja wiem? Można by się zastanowić, jeśli…”. Tych „jeśli” było dużo, więc uznałem, że nie wyszło. Na to redaktor: „Ocipiałeś? Przecież to jest świetne”. Następnego dnia rozjazd walcem atomowym, na pierwszej stronie tytuł: „Znowu nas złupią! Poseł LPR chce podatku od kawalerów”.

Dwa dni później ten sam redaktor każe mi pisać tekst, że politycy nie mają pomysłu na walkę ze spadającą dzietnością. Wtedy ja, że dopiero co pokazaliśmy takiego, który miał pomysł. Usłyszałem: „Stary, jesteś profesjonalistą. Chłodno, bez emocji możesz jednego dnia coś napisać, a następnego kompletnie temu zaprzeczyć”. Bo tabloid się nie myli, tylko czasem zmienia kurs. A fakty? – Są bez znaczenia.

Maciek Dowbor ściga się na rowerze i ma utarczkę z kierowcą. Jeden tabloid pisze: „Dowbor pobił kierowcę”. Drugi: „Kierowca pobił Dowbora”. Ci pierwsi uderzyli w celebrytę, bo liczyli, że to wywoła duży hejt. Patrzcie, co wyprawia synalek Kasi! A drudzy doszli do wniosku, że lepiej wstawić się za lubianym chłopakiem z telewizji. Tym bardziej że jest moda na rowery, więc rowerzyści z nim się zidentyfikują. Nie ma prawdy.

Znany prezenter telewizyjny siedzi z dziewczyną w knajpie. On czyta gazetę, ona książkę. Jeden tabloid pisze pod zdjęciem: „Kryzys w związku, już nie mają o czym rozmawiać”. A drugi: „Rozumieją się bez słów”. A co się dzieje wczasie kampanii wyborczych? – Jak ma się coś mocnego, to się przypieprza po równo. To właśnie jest w tabloidzie fajne. Nie ma, że chronimy tych, jeździmy po innych. Trafiły nam się zdjęcia posłanki Szczypińskiej z księdzem, na których wyglądali… dziwnie. On był zbyt wylewny. I poszły, chociaż wiedzieliśmy, że zrobi się potężna afera.

Przez trzy miesiące Jarosław Kaczyński chodził do konkurencji, nas omijał. Zdarzają się interwencje polityków? – Mieliśmy zdjęcia z urodzin Andrzeja Biernata w spa w górach. Gdyby nasz propisowski target zobaczył Sławomira Nowaka w szlafroku, toby sobie dośpiewał: tak się władza bawi. Ale materiał spadł po interwencji Platformy.

Interweniują wszystkie partie. Słyszałem o telefonie do redakcji w czasach rządów SLD. Ponoć przedstawiciel lewicy powiedział: jeśli będziecie się tak zachowywać, to my wam tę gazetę zamkniemy. Pytanie, czy zdołaliby w demokratycznym państwie. Zaszkodzić mogli na pewno. Krytyka na jakiś czas zelżała. Politycy też robią wkrętki? – Wrzucają tematy, żeby rozgrywać swoje interesy. To czasem dobry sposób, żeby się kogoś pozbyć. Poseł PO leżał pijany na podłodze w hotelu sejmowym. Dostaliśmy foty, ale wcale nie z PiS. W tym samym hotelu pracownik ministerstwa tak się nawalił, że wcisnął alarm i przyjechała straż pożarna. Potwierdziliśmy to i puści-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.