Urodzony w Bieszczadach

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Talko -

meldować u brata, który chodził tam do liceum i mieszkał w internacie. A słyszał pan, że chłopaki z Ustrzyk, grający w KSU, polowali na harcerzy, żeby im wlać? – Nie! Może polowali na większych, a ja wtedy za mały byłem? A jeśli chodzi o harcerstwo, to może trafiałem na takich ludzi, którzy oszczędzali nam ideologii. Nasi drużynowi zwracali uwagę, żebyśmy byli przyjaciółmi albo przynajmniej dobrze się ze sobą czuli. Do dzisiaj mam przyjaciół, których poznałem w tamtych czasach. Potem sam byłem drużynowym. Jako druh nadrabiał pan zaległości wpodróżowaniu. NRD, Czechosłowacja... – Na obozie w NRD kupiłem sobie trampki chińskie – największy wtedy rarytas, a w Czechosłowacji dzięki przyjaciołom dotarło do mnie, czym jest realny socjalizm. Okazało się, że Marek nie mógł iść do szkoły z maturą, bo w podstawówce chodził na religię, dla takich przeznaczone były tylko zawodówki. W 1987 roku poznałem w Czechosłowacji także dwóch dorosłych już facetów, pracowników firmy budowlanej, którzy – jak się później dowiedziałem – tak naprawdę byli księżmi salezjanami wyświęconymi w katakumbowym kościele, bo komunistyczna władza zlikwidowała zakony. Dzięki kontaktom z palotynami z mojego ministranckiego ruchu przemycałem przez granicę egzemplarze Pisma Świętego po słowacku i jakieś święte obrazki. Brałem plecak i wiozłem. No tak, pan był też ministrantem. – Ministrant i harcerz. Anioł po prostu. Moim zdaniem byłem nudnym dzieckiem i prawdę mówiąc – kujonem. Zawsze dobrze się uczyłem, nie sprawiałem kłopotów, ale o dziwo, byłem przez kolegów lubiany. Do liceum chodził pan już w Sanoku. Nadal pan był taki idealny? – Nie mam natury buntownika. Na przykład kiedy zdrowa część moich rówieśników w ukryciu paliła papierosy, ja bawiłem się w radio. Z kolegą Grześkiem opanowaliśmy szkolny radiowęzeł i puszczaliśmy kabaretowe piosenki, wierszyki o szkole i wywiady z nauczycielami. Studio nagrań mieliśmy u dziadków Grześka, mieszkali w domu przedwojennego dyrektora sanockiego szpitala. Zamykaliśmy się w pokoju, Grzesiek zakazywał babci i dziadkowi chodzenia, dopóki nie skończymy. Następnego dnia słuchała nas garstka uczniów, którzy akurat czekali na lekcję w klasie sąsiadującej z naszą kanciapą. Założyliśmy też chór, kompletnie nie potrafiąc śpiewać. Grał pan na gitarze – Stachura, Kaczmarski? – Okudżawa, i to po rosyjsku, pierwsza piosenka, którą grałem i śpiewałem, to „Ja piszu istoriczeskij roman”.

Gitarę kupiłem w Czechosłowacji, gdy byłem na obozie, i opanowałem może z cztery akordy. Wystarczyło. PRL zmienił się w III RP, gdy był pan wliceum. – Jak kończyłem trzecią klasę, akademię na zakończenie roku zaszczycił towarzysz Mleczko z Komitetu Miejskiego PZPR, a we wrześniu, na rozpoczęciu kolejnego, był już inny gość specjalny – ksiądz prałat Adam Sudoł. Po roku był pan już studentem dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. – Był 1990 rok, powstawały nowe media i każdy szukał ludzi do pracy, przychodzili do nas na uczelnię i proponowali pracę. Pan też zaczął tak szybko? – Tak. Już w trakcie studiów usamodzielniłem się i zwolniłem rodziców z obowiązków utrzymywania mnie. Zresztą firma, w której pracował ojciec, padła, a on stracił pracę, podobnie mama. Nie byli jeszcze w wieku emerytalnym i musieli znów zaczynać od początku. Jak pan, chłopiec z Sanoka, czuł się wWarszawie? – Tempo, hałas, odległości przytłaczały mnie. Ale nie przerażała jako miejsce, gdzie mam studiować czy poznawać nowych ludzi, bo jestem z Bieszczad i będą mnie traktowali jak niedźwiedzia. Nie miałem kompleksów, że stamtąd pochodzę. Więcej, tęskniłem za Sanokiem i mimo że pociąg jechał 11 godzin, z tego ostatnie 70 kilometrów, między Rzeszowem a Sanokiem – pięć, w domu byłem co dwa tygodnie. Musiałem. To było nadal moje miejsce. Jeździł pan tylko do Sanoka, w góry już nie? – Nie tylko. Na studiach zacząłem chodzić po górach, poznawać je, ale nadal mam sporo zaległości. Zostawiam je sobie na resztę życia.

Do dzisiaj jeden z kolegów wspomina, że gdy w drodze w Bieszczady zajechali do Sanoka i nocowali u moich rodziców, to mama wyciągnęła im brudne rzeczy i wyprała. To była bieszczadzka natura, no jak to, biedni studenci jadą w góry i będą brudni łazili całe dnie. Jaka jest ta bieszczadzka natura? – Żadnych badań nie prowadziłem. Ale spotykam tam ludzi życzliwych i gościnnych. Kiedy byłem w tamtych okolicach z moim zespołem, kuzynka z Łobozewa zaprosiła nas na pierogi. O 9.00 w Sanoku zjedliśmy śniadanie, a o 11.00 w Łobozewie był już rosół, były pierogi, maślanka, a potem ciasto i kawa. Gdybyśmy poszli na 12.00 do ciotki, która mieszka obok, czekałyby: barszcz, gołąbki, ciasto, herbata… Gościnność to jest chyba najważniejsza cecha bieszczadzkiej natury. Jak tam jestem, nie muszę z trzydniowym wyprzedzeniem umawiać się ze znajomymi, tylko dzwonię i za 15 minut się spotykamy. Często pan tam jeździ? – Czasami, gdy jestem w trasie i mam blisko, to zaglądam do Sanoka. Ale teraz będę częściej ze względu na rodziców, którzy tęsknią za Soliną i spotkaniami ze znajomymi i krewnymi. Kilka lat temu przeprowadziliśmy z bratem rodziców do miejscowości w centralnej Polsce, w której on mieszka. Skończył WAT, odsłużył swoje w wojsku i dziś jest już cywilem.

Gdy robię wyprawę rodzinną w Bieszczady, zabieram rodziców, jestem z nimi chwilkę, potem wyjeżdżam, wracam i zabieram ich z powrotem.

Dużo tam się zmieniło. Moi kuzyni przystosowali się do nowych warunków, prawie każdy prowadzi jakieś gospodarstwo agroturystyczne. Zrozumieli, że nie wyżyją z uprawy zboża, z turystów – tak. A Solina? – Obrosła w jakieś punkciki gastronomiczne. Przydałby się na to jakiś organizacyjno-architektoniczny pomysł, bo teraz wygląda jak mini-Krupówki. Dlatego wolę jechać kilka kilometrów dalej na wieś i spotkać się z koleżanką ze szkoły, której mąż w bieszczadzkim drewnie rzeźbi świątki. Albo do którejś z ciotek, z których tylko co dziesiąta jest prawdziwa, reszta przyszywane. Ale od dziecka mówiłem do nich „ciociu”, to teraz nie będę tego zmieniał. One dzwonią po innych, wyjmują coś z piwnicy i snują opowieści. Gdy zaczyna się wspominanie, widzę, jak tata się ożywia. Kiedyś znalazłem w internecie film dokumentalny z czasów budowy zapory, gdy oglądaliśmy, oni komentowali: „To jest ta Zosia, a to Władek Konik...”. Pana Bieszczady są wyłącznie w jasnych barwach. – Każdy ma swoje. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi są czymś zupełnie innym. Twarde życie, pokonywanie wielu trudności, dla iluś tam osób były miejscem wieloletniego ukrywania się w podłych warunkach. Ta przestrzeń jest mocno pogmatwana historycznie. Dopiero jako dorosły dowiedziałem się od mamy i ciotki, że wieś, z której pochodziły, została podzielona granicą z ZSRR. Jeden z braci został po radzieckiej stronie, żeby się spotkać, musieli się przekradać w nocy. Dopiero po regulacji granic wieś w całości znalazła się w Polsce. Ponadto istnieje bolesna historia wysiedlania ludności w ramach akcji „Wisła”, ale moja rodzina tego nie doświadczyła. Pan ponad 20 lat mieszka w stolicy. Czuje się pan warszawiakiem? – Wydaje mi się, że warszawskość szybciej można osiągnąć niż krakowskość. Tam należy mieszkać przynajmniej ze trzysta lat, warszawskości nabiera się w ciągu jednego pokolenia. U mnie idzie ona w parze z bieszczadzkością. Mam dwa obywatelstwa. Czyli Sanok spadł w końcu na drugie miejsce. – Wciąż mówię, że to jest moje miasto. Ale złapałem się na tym, że do pewnego momentu mówiłem „jadę do domu”, i był to Sanok, teraz „jadę do domu” oznacza: wracam do siebie – do Warszawy. Ale jak to się skończy? W czasie ostatniego pobytu w Bieszczadach kuzyn zabrał mnie na spacer po okolicy. Pokazał piękny kawałek pola po naszych dziadkach, wspomniał o drodze, którą ma zamiar utwardzić, tajemniczo mrugnął okiem i powiedział: „Jakby co, to tu się da dojechać”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.