Kredyty i trójkąty, czyli na tropie warszawskiego snu

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona -

Powieść Magdaleny Żelazowskiej „Zachłanni” to atak na najpotężniejsze warszawskie tabu. Jakie, to zdradza już napis na okładce: „Pierwsza powieść o pokoleniu słoików”.

O warszawskich słoikach nieustannie się mówi w prywatnym gronie, ale oficjalnie każdy się od tego pojęcia odżegnuje. W zeszłym roku wybuchł nawet skandal, gdy w konkursie na neon symbolizujący Warszawę w głosowaniu wygrał projekt przedstawiający po prostu trzy słoiki. Organizatorzy konkursu zmienili sposób liczenia głosów, żeby nie dopuścić do realizacji tej pracy. Zamiast niej w końcu powstał neon z hasłem „Miło cię widzieć”.

To by się nadawało na symbol Warszawy, tylko gdyby dopisać jeszcze jedno słowo: „frajerze”. Taki sygnał dostaje przyjezdny, kiedy za taksówkę z dworca zapłaci jak za kurs do Gdańska, otrąbią go i zwymyślają na przejściu dla pieszych, a na koniec zatrudnią w firmie, która oferuje możliwość rozwoju w miłym i zgranym zespole, więc to naturalne, że nie płaci.

O takich przyjezdnych z takimi mniej więcej przygodami opowiada powieść Żelazowskiej. To ich właśnie wWarszawie nazywa się „słoikami”, od zmitologizowanych naczyń, w których w weekend przywożą jedzenie od rodziny z prowincji.

Czy to określenie jest obraźliwe? Moim zdaniem, nie. Dlatego zresztą popierałem zwycięski projekt neonu.

O wielkości miasta świadczą jego przyjezdni. Wystarczy pojechać do Detroit, by zobaczyć, co się dzieje z miastem, które ma ujemny bilans migracji. Zresztą nie trzeba aż do Detroit, wystarczy Łódź.

To w ogóle bardzo ciekawy problem, o którym praktycznie się nie mówi w polskiej polityce. Według prognoz GUS, większość polskich miast czeka w ciągu najbliższych dwóch dekad depopulacja. Bydgoszcz i Kielce czekają ubytki przekraczające 20 proc. ludności. To jest tempo porównywalne z Detroit.

Czy ten temat w ogóle pojawi się w kampanii wyborczej? Nie sądzę. Kandydaci zapewne będą się tradycyjnie prześcigać w wizjach nowych inwestycji, nowych osiedli, nowych dróg i nowych aquaparków, nie zastanawiając się nad niezręcznym problemem, że nie wiadomo, kto ma tam mieszkać, jeździć czy robić zakupy.

Warszawa nie ma takiego problemu. I nie dlatego, że ma mądrzejszych polityków. Nas ratują słoiki.

Dlatego lubię to zjawisko w każdym jego znaczeniu. Na najprostszym poziomie – podoba mi się akt solidarności międzypokoleniowej, jakim jest słoik pełen pyszności. Jeśli z ruchu slow food oddestylujemy pozerstwo i snobizm, to przecież właśnie to nam zostanie: słoik z klopsikami od rodziców.

I podoba mi się pozytywny ferment, jaki słoiki wniosły do Warszawy samą swoją obecnością. To było do niedawna szare, ponure miasto, które przez dziesięciolecia z jednej traumy wpadało w drugą.

Stolicę przed zagładą uratują słoiki

Nagle zaroiło się od młodych ludzi, którzy nie wiedzieli, gdzie był mur getta, gdzie eksplozja czołgu pułapki, a gdzie miejsce składania kwiatów w stanie wojennym. I całe szczęście! Potem i tak się tego wszystkiego dowiedzieli, a te miejsca czekały na egzorcyzm, za który słoikom zawsze będę dziękować.

Powieść Żelazowskiej pokazuje to z ich punktu widzenia. Śledzimy zazębiające się fabularnie dzieje trójki słoików opisanych w odpowiednich rozdziałach jako „Zacięty”, „Zaborcza” i „Zachłanna”.

„Zachłanna” jest cała trójka, bo wszyscy na swój sposób starają się zrealizować drobnomieszczański

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.