Być Polakiem w boarding school

Oberwane kieszenie w nocy przyszywali nam ludzie z wioski.

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Ruch Miejskich Aktywistów. -

Niewidzialny

wieść – mama dała mi możliwości i zapłaciła kupę pieniędzy, latami spłacała kredyt).

To była największa nauka, którą wyniosłem z tej szkoły i stosowałem z powodzeniem w londyńskim City: nienawidzisz szefa, walnąłbyś go w gębę, ale uśmiechasz się i mówisz, że wszystko gra i jesteś zadowolony. Dopiero na studiach w University of Surrey przestałem się bać mówić po angielsku. Okazało się wtedy, że mówię wytwornym językiem.

Potem na studiach magisterskich w Londynie, które wspominam najlepiej, spotkałem jeszcze kilka osób z upper class i byłem dla nich niewidzialny. Dla studentów z upper class niewidzialni byli również Anglicy z niższych klas oraz inni zagraniczni, nawet Szwedzi. Chłopców z upper class poznawało się po koszulce Tommy’ego Hilfigera z postawionym kołnierzykiem i skórzanych mokasynach typu deck shoes. Po spodniach z zakładkami firmy Dockers i braku skarpetek. Oraz miłości do rugby. Studiowali na kierunkach rolniczych takich jak zarządzanie ziemią. Najbardziej arystokratyczni z mojej szkoły mieli tysiące hektarów.

Po studiach trafiłem do firmy konsultingowej i doznałem déja vu. Jakbym się znów przeniósł do mojej szkoły: tylko biali, tylko z prywatnych szkół, tylko aroganccy i niezdolni, by wysłuchać kogokolwiek. Czytałem w gazecie, że traderzy zawierali transakcje niekoniecznie na podstawie ekonomicznych wskaźników, ale dlatego, że ktoś chodził do tej samej szkoły. Uciekłem do Szkocji, mieszkam blisko ciotki.

Jeszcze nie powiedziałem mamie, co przeżyłem w swojej szkole. Wiem, że chciała dla mnie jak najlepiej. Ale ja nigdy bym swojego dziecka do takiej szkoły nie wysłał.

Szkoła otwarta na różnorodność

To był kiedyś sierociniec z tradycjami, teraz to wypasiona boarding school, taka bardziej otwarta na różnorodność świata (o ile jest on wystarczająco zamożny). Money making machine ze świetną nauczycielską kadrą.

Reklamuje się w Azji, więc ma dużo orientalnych studentów. Uczy też dzieci miejscowych bogaczy, dzieci wojskowych i mnie, Andrzeja z małego miasta, którego rodzice oprócz ambicji mieli akurat przypływ gotówki. Może bym i wolał trafić do Eton, bo jest to szkoła bardzo sławna, ale Eton nie daje stypendiów. Słyszałem o jednym Chińczyku w Eton, ale podobno strasznie się męczył.

Nigdy nie mieszkałem w internacie, zawsze z rodzicami, obok naszego warsztatu. W szkole okazało się jednak, że jestem twardy. Oprócz tego lubię być niezależny, być w ruchu i być człowiekiem popularnym.

Ale byłem wysokim brunetem

Chińczycy podjechali pod szkołę samochodami, syn jakiegoś króla czy ministra z Afryki limuzyną z kierowcą, ja pociągiem. Ale za to ja byłem wysokim brunetem. Torbę poniósł mi wychowawca. Powiedział: „Będziesz grał w rugby”.

Dyrektor wezwał mnie już następnego dnia, powiedział, że mogę liczyć na jego nauczycieli, i wyraził swoje oczekiwania: oceny mają być najlepsze, zachowanie bez zarzutu i świetne wyniki sportowe. Zapytał, jak się czuję z językiem angielskim. Odpowiedziałem, że bardzo dobrze. Obaj słyszeliśmy, że nie mówię prawdy.

Potem włączyłem polskie myślenie. Będę, kurde, najlepszy. Wziąłem sobie trzech nauczycieli angielskiego, którzy nawzajem o sobie nie wiedzieli, i trzy miesiące szlifowałem język. Po trzech miesiącach już nie bałem się wychodzić z pokoju.

Ale i tak do nikogo nie pasowałem, Polak w morzu Azjatów, Murzynów i Angoli.

To będzie wasz kapitan

Zaczęło się na treningu rugby. Wszystkie nacje na boisku, podchodzę do nich. Jakiś wysoki czarnoskóry mówi: „Sorry, nie możesz grać, popatrz sobie, białasie”. Na razie siedziałem i patrzyłem.

Aż któregoś dnia nauczyciel zapowiedział eliminacje do szkolnej drużyny. Przyszedłem, zrobiłem swoje. Nauczyciel powiedział: „Chłopaki, to będzie wasz kapitan”. Bo ja nikomu nie mówiłem, że rugby od małego było moją pasją, jeszcze w Polsce jeden nauczyciel zaraził mnie tą dyscypliną.

Moim rywalem do tej funkcji był Angol, który od piątego roku życia uczył się w tej szkole, był popularny i miał pewność, że wygra. Dostał masę głosów, ja trochę mniej. Ale to ja zostałem wybrany, bo nauczyciel się mną zachwycał.

Znienawidził mnie w jednej chwili. Jego angolscy kumple jeszcze bardziej.

Po południu poszliśmy świętować wybór z międzynarodowymi. Kumple Angola zaczaili się za drzwiami. Angol wyszedł przed grupę i dał mi w twarz. Mocno. A ja nic nie mogłem zrobić, bo kiedy przyjmowali mnie do szkoły, składałem przyrzeczenie, że się bić nie będę. Dziewczyny przypudrowały mi oko i poszedłem się bawić.

Mam silny charakter. Drobiazgi mnie nie łamią.

Matematyczka mi zaufała

Zaczęła się przygoda z drużyną.

Dostałem kod wstępu do sali, by ćwiczyć wieczorem, poprosiłem o ściągnięcie dobrych trenerów i zaczęliśmy treningi. Codziennie, ze mną jako dowódcą drużyny. Po roku przyjechał do naszej szkoły trener z USA. Zaczęliśmy wstawać o szóstej rano, żeby trenować przed lekcjami. Po dwóch latach dotarliśmy do półfinału mistrzostw Wielkiej Brytanii. Myślałem przez moment, by rzucić naukę i starać się o przyjęcie do brytyjskiej kadry juniorów. Byłem dobry. Ale rodzice napisali: „Raczej poszedłbyś na studia”.

Jeszcze mieli wtedy pieniądze, dwa lata potem nasz warsztat z hukiem zbankrutował.

Wtamtym czasie byłem przejęty rolą, biegałem jak z ADHD, chciałem działać wszędzie, żeby się tylko odwdzięczyć rodzicom za to, że mnie tu wysłali. Grałem w sześciu innych drużynach, nawet w pingpongowej. Ćwiczyłem szermierkę i byłem w tym dobry, zdziwiłem się nawet. Uczyłem się rachunkowości, prawa i matematyki. Pani od matematyki uznała mnie za wiarygodnego na tyle, by mnie poprosić o oprowadzenie po szkole swojej córki.

Piękny czas, gęba mi się nie zamykała. Najstarsi Angole z tej szkoły nie pamiętali kogoś, kto by tyle mówił. Zwłaszcza z akcentem. Ale byłem kapitanem drużyny rugby, więc mnie tolerowali, a dziewczyny tańczyły ze mną na sobotnich wieczorkach.

Dobra, nawet jeśli mnie ignorowali, to ja się nie dawałem.

Chińczyk pod prysznicem

Gorzej było z uczniami z Dalekiego Wschodu. Agresywni, tępili się nawet między sobą. Mieli słaby kontakt ze szkołą. Ci z Hongkongu zorganizowali chyba jakąś mafię. Raz musiałem jednego Chińczyka wyciągać spod prysznica, bo go tam pobili i zostawili.

Innym razem poszliśmy do pubu. Kolega Angol, przemiły zresztą, powiedział kilku Chinkom, żeby poszły z nami. Piliśmy sobie drinki, dobrze nam się gadało. Uważałem, że jedna Chinka jest fajna, a ona uważała, że ja jestem fajny.

I zaczął się kłopot, bo wpadła ta mafia z Hongkongu. Jeden Chińczyk odciągnął dziewczynę i powiedział do supermiłego Angola: „Jak jej dotkniesz, to będziesz skończony”. Nie wytrzymałem, spojrzałem w dół, bo ten z Hongkongu sięgał mi jakoś do ramienia, i odpowiedziałem: „W mojej kulturze, jeśli dziewczyna mówi, że chce wyjść na piwo z kolegą, to jest OK, więc wypad”.

Byli skonsternowani, ale kiedy wychodziłem z pubu, widziałem, że 20 Chińczyków, małych i wielkich, już na mnie czeka. Wszyscy rozebrani do pasa. Angole od razu uciekli. Tak zwana splendid isolation, pięknie.

Powiedziałem Chińczykom, że nie będę się bił ze wszystkimi naraz. Jeśli który uważa, że źle postąpiłem, nich mi da solo w mordę. Żaden nie dał. Stali i z wściekłości walili pięścią w ścianę. Inna sprawa, że niektórzy z nich grali w mojej drużynie. Bali się, że wylecą. Nic nie mogli zrobić.

Wiesz, kim jestem?

Wtrzeciej klasie jako pilny uczeń postanowiłem pomóc dyrektorowi zmienić szkołę. Poszedłem i powiedziałem, że mam plan na reformę. Dyrektor mnie wysłuchał.

Wziąłem się więc do roboty. Widziałem, co się dzieje pod drzwiami, gdy formują się kolejki na obiad. Bicie i awantury, urywanie kieszonek od koszul. Więc zacząłem tym sterować, żeby był porządek.

Na początek zadbałem o to, żeby te najmłodsze dziewięcio- i dziesięcioletnie dzieciaki nie były poniewierane. Powiedziałem, że młodsze dzieci będą wchodziły jako pierwsze. Jeden nastolatek doskoczył do mnie: „Nie będziesz mi mówił, gdzie mam stać przed obiadem. Wiesz, kim jestem?”.

Odpowiedziałem: „Nie chcę wiedzieć, ale ty będziesz stał na końcu”.

Zacząłem się dowiadywać, kto diluje narkotykami, kto podpala.

Ale nie biegłem z tym do dyrektora. Poprosiłem jednego kolegę do pustego baru. Powiedziałem: „Jeszcze raz usłyszę o tobie i jesteś expelled. Dopilnuję, żebyś miał w papierach zaznaczone, że ćpałeś w szkole”. Ubarwiałem trochę, ale to było skuteczne, wszyscy w lot złapali, o co chodzi.

Zebrałem najmłodszych, dziewięciolatków. Zapewniłem, że zawsze mogą do mnie przyjść i powiedzieć, co ich martwi. Mają u mnie bazę. Ja ich wysłucham. Wcześniej nikt się nimi nie przejmował.

Taką mają rolę

Tak się złożyło, że polubiła mnie mama jednego kolegi, Angola. Znana finansistka z zachodniej Anglii. Specjalistka od funduszy i dużych projektów regeneracyjnych. Miło rozmawialiśmy, gdy przyjeżdżała odwiedzać syna. Spotkaliśmy się znów przypadkowo w Bostonie, kiedy planowałem zostać na wakacje u dalszej rodziny w środkowej Anglii. Chciałem popracować, bo moja sytuacja finansowa była kiepska.

Była rozwiedziona, miała nowego faceta, z ważnego wydawnictwa. Mieszkała w pięknym domu, zamku nawet, z trawnikiem i ogrodnikiem. Kolega miał własne skrzydło, pięć pokoi. Ale nie był rozpieszczany, bo posyłali go do pracy, jak już wracał z boarding school. Spędzałem z nimi weekendy. W końcu jego matka spytała mnie, czy nie chciałbym pojechać z nimi na Jamajkę. Właśnie, dlaczego nie? W tych sferach jeździ się w takie rejony.

Ten kolega zabrał mnie, a jego siostra koleżankę. Mieliśmy tam willę, to była ich willa albo znajomych. Jeśli chodzi o samą Jamajkę, było super: restauracje, imprezy. Pracował z nami cały sztab ludzi. To znaczy służba. Czasem chciałem pomóc, pozmywać, zobaczyć, jak się robi kurczaka typu Jamaican jerk, a oni cali w uśmiechach, ale rozmawiać ze mną o niczym nie będą. Fenomenalni.

Pozwoliłem im się obsługiwać. Zrozumiałem, że taką mają rolę do odegrania. Ja akurat miałem inną.

Inwestycja

Na razie zostaję w Wielkiej Brytanii. Manchester jest cool. Mam wytworny akcent, dobrą szkołę w CV, skończone studia w Bostonie i w perspektywie robotę w finansach.

Czy posłałbym syna do mojej szkoły? To byłaby najlepsza inwestycja.

PS Niektóre szczegóły zostały zmienione.

Książka Ewy Winnickiej „Angole” ukazała się właśnie nakładem wyd. Czarne A do jakiej szkoły chodził John Porter,

dowiesz się z wywiadu na s. 24

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.