Marek Markowski Hunwejbini na dwóch kółkach

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Polecamy Dokument -

Zwykle w tej rubryce koleżanki i koledzy walczą o sprawy fundamentalne. O przedszkola, biblioteki i burzone perły architektury, o mniej pasów ruchu w centrach miast, przeciw gentryfikacji i o osiedlowe klubokawiarnie. Pozwólcie, że zajmę się drobiazgiem. Bo drobiazgi też decydują o jakości życia w mieście. Pora dokonać coming outu. Jestem rowerowym terrorystą. To tacy jak ja szkodzą rowerowej sprawie – napisali kiedyś o mnie na forum rowerowym. Przelatuję na czerwonym. Jadę jezdnią, choć obok ciągnie się nowiutka ścieżka. Zdarza mi się jechać pod prąd i wjeżdżać w tunele.

I kurczę, jeszcze nikt na mnie nie zatrąbił. Ani nie próbował rozjechać. No, może raz, kiedy zmiennik szofera w ikarusie usiłował kopnąć mnie przez otwarte drzwi. Ale to nie była agresja, tylko żarcik, i długo przed Krzaklewskim, w czasach, których najstarsi ostrokołowcy nie pamiętają.

Dziwne, bo w „Gazecie Stołecznej” co rusz trafiam na mrożące krew w żyłach historie rowerzystów potrącanych, spychanych na krawężnik, straszonych klaksonami. Chyba wiem, dlaczego ja uniknąłem tej hekatomby. Otóż nigdy nie jeżdżę w słuchawkach. Nie snuję się środkowym pasem, bo tam szerzej i nie ma kałuż. Nie skręcam w lewo bez sygnalizacji manewru. Nie jadę pod prąd jednokierunkową, bo w Kopenhadze wolno. Nie spadam z modnej kolarzówki na czerwonym, bo nie wiem, że w dolnym chwycie jeździ się tylko finisze. Nie przeganiam pieszych dzwonkiem. Nie hamuję niespodziewanie, bo dostałem SMS-a. Po zmroku zapalam również przednie światełko, bo dla wyjeżdżających z przecznicy jestem tylko szarą plamą. Pamiętam, żeby kiwnąć, gdy wpuszczą mnie do ruchu. I nie doprowadzam do furii ludzi umęczonych codziennymi pielgrzymkami w trzy końce metropolii na trasie przedszkole – biuro – babcia na etacie babysitterki, paraliżując co miesiąc miasto „barwnym i wesołym korowodem”.

Tak, mówcie mi o Berlinie, Paryżu, Kopenhadze. To prawda, cykliści są tam w przewadze, a miasta modernizuje się pod ich potrzeby. Mają śluzy rowerowe i kontrpasy. Ale też przy ich śródmiejskich ścieżkach nasze to niemal autostrady. A całe mnóstwo ludzi śmiga tam po jezdni w gąszczu SUV-ów i autobusów. Jakim cudem udaje im się przeżyć?

Może takim, że tam nikt nie wytacza świętych wojen. Cyklista zajechał mi drogę? Zatrąbię, ale nie będę opowiadał do końca życia o rowerowych świętych krowach. Kierowca nie zatrzymał się przed ścieżką? Rzucę ciężkim słowem, ale nie uznam gapiostwa za programowy atak na rowerzystów. Bo wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Ktoś nie zsiada z ostrego koła, ale dziś jedzie do pracy audi, bo boli go głowa. Ktoś wskoczył na „holendra”, ale jutro ma dwa zebrania i szczepienie dziecka, więc wsiądzie do bmw.

Ach, w Warszawie jeszcze nie dorośliśmy... Tyle że goniąc za nowoczesnością, popadamy w skrajności. Nasza sprawa jest słuszna, bo postępowa, a więc nie bierzemy jeńców. Świat musi się dostosować.

Na szczęście idzie zima. Przynajmniej ona wymusi trochę szacunku dla „zmotoryzowanych filistrów” i „aspirujących buraków w SUV-ach”. Tych wszystkich, którzy nie są klasą kreatywną, awangardą przemian, bojownikami o zaufanie społeczne i codzienną życzliwość.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.