Czkawka kryminalna, czyli wielkość Miłoszewskiego

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Tylko raz w ataku śmiechu spadłem z łóżka w trakcie lektury, ledwo kilka razy dostałem spazmów, prawdziwym problemem okazało się to, że w trakcie jednego z gwałtownych zachwytów zbyt chyba wielki połknąłem haust powietrza, co zakończyło się długotrwałą czkawką, rzeczą nad wyraz przykrą i uciążliwą. Ale dla rozkoszy lekturowych nie takie rzeczy się robi, nie na takie cierpienia człowiek w stanie jest się wydać.

Od dawna usiłowałem rozkminić, na czym polega maniakalna moda kryminalna, jaka w Polsce parę lat temu zapanowała. Wiadomo oczywiście, że powieści kryminalne zawsze masowym się cieszyły powodzeniem, to jest rzecz naturalna zupełnie, ale to, co w Polsce nastąpiło w ostatnich latach, nosi mocne znamiona dżumy literackiej. Każdy, kto umie jakoś składać litery w zdania – a niestety takich geniuszy jest aż za dużo – ten natychmiast do pisania prozy kryminalnej się rzuca, ten krwawe opowieści ogłasza, ten w mniemaniu swoim wyjątkowych, niepowtarzalnych bohaterów do życia powołuje i czeka na ekstatyczne okrzyki gawiedzi czytelniczej. Owej pokusie poddało się nawet wielu pisarzy, którzy wcześniej teoretycznie szlachetniejsze odmiany literatury uprawiali. Wiadomo – nie ma mocniejszej zachęty do pisania niż wizja sławy i hajsu, nocne zmazy powodują sny o pierwszych miejscach na listach bestsellerów, sprzedaż praw na zagranicę, jakieś bajeczne kontrakty, dodawać jednak chyba nie muszę, iż kryminały też trzeba umieć pisać, a może nawet jeszcze bardziej trzeba umieć pisać kryminały niż tak zwaną prozę artystyczną. Niejeden grafoman już się na pisaniu kryminałów boleśnie rozkraczył. Ma się rozumieć, że niebagatelny wpływ na zdziczały pęd do pisania kryminałów wziąć się musiał ze spektakularnej sławy kryminałów skandynawskich, które cały świat zawojowały. Każdy teraz chce pisać skandynawskie kryminały, choćby i po polsku. Ja zupełnie nie znam się na skandynawskich kryminałach, ja mam co czytać, nie muszę mitrężyć czasu na szwedzkie i norweskie produkcje, owszem, pochłonąłem w półtora dnia pierwszy tom Stiega Larssona, owszem, oderwać się nie mogłem, ale żeby to jakąś literacką wybitnością trąciło, tobym raczej nie przesadzał. Umiał Larsson wciągać, ale umieć wciągać to nie znaczy umieć pisać.

Żałosnym banałem jest zatem dodawanie tutaj, że Zygmunt Miłoszewski to jest arcymistrz polskiego kryminału, że nad resztę kryminalistów polskich o głowę wyrasta, że po-

Opisy korków ulicznych i idiotycznego systemu świateł na skrzyżowaniach w Olsztynie to jest mistrzostwo złośliwości, któremu złoty medal tu przyznaję

wieści jego nie zwykłymi są kryminałami, ale potężnymi traktatami o istocie zła, to jest autor, który swoją wściekle precyzyjną literaturą wielu natchnionych twórców prozy artystycznej wymiata z ringu w pierwszej rundzie. Ja w ogóle Miłoszewskiego nie traktuję jako autora kryminałów i w tym sensie jest to z mojej strony wysublimowany komplement.

Owszem, idzie mi tutaj o nową powieść Miłoszewskiego „Gniew”, to jej lektura spowodowała upadek z łóżka, spazmy oraz atak czkawki, a także regularne napady furiackiej zazdrości o talent narracyjny. Jest to bowiem powieść niewspółmiernie do swego tematu zabawna, co mówię z niejakim zawstydzeniem. Dawać tu szerokiego streszczenia nie zamierzam, tyle wrzucę, że ktoś strasznych i wyrafinowanych zbrodni (Miłoszewski, jak wiadomo, pasjami lu- bi zbrodnie odrażająco wyrafinowane) dokonuje na tych, którzy dopuścili się przemocy domowej. Stąd moje zawstydzenie, bo skoro rzecz jest o przemocy domowej, a ja przy lekturze rechocę w iście skretyniały sposób, to być może jest to dowodem na to, iż mój relatywizm moralny osiągnął już stadium paranoiczne.

Otóż nie, nie z przemocy domowej się tu śmieję, nie z odrażających morderstw, gdzie ofiary rozpuszczane są w ługu do udrażniania rur kanalizacyjnych, ja się śmieję, z frazą Miłoszewskiego obcując, i nie jest to śmiech z frazy kulawej, jest to śmiech spowodowany tym, że Miłoszewski w zajadle zabawny sposób pisać potrafi, że dialogi jego mistrzowskiej są jakości. Ja się śmieję, zachwycając się jego finezyjnym dowcipem, ja się śmieję pełen zawiści dla dowcipu, który jest zatrważająco wręcz wyrafinowany – zawiść najwyższą jest u pisarzy formą uznania dla innego autora. Gdyby Stieg Larsson żył, to mógłby się uczyć pisania od Miłoszewskiego, a i tak by się pewnie nie nauczył na takim poziomie.

„Gniew” to, jak wiadomo, dopełnienie trylogii o prokuratorze Szackim, który wcześniej w „Uwikłaniu” i „Ziarnie prawdy” się nam objawił. Obie te rzeczy sfilmowane zostały, ta pierwsza ze skutkiem wybitnie odwrotnym do wybitności powieściowego pierwowzoru, ta druga za chwilę w reżyserii Borysa Lankosza na ekrany wejdzie i niebywale wiele sobie po niej obiecuję, a nawet powiem, iż moja kinomańska intuicja mi mówi wyraźnie, że będzie to rzecz olimpijska.

Akcja „Gniewu” tym razem się w Olsztynie rozgrywa, tam prokurator Szacki, który już sobie wcześniej wWarszawie i Sandomierzu nagrabił, został zesłany i zdaje się, że zejdzie tam śmiertelnie z nudów, gdy na pomoc przychodzi morderca, który rozpuszcza swą ofiarę w jakimś krecie do przepychania rur, a następnie gracko układa jej szkielet tak, aby każda kosteczka była na swoim miejscu. Pozostawiam tu z boku resztę intrygi, dziwnie spokojny jestem, że „Gniew”, podobnie jak to było z poprzednimi o Szackim powieściami, zostanie sfilmowany, wspomnę jedynie, że pomiędzy „Ziarnem prawdy” a „Gniewem” Miłoszewski dał nam zupełnie niedorzeczną powieść „Bezcenny”, która rekordy idiotyzmów biła, i mimo iż wyglądało na to, że machnął ją jedynie po to, by ktoś prawa do jej sfilmowania kupił, to jakoś myślę, że nikt nie kupi.

Jako się rzekło, humor Miłoszewskiego najbardziej zjadliwej jest próby, a prawdziwy humor musi być zjadliwy, inaczej to są anegdoty u cioci na imieninach. I dodawać chyba nie muszę, że w przypadku autora „Gniewu” zawiera się ten humor w krótkich, żołnierskich frazach, a nie we frazie rozlanej jak rzeka wiosną; łatwiej wszak znokautować szybkim krótkim ciosem, niż mozolnie głaskać po szczęce.

A poza tym jest Miłoszewski nieoceniony w piętnowaniu polskiego syfu przestrzennego, tego nieusuwalnego bajzla architektonicznego, jaki nam cały kraj na podobieństwo nowotworu obsadził, a my z tym nowotworem żyć będziemy przez lat sto lub więcej. Na przykładzie Olsztyna właśnie – mam nieodparte wrażenie, że Miłoszewski chytrze sobie zaplanował, aby zostać w warmińskiej stolicy uznanym persona non grata – nam pisarz pokazuje, jak Polacy potrafią oszpecić nawet, zdawałoby się, do oszpecenia niemożliwą przestrzeń. Zaś opisy korków ulicznych i idiotycznego systemu świateł na skrzyżowaniach to jest mistrzostwo złośliwości, któremu złoty medal tu przyznaję: po tym poznać mistrza, że nawet z kwestii świateł ulicznych potrafi coś tak niebywale złośliwego i zabawnego zrobić.

Miłoszewski ogłosił już, że „Gniew” to ostatnia powieść z Szackim. Godna najwyższej pochwały to wstrzemięźliwość, w końcu mógłby tego Szackiego multiplikować do śmierci i jedynie sprawdzać stan konta, jest w końcu w Polsce jeszcze wiele miast, w których mógłby się Szacki pojawić. W pewnym sensie spektakularnie zarżnął właśnie Zygmunt kurę znoszącą złote jaja, tym większy szacunek.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.