Z rozmawia

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Fotoreportaż -

Myślał pan kiedyś poważnie o emigracji? – W stanie wojennym. Generał Jaruzelski postanowił wtedy pokazać światu, że nic się u nas nie stało – „Polacy nic się nie stało”, choć chyba nie znał jeszcze tego hasła – dlatego w styczniu 1982 roku zespół Mazowsze, Sinfonia Varsovia i Stary Teatr dostały paszporty. Po to, żeby wypełnić wcześniej zaplanowane kontrakty. To był wyjazd do Buenos Aires z dwoma spektaklami: „Emigrantami” Mrożka i „Nastasją Filipowną” Dostojewskiego: czterech aktorów – Janek Nowicki, Radziwiłowicz, Bińczycki i ja, plus drobny zespół techniczny. W Argentynie właśnie zaczęła się wojna o Falklandy. Z jednego stanu wojennego lecieliśmy do drugiego. Samolot z Madrytu był pusty, rozwalaliśmy się na wszystkich siedzeniach.

Po Argentynie, mając paszport służbowy z Pagartu, mogłem wyjeżdżać gdzie indziej. Pojechałem do Włoch, na festiwal do Spoleto, gdzie grałem w „Mątwie” Witkacego. W Spoleto dostałem propozycję stałego angażu z teatru z Triestu. Na parę lat. Była kusząca – Triest blisko, tylko 1000 kilometrów od Krakowa, mój dziadek jeździł tam na wakacje. Triest to skrzyżowanie kultur. – Graniczne miasto, gażę mogli mi wypłacić w każdej walucie, w jakiej chciałem. Kontrakt miałem obgadany, prawie podpisany. Pamiętam, że przyjechałem po południu do Krakowa i wyszedłem na balkon. Było lato. Zobaczyłem, jak żona niesie z teatru dwie wielkie siatki. Bo niemieccy koledzy akurat przysłali nam dary: odżywki, ser, ale też płyn do sauny, no bo przecież biedni polscy aktorzy nie mają płynu do sauny. Pomyślałem: nie, to robi się zbyt upokarzające. Wiedziałem, że żona, jako muzyk, wszędzie znajdzie pracę. Zresztą studiowała we Włoszech. Wieczorem otworzyłem włoskie wino, które przywiozłem. I się zwierzyłem. Odpowiedź była krótka: „Mowy nie ma”. Padło jakieś wytłumaczenie? – Nie. Nie i koniec. Bez dyskusji.

Zaważyły też pewnie względy niepolityczne. Ja znam życie aktora na Zachodzie. Jedziesz w tournée na dziewięć miesięcy: hotel, hotel i hotel. Nie ma cię w domu. Żona i o tym myślała. Ale w Polsce też pana chyba często nie było wdomu? – Tak, ale tam to by zostało usankcjonowane. A jakby jeszcze pojawił się jakiś film… Później dwa razy taki objazd przeszedłem. Czułem się nim strasznie wyjałowiony. Cały dzień czekasz na przedstawienie o dziewiątej wieczorem. Ile razy można pójść do muzeum? Muzea są zresztą tylko w dużych miastach, a my grywaliśmy też we włoskich dziurach. Z powodu tego nadmiaru wolnego czasu powstały moje scenariusze, np. „Tydzień z życia mężczyzny”.

Gdybym przyjął propozycję z Triestu, stałoby się ze mną dokładnie tak jak z granym przeze mnie AA w „Emigrantach”. Psychicznie bym tego nie zniósł. Gdy zaczęły się moje wojaże ze Starym Teatrem, wszędzie spotykałem kolegów, którzy wyjechali po 1968 roku. Pamiętam dzień w Wenecji z dziewczyną z mojego roku. Prosiła: „Opowiedz o Krakowie, co tam w Piwnicy…”. To jej opowiadałem, rozstaliśmy się po kolacji. Za parę miesięcy dostałem wiadomość via jakiś wspólny znajomy, że ona tej nocy chciała popełnić samobójstwo. Czy to jakaś polska choroba? – Nostalgia. Byłem kiedyś w Mediolanie na spotkaniu z Tarkowskim, gdy promował tam film „Nostalgia”. Dziennikarze pytają: „Ale dlaczego nazwał pan swój film »Nostalghia«?”. Bo tym „h” zmuszasz Włocha do przeczytania „nostalgia”, a nie „nostaldżija”. Na co on, po rusku, przez tłumacza, mówi: „Bo moja nostalgia to nie jest wasza nostaldżija”. Śmieje się i dodaje: „Nie wiem, czy

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.