I doradczyni minister edukacji, ogladają film o prof. Hütherze i rozmawiają o szkole

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szyłło -

„Posłuszeństwo już mieliśmy. Jak wkomorach gazowych kończył się gaz, to posłuszni je napełniali” – mówi prof. Gerald Hüther, neurobiolog, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego „Alfabet” Erwina Wagenhofera. Twierdzi, że egzekwowanie od uczniów w szkołach posłuszeństwa i wykonywania poleceń jest szkodliwe. – W ciągu ostatnich lat neurobiolodzy zrobili ogromny postęp w badaniu mózgu. Po raz pierwszy w historii wiemy, co wspiera, a co hamuje procesy uczenia się. Wcześniej dorośli – nauczyciele, dyrektorzy szkół i rodzice – po prostu zakładali, że wiedzą, jak nauczać. Jedni intuicję mieli lepszą, inni gorszą. Maria Montessori sto lat temu tworzyła we Włoszech szkoły, tak jak gdyby w jednym palcu miała wyniki dzisiejszych badań. Była genialną obserwatorką dzieci. Ale większość szkół wciąż działa jakby na przekór tego, co wiemy o mózgu. A co wiemy? – Dzieci uczą się tylko wtedy, kiedy coś je zainteresuje. Nie da się żadnej wiedzy wlać do ich głów pod przymusem. Najlepiej przyswajają wiedzę, gdy są nieznośne: wstają, ruszają się, pytają, komentują, głośno wyrażają emocje. Lepiej, żeby dziecko było w szkole nieznośne?! – Każde dziecko ma w sobie wielką naturalną ciekawość otaczającego je świata. Chyba że jest chore, głodne lub ma mocno zaburzone poczucie bezpieczeństwa, brak bliskiej więzi z matką, ojcem i innymi otaczającymi je dorosłymi.

Wystarczy poobserwować, jak niemowlę uczy się siadać, stawać, chodzić. Tyle razy próbuje, aż dopnie swego. Mimo upadków i wysiłku, jaki musi w to włożyć. A jak już nauczy się trochę mówić, potrafi niezmordowanie zadawać kilkaset pytań dziennie: „Co to?”, „A po co to?”, „A dlaczego?”. Dziecko jest zafascynowane światem i robi wszystko, by go odkryć, spróbować, zrozumieć. A teraz zestawmy z tym wyniki badań: 31 proc. uczniów podstawówek i aż 60 proc. uczniów szkół ponadgimnazjalnych nudzi się na lekcjach. (Roczny raport społecznego programu „Szkoła bez przemocy”). 48 proc. uczniów w wieku 7–19 lat boi się niektórych lekcji. Co piąty uczeń czuje się w szkole niepewnie i nie na swoim miejscu. Według badaczek pracujących pod kierunkiem prof. Gizy-Poleszczuk najczęściej doznawane w szkole uczucia to „nudzę się” i „boję się niektórych lekcji”.

Dziecko w szkole dostaje komunikat: nikogo tu nie interesuje, co ciebie interesuje. Bądź cicho i słuchaj, musimy gonić z programem. Dziecko się buntuje, chce jeszcze czegoś się dowiedzieć, zrozumieć – dostaje uwagi do dzienniczka i etykietkę „niegrzecznego”. Większość dzieci daje się w końcu sformatować, bo ma ogromną potrzebę więzi z opiekunem. I jeśli wciąż dostaje sygnały, że opiekun jego chęć poznawania świata odbiera jako złe zachowanie, to zaczyna obierać inną strategię. Czyli? – Prof. Hüther opisuje ten proces w książce „Wszystkie dzieci są zdolne”. Dziecko gotowe jest postępować wbrew swojej naturze i potrzebom, byle tylko zadowolić opiekunów. Go- towe jest godzinami wypełniać nudne ćwiczenia, przestać pytać, wstrzymuje siku całą lekcję, by znowu zobaczyć uśmiech na twarzy mamy, dostać piątkę od nauczycielki albo stempelek z uśmiechniętą buźką, a w końcu świadectwo z czerwonym paskiem. Tylko że za tę przemianę – z odkrywcy w wykonawcę poleceń – dziecko słono płaci. Traci wewnętrzną motywację, która kazała mu niestrudzenie poznawać świat, próbować, tworzyć. Działa już tylko napędzane motywacją zewnętrzną: kijem i marchewką. Z roku na rok w szkole coraz więcej jest żmudnej, przymusowej roboty, coraz więcej więc potrzeba kijów i marchewek. Potem nauczyciele zastanawiają się na konferencjach, jak zmotywować uczniów do nauki. Czyli jak przywrócić im to, co szkoła zniszczyła! Malutkie dzieci nie mają problemu z sensem i celem. Po co maluch robi pierwsze „eksperymenty” w wannie czy piaskownicy? Bo chce się dowiedzieć! Po co ogląda pierwszą książeczkę? Żeby poznać! A człowiek motywowany zewnętrznie, czyli tresowany, jeśli mu zabrać kije i marchewki, to nie wie już, czego chcieć. Nie wie, po co żyje.

Argumenty takich reformatorów jak prof. Hüther to twarda nauka. Z badań wynika, że wśród dzieci poniżej piątego roku życia 98 proc. jest kreatywnych na poziomie geniuszu. Znajduje wiele niestandardowych rozwiązań dla jednego problemu. Wśród dzieci w wieku 8–10 lat już tylko 32 proc. Wśród 15-latków – 10 proc. W grupie powyżej 25. roku życia – 2 proc. Wfilmie „Alfabet” Yakamoz Karakurt, 15-letnia prymuska z Hamburga, odczytuje swój list otwarty, który w 2011 roku opublikował magazyn „Die Zeit”. – „Mam problem. Chcę złożyć skargę, tylko nie wiem, do kogo. Moje życie to stres i presja. Nie ma czasu i sił na hobby. Nie ma wypoczynku ani zabawy. Budzę się i pędzę do szkoły, zadania szkolne kończę o godz. 23. Każdy wie, że szkoła to nie życie, ale moje życie jest w szkole. Oczekuje się od nas, żebyśmy byli maszynami, które pracują co najmniej 10 godzin dziennie. Czy dorośli, którzy podejmują za nas decyzje, próbowali kiedykolwiek wczuć się w nasze położenie?”. To typowa sytuacja świetnego ucznia. Zapytajmy siebie, czy nie przeraża nas to, że rosną ludzie, którzy nawet nie mają siły i czasu pomarzyć.

Jednym z najbardziej przejmujących obrazów z „Alfabetu” jest twarz innego prymusa, chińskiego chłopca, wielokrotnego zwycięzcy olimpiad matematycznych. Stoi przy matce, która z dumą pokazuje do kamery jego medale i dyplomy. Spojrzenie chłopca jest nieobecne. To spojrzenie więźnia. Razem z filmowcami zwiedzamy chińską szkołę, która jest tak ambitna, że dzieci uczą się po nocach, by przerobić program w rok zamiast w ciągu dwóch lat. Andreas Schleicher, szef programu testowego PISA, mówi: „Może nie chcielibyśmy tego dla naszych dzieci, ale musimy wziąć pod uwagę, że takie kraje jak Chiny rozwijają się z zawrotną prędkością, muszą gonić”. Ten komentarz Schleichera jest niewiarygodny? Swoim dzieciom nie chcielibyśmy robić czegoś takiego, ale „tamtym” możemy. Chińskie „najlepsze” szkoły to przykład skrajny. Ale na naszym podwórku też konsekwentnie ignorujemy fakt, że dzieci w szkole się nudzą i są nieszczęśliwe. To barbarzyństwo! Są jednak osobowości, które się szkole nie dają sformatować. – Ludzie wybitni bardzo często w szkole byli źle oceniani. Hüther sypie przykładami: Thomas Edison, wielki wynalazca, członek Narodowej Akademii Nauk – był najgorszym uczniem w klasie. Nauczyciele Marcela Prousta uważali jego wypracowania za beznadziejne. Pablo Picasso nigdy nie zapamiętał kolejności liter w alfabecie. Giacomo Puccini bez przerwy oblewał egzaminy. Paula Cézanne’a nie przyjęto do Akademii Sztuk Pięknych. Albert Einstein rozmyślał bez końca nad jednym zadaniem, podczas gdy jego rówieśnicy przerobili już dziesięć zagadnień i szli do domu. Poza tym mały Albercik niczego nigdy nie potrafił nauczyć się na pamięć. Popatrzmy, jak dorosły już Einstein skomentował własne sukcesy: „To nie jest jakiś wyjątkowy talent, to po prostu moja namiętna ciekawość świata”. Lista upartych, których system edukacyjny nie zdołał złamać, mogłaby zająć całą „Gazetę”. Pytanie, czy mamy zamiar się cieszyć, że komuś udało się osiągnąć coś pomimo szkoły. Upór i silny charakter nie są cechami premiowanymi przez szkołę. Przeciwnie. Proszę też zauważyć, że szczęście i teraźniejszość też nie są wartościami w systemie szkolnym. Od małego uczymy się, że musimy zmuszać się do udręki w imię jakiejś „przyszłości”. Ale czy człowiek, który przez lata programowany jest do wykonywania cudzych poleceń – powtarzalnych nudnych czynności – nagle po przekroczeniu jakiejś magicznej granicy będzie umiał cieszyć się teraźniejszością? Być szczęśliwy? A gdzie miałaby przebiegać owa magiczna granica, po przekroczeniu której człowiek ma wreszcie prawo robić to, co go pasjonuje? Hüther cytuje Johna Lennona: „Kiedy miałem pięć lat, mama mówiła mi, że szczęście jest kluczem do prawdziwego życia. Gdy poszedłem do szkoły, zapytali mnie, kim chcę być, gdy dorosnę. Odpowiedziałem: chcę być szczęśliwy. Powiedzieli mi, że nie zrozumiałem pytania”. Pani córki, dzięki pani wiedzy o szkole, miały łatwiej? – Mam duże wyrzuty sumienia, że nie uchroniłam ich przed naszym opresyjnym systemem. Zwłaszcza Oli, starszej. Bo Ada, młodsza, jakoś umiała prześlizgnąć się przez szkołę, taki sprytniejszy charakter. A starsza bardzo walczyła. Dyskutowała z nauczycielami nad sensem tej czy innej pracy, płakała wieczorami, nie umiała się przystosować. Wciąż dostawała po głowie. Odżyła dopiero na studiach w Londynie. Teraz poważnie rozważa, czy nie pozwać polskiego państwa za 12 straconych lat. Mówi mi: „Przecież z twoich prac naukowych wiem, że kortyzol, hormon stresu, który zalewał mnie w dzie- ciństwie, w długiej perspektywie wywołuje lawinę chorób. Mogą ujawnić się dopiero po czterdziestce. Należy mi się odszkodowanie”.

Czy to nie paradoks, że przez kilkanaście lat w szkole szczególnie dużo czasu musimy poświęcać przedmiotom, do których nie mamy zdolności, tylko po to, żeby zdać? A na to, do czego mamy talent, co świadczy o naszej wyjątkowości, zazwyczaj nie pozostaje już wiele czasu. Z punktu widzenia neurobiologii nie ma sensu uczyć się czegokolwiek raz na tydzień. Jakie nauczanie jest przyjazne mózgowi? – Opowiem pani na przykładzie pokemonów. Przebadano kilkulatki, wśród których panowała moda na te bajkowe postaci. Okazało się, że znają więcej pokemonów niż zwierząt. A to nauka o zwierzętach jest przecież w programie przedszkolnym. Dzieci nie tylko potrafiły bezbłędnie nazwać te stwory, ale też podać charakterystyczne cechy każdego z nich, wskazać, który jest najcenniejszy, bo karta z nim jest rzadka. Oczywiście każdy rodzic intuicyjnie wie, dlaczego dzieci znają więcej pokemonów niż zwierząt gospodarskich. Bo one tym żyją, emocjonują się. Żadne dziecko nie wkuwa przecież w męczarniach ich nazw. Kilkulatki zafascynowane dziś „Star Wars” znają kilkuczłonowe nazwy postaci w obcym języku, ich atrybuty. Znają skomplikowane nazwy ich pojazdów, typy broni, często potrafią poprawnie zapisać je po angielsku. Przecież to są te same dzieci, które w pierwszych klasach podstawówki mają ponoć problemy z koncentracją i nie mogą przez pół roku wykuć po angielsku dni tygodnia. To czy pacjent jest zły, czy może terapia nietrafiona? Zawsze mnie zastanawia, że gdy człowiek jest chory, a leczenie nie daje rezultatu, lekarze próbują innej terapii. A gdy dziecko się nie może nauczyć, to szkoła nie zmienia metody nauczania, tylko wpisuje uczniowi złą ocenę.

Podczas nauki, która angażuje nasze emocje, w mózgu uwalniają się neuroprzekaźniki, które można porównać do nawozu, dzięki któremu powstają nowe połączenia neuronalne. Jeśli te informacje są powtarzane z zaangażowaniem, te połączenia stają się trwałe.

Polecenie typu: proszę przepisać do zeszytu definicję fenoli i nauczyć się jej na pamięć, to całkowita strata czasu. W trakcie odrabiania takiej pracy mózg jest uśpiony jak komputer na stand by. Dziecko, które nie chce wypełniać w domu takich ćwiczeń, a chce zamiast tego wisieć głową w dół na trzepaku, wie, co robi. Jak to? To nie jest marnowanie czasu? – Gdy dziecko wisi na trzepaku, jego mózg rozwija dwa ważne układy: przedsionkowy i proprioceptywny, określany również jako zmysł czucia głębokiego. Bez informacji o tym, jak zachowuje się nasze ciało, koordynacja wzrokowo-motoryczna nie byłaby możliwa. Dzięki propriocepcji mamy poczucie własnego ciała, możemy iść po ciemnym pokoju, chodzić po schodach, a także trafiać filiżanką do ust.

Poza tym uważajmy z tym upominaniem dzieci, że „marnują czas”. Mózgi dziecięce potwornie tego „trwonienia czasu” potrzebują. Pomarzyć, posnuć się po ogrodzie, pobujać na huśtawce. Byle to „nicnierobienie” nie oznaczało niewolniczego konsumpcjonizmu: telewizor, konsola, zakupy. Neurobiologia mówi, że dziecko uczy się tylko wtedy, kiedy chce się nauczyć. A przecież żeby cokolwiek osiągnąć wjakiejkolwiek dziedzinie, potrzeba systematycznej pracy. Niekiedy żmudnej. – Zgadzam się, cała zabawa polega na tym, jak do tej systematycznej pracy dojdziemy. Antoine de Saint-Exupéry mawiał: jeśli chcesz, by twoje dziecko zbudowało statek, rozbudź w nim tęsknotę za morzem. Budowanie statku to trudna i żmudna praca, dlatego tak ważna jest pasja, tęsknota. Szkoła nie ma w programie rozbudzania tęsknoty. To ty jesteś ten zdolny Jasio pianista? To proszę: odtąd dotąd z nut na za tydzień. I tak przez 12 lat.

Prof. Hüther włączył się do oddolnej berlińskiej inicjatywy „Budząca się szkoła”, której celem jest tworzenie nowej kultury edukacyjnej, opartej nie na przymusie, ale na pasjach i zainteresowaniach uczniów. Jeden z najważniejszych przedmiotów nazywa się odpowiedzialność. W tej szkole realizowane są różne projekty. Jeden z nich polega na tym, że uczniowie muszą zaplanować wyjazd na cały miesiąc, nie mogą wydać więcej niż 150 euro na osobę. Sami googlują noclegi, sprawdzają bilety. Jedna grupa poleciała do Grecji chodzić śladami pierwszych matematyków. Ale oczywiście uczyli się tam nie tylko matematyki. To są projekty interdyscyplinarne. Dzielenie wiedzy na przedmioty bardzo utrudnia mózgowi naukę. Czyli to nauczyciele są źli? – Nie, znam zbyt wielu fantastycznych, zaangażowanych. Nieszczęście panującego systemu polega na tym, że on frustruje wszystkich: i uczniów, i nauczycieli, i rodziców. Nauczyciele rozliczani są z tego, ile wiedzy wtłoczyli do dziecięcych głów (co ma wyjść w testach). Są zmuszani do bycia biurokratami. Muszą pisać rozkłady materiału i szczegółowe scenariusze lekcji, w których rozpisują co do minuty, co ich uczniowie mają w czasie lekcji robić, mówić, myśleć. Przecież to czysty teatr absurdu! I najważniejsze: muszą stale robić „coś” z uczniami, by ci nie przeszkadzali im w pracy. Tylko co? Nakrzyczeć? Wpisać uwagę? Te środki szybko się wyczerpują i pozostaje już tylko narastająca frustracja i coraz bardziej zszarpany głos. Ponieważ czasu jest mało, a materiału dużo, 45-minutowa lekcja często zamienia się w wykład. A aby nauka miała sens, podanie wiedzy powinno zająć maksymalnie jedną czwartą lekcji. Reszta powinna być przeznaczona na przetwarzanie nowych informacji – w grze, dyskusji. Zdziwiło mnie, że neurodydaktyka jest nie tylko przeciw karom, ale też przeciw nagrodom. – Opiszę pani eksperyment: dwóm grupom przedszkolaków rozdano kredki i poproszono, by dzieci rysowały. W jednej grupie na tym komunikat się kończył. W drugiej za ładne rysunki obiecano nagrody. Dzieci, którym obiecano nagrody, raz dwa coś tam wykonały i zaczęły rozglądać się za tym, co dostaną. Dzieci, którym nic nie obiecano, rysowały długo i z dużo większym zaangażowaniem. Obiecana nagroda powoduje, że do mózgu idzie komunikat: widać ta czynność sama w sobie nie jest atrakcyjna. Dziecko zaczyna kombinować: zrobię to, jeśli mi się opłaca. Z czasem musi opłacać się coraz

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.