Nie zostawiajcie odcisków palców na Węgrzech

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Po Prostu -

al-Ali, prawnik z syryjskiego Kobane. Na dworcu koczują już siódmy dzień. Koc rozłożyli na kartonowych pudłach. – Dokąd zmierzacie? – Do Anglii albo do Szwecji. Tam systemy prawne są podobne do tego, który w czasach pokoju obowiązywał w Syrii. Bo teraz, bracie, w Syrii nie ma już żadnego prawa – kręci głową Ali. Chce znowu być prawnikiem, radzić ludziom. Język, mówi, to nie problem. Może się go uczyć 15, 16, a nawet 20 godzin dziennie. Żeby jak najszybciej zacząć nowe życie.

Ali z żoną Fatimą Chaled uciekli z Kobane prawie dwa lata temu, gdy pocisk zniszczył ich dom. Do dziś nie wiedzą, kto strzelał: Daisz (tak Syryjczycy nazywają bojowników tzw. Państwa Islamskiego), armia Baszara al-Asada, a może walczący z nim Kurdowie. Przeżyli, bo nie było ich w domu. Fatima wtedy też była w dziewiątym miesiącu ciąży. Mała Salin, ich córeczka, bawi się na karimacie obok z synkiem sąsiadów.

Przez prawie dwa lata mieszkali w Stambule. Ali pracował jako cieśla. Fachu nauczył się za młodu od ojca. Praktycznie wszystko, co zarobił, szło na wynajęcie pokoju. Bo uchodźcy to złoty biznes. Mogą przepłacać. Zapłacą każde pieniądze, póki je mają. Byle uciec przed wojną.

Ali i Fatima zdecydowali: „Uciekamy do Europy”. Za przepłynięcie przepełnioną łodzią z tureckiego lądu na grecką wyspę Samos zapłacili po 1,1 tys. euro od osoby. Bilet dla małej Salin – gratis.

– Żona już powinna być w szpitalu. Nie przyszedł jej tu obejrzeć żaden lekarz – żali się Ali. – Czy to aby na pewno Europa, bracie?

Po chwili jego twarz rozpromienia uśmiech. – Będę miał synka.

Fatima też się uśmiecha, ale nie odzywa się słowem. Ciężko jej już się ruszyć. W kolejnych dniach, kiedy zagadywałem spotkaną gdzieś po drodze rodzinę, zawsze rozmawiał ze mną mężczyzna. Piątkowa noc na Keleti była niespokojna. W Budapeszcie narodowa drużyna piłkarska Węgier podjęła Rumunów. Jeszcze przed meczem kibole kręcili się wokół dworca. Wrzucili petardy do korytarzy z tłumem ludzi. Atakowali śniadych obcokrajowców. Po meczu setki ich ruszyły na dworzec, by pokazać przyjezdnym, co czeka obcych na Węgrzech. Policja odcięła całą okolicę. – Schowajcie się w podziemiach. Tam jesteście bezpieczni – nawoływano przez megafony.

– Nie rozumiem, dlaczego nie pozwalają tym ludziom odjechać do Austrii i Niemiec. Przecież ich tu nie chcą. Robili wszystko, żeby nie przyjmować uchodźców, a teraz ich nie wypuszczają – opowiada mi Johannes Mahr. Jest Niemcem, od dwóch lat mieszka w Budapeszcie. Działa w nieformalnej grupie MigSzol (Solidarność z Migrantami). Kolorowe towarzystwo: lewicowcy, obcokrajowcy, w tym imigranci. Nagłaśniają przypadki łamania praw uchodźców na Wę-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.