UCHODŹCY W POLSCE. WIĘCEJ WIEDZY, MNIEJ STRACHU

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Po Prostu -

tanami. Teraz to klepisko, które po deszczu przemieniło się w błotniste bajoro. Jest coraz zimniej. Do busika UNHCR ustawiają się wielkie kolejki. Rozdają koce i maty. W takich warunkach trudno dbać o higienę. Ludzie są umorusani zaschniętym błotem. W krótkich spodenkach, klapkach, otuleni szarymi kocami, które właśnie dostali. Jeszcze niedawno zostawali w Belgradzie przynajmniej na noc, żeby odpocząć. Teraz często po dwóch, trzech godzinach ruszają dalej w drogę. Nie ma czasu. Trzeba się spieszyć, zanim na Węgrzech zacznie obowiązywać nowe prawo. Zanim zaczną wsadzać za kraty.

Wśród ludzi krążą coraz bardziej niewiarygodne historie o czyhających wzdłuż linii kolejowej między Horgoš a Röszke mafijnych bandach, które okradają uciekinierów z ostatnich pieniędzy. A przecież szedłem tamtędy dwa dni wcześniej z takimi jak oni. Nikt nas nie napadł, nie okradł. Powtarzam to moim rozmówcom.

Szybko rozniosło się, że przekroczyłem granicę w Röszke. Zbiegają się, żeby mnie posłuchać. Wokół mnie stoi 20, może 30 osób. Od razu jestem tłumaczony na kilka języków.

Kiedy kończę, podchodzi do mnie chłopiec. Ma 14 lat, wygląda młodziej. Chce opowiedzieć swoją historię. Z matką, trzema siostrami i dziadkiem mieszkali niedaleko Laszkargah w południowym Afganistanie. – To centrum talibów. Zabili mi ojca, kiedy miałem sześć lat. Dlatego że jesteśmy szyitami – mówi dobrą angielszczyzną.

Opowiada, że jego siostry nie mogły chodzić do szkoły. Talibowie nie pozwalają na edukację kobiet. Z domu kobiety mogą wychodzić tylko w towarzystwie mężczyzny z rodziny. Zakryte od stóp po głowę. Dziadek potajemnie opłacał dla nich nauczyciela angielskiego. Dziadek zorganizował przemytników, by przeprowadzili go do Szwecji. Od siedmiu miesięcy jest w podróży. Sam. Ani raz nie słyszał głosu matki. Od sąsiada, do którego się dodzwonił, wie, że też uciekła razem z jego siostrami. Nie wie, dokąd. W kolejnych krajach z rąk do rąk przekazują go sobie przemytnicy. Ale od Belgradu musi radzić już sobie sam. Zanim z innymi uciekinierami wyruszył łodzią z tureckiego wybrzeża do Mytilini na wyspie Lesbos, przemytnicy pokazali jednemu z pasażerów, jak nią sterować. To był ponton z silnikiem. Silnik zamókł, łódź nabierała wody. Modlili się, żeby dopłynąć. Ostatnie kilometry pokonali wiosłując. W Belgradzie dołączył do kilku Afgańczyków. Pozwolili mu iść ze sobą, bo zna angielski, może się przydać jako tłumacz. Teraz byle szybciej do Budapesztu.

Z każdą chwilą tej opowieści do oczu chłopca napływają łzy. Próbuje je ukryć. Odwraca wzrok. Ale wielkie łzy płyną już ciurkiem.

Nie chciał ode mnie pieniędzy. Nie dał się zaprosić na obiad. Chciał komuś opowiedzieć, przez co przeszedł.

Adresu e-mail nie ma. Talibowie nie pozwalają korzystać z internetu. Na kartce zapisał więc swoje imię: „Siraj Hussein z Laszkargah, prowincja Helmand”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.