Nasi na wojnie, czyli zabijać za kredyt

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga -

Do oglądania filmu „Karbala” Krzysztofa Łukaszewicza przystępowałem rozedrgany i spanikowany, albowiem cierpię na zespół stresu pourazowego na skutek obcowania z polskim kinem wojennym. Od lat wszelkie konfrontacje z rodzimą produkcją batalistyczną kończyły się sromotną klęską, uznałem, że nie jesteśmy nijak stworzeni do robienia takiego kina gatunkowego, że od batalistyki trzymać się powinniśmy jak najdalej. Przypomniały mi się desperackie próby Władysława Pasikowskiego stworzenia porządnego polskiego kina wojennego, mianowicie „Demony wojny wg Goi” i „Operacja Samum”, które to dzieła może wtedy jakąś nadzieję dawały, ale była to nadzieja z tych, co są matką wiadomo czyją. Załamanie nerwowe przeżyłem po „Bitwie warszawskiej 1920”, kiedy to popadłem w studzienną depresję, zdruzgotany tym, jak można tak atrakcyjny temat położyć koncertowo, jak tak olśniewające zwycięstwo polskiego oręża przekuć w straszliwą klęskę polskiej kinematografii, tym bardziej rozpaczałem, im bardziej uświadamiałem sobie, że temat jest już spalony, że na zawsze symbolem tego filmu miast wielkich scen dramatycznych pozostaną śnieżnobiałe zęby Nataszy Urbańskiej prującej z cekaemu, a jedyną istotną postacią pozostanie w mej pamięci czekista grany przez Adama Ferencego. Ostateczną katastrofą był jednak kuriozalny film „Tajemnica Westerplatte”, z którego wyczołgałem się z mocnym przekonaniem, że w Polsce na zawsze skazani jesteśmy na z paździerza sklecone obrazy imitujące nieudolnie światowe produkcje, z drętwą grą aktorską i niskobudżetowym wypasem. Uznałem, iż lepiej, byśmy na artystycznym, ambitnym kinie psychologicznym i obyczajowym się skupili – w czym jesteśmy lokalną potęgą – a prawdziwe rzemiosło pozostawili zawodowcom. Tymczasem „Karbala” okazała się zaskakującym zwycięstwem, istnym cudem nad Wisłą, to jest ten rodzaj cudu, kiedy zdaje się, iż sytuacja na froncie jest beznadziejna, a nagle nasi odnoszą zaskakujące, imponujące i spektakularne zwycięstwo.

Jak wiadomo, „Karbala” jest filmem opartym na prawdziwej historii obrony przez czterdziestu Polaków i tyluż Bułgarów ratusza w tytułowym irackim mieście; rzecz rozgrywa się w czasie powstania armii Mahdiego w roku 2004, kiedy to rebelianci atakują wojska koalicji. Wiadomo także, iż sprawa była przez lata utajniona jako „największa bitwa Polaków po II wojnie”, stała się sławną relatywnie niedawno, obrastając z miejsca legendą, czemu dziwić się nie można. Naturalnie hasło „największa bitwa Polaków”, kiedy mamy do czynienia z walką garstki żołnierzy, brzmi nieco zbyt pompatycznie, ale tak to było w istocie.

Mamy zatem grupę Polaków, którą dowodzi w filmowej wersji Bartłomiej Topa, który ostatnio robi nam się iście topowym aktorem, mamy sanitariusza oskarżonego o tchórzostwo, który naturalnie w finale zrehabilitowany zostanie, mamy kogoś na kształt człowieka z wywiadu, którego gra ze swoją nieodmiennie smutną i zmęczoną twarzą Łukasz Simlat, mamy dowódcę Bułgarów i mamy masy mahdystów, którzy z maniackim uporem szturmują rzeczony ratusz, padając pokotem, bo nasi ich odstrzeliwują masowo – w końcu mamy tu do czynienia ze starciem zawodowców z amatorami: ponoć przy zerowych stratach własnych obrońcy ratusza zabili może nawet kilkuset szturmujących. Mamy wreszcie – co w takim kinie jest wręcz obligatoryjne – rozliczne dylematy moralne, wątpliwości, chwile słabości i konflikty charakterów. Są wreszcie sceny batalistyczne, które – uwaga, uwaga! – nakręcone są niebywale sugestywnie i wiarygodnie. Do tego wszystkiego nie ma tu ani jednej wtopy realizacyjnej, rzecz u mnie wybitnie rzadka, że na polskim dramacie ani razu nie zarechotałem bądź nie poczułem zażenowania. Rzecz ogląda się, jakby się niepolski film oglądało, a jedynie obraz z polskim dubbingiem. Za jedyny cudaczny nieco dysonans uznaję fryzurę Piotra Głowackiego: ów wybitny aktor, który gra ostatnio chyba w każdym filmie (zdaje mi się, że liczba filmów z Głowackim przerasta wręcz liczbę filmów wchodzących na nasze ekrany), tutaj z niejasnych powodów występuje jako żołnierz ze swą słynną stylowo bujną czupryną; rozumiem, że Piotr Głowacki nie może zagrać bez fryzury Piotra Głowackiego, ale mi się zdawało, że w wojsku obowiązują krótkie włosy, a nie brawurowe kudły, że jakieś regulaminy to regulują, ale najwidoczniej Głowackiego aktorska siła na wzór mitologiczny we włosach tkwi. No, chyba że akurat Głowacki, by zagrać tu epizod, urwał się na chwilę z planu filmu „Disco Polo”.

„Karbali” za motto mogłyby posłużyć słynne u Sowy wypowiedziane słowa Radka Sikorskiego o wartości sojuszu z Ameryką, tudzież o robieniu przez nas Ameryce fellatio. Znamienne są tu dwie sceny: pierwsza będąca rozmową dowódcy polskiego z bułgarskim o tym, iż mieliśmy kiedyś wspólnego Wielkiego Brata radzieckiego, a teraz mamy Wielkiego Brata amerykańskiego, a nasza rola w zasadzie się nie zmieniła, nieodmiennie jesteśmy tymi podległymi w całej rozciągłości; fenomenalny jest ten niuans, kiedy Polak z Bułgarem płynnie przechodzą z angielskiego na rosyjski i ponownie na angielski. Druga scena jest jeszcze mocniejsza i po prawdzie zupełnie rozwalająca: po bitwie Amerykanie mówią naszemu generałowi, iż to cud, że Polacy się w owym ratuszu utrzymali, i są pełni podziwu, lecz polski heroizm musi być utajniony, gdyż w świat ma iść komunikat, że to

Wisi nad tym filmem czarna chmura świadomości, że zawsze będziemy przez naszych najlepszych sojuszników wydupczeni

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.