Wolność Kaczora Donalda (na Białorusi)

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Wojciech Orliński

Początek roku to dobra chwila do zastanawiania się nad prawem autorskim. Do domeny publicznej przechodzą właśnie dzieła stworzone przez autorów, którzy umarli w 1946 roku, czyli 70 kalendarzowych lat temu.

W tym roku to dzieła malarza Józefa Mehoffera, Feliksa Nowowiejskiego (kompozytora muzyki do „Roty”!), tłumaczki i eseistki Gertrudy Stein i przede wszystkim Herberta George’a Wellsa, autora m.in. „Wehikułu czasu” i „Wojny światów”.

Z tymi dziełami wolno teraz zgodnie z prawem robić, co tylko nam się podoba. Musimy tylko szanować tzw. prawa moralne twórców, czyli nie wolno mi na przykład opublikować „Wehikułu czasu” jako swojego dzieła.

Wolno jednak zrobić teledysk z obrazami Mehoffera, muzyką Nowowiejskiego i tekstami Wellsa i Stein (pod warunkiem że wyraźnie zaznaczymy źródła). Wolno nam także przekładać ich dzieła na nowo, wystawiać w teatrze albo po prostu rozpowszechniać w dowolny sposób.

W tym roku dzień domeny publicznej (zawsze to 1 stycznia) jest wyjątkowo interesujący nie tyle dzięki temu, kto się znalazł na tej liście, co raczej ze względu na pewnego Wielkiego Nieobecnego. Ale po kolei.

Nowocześnie rozumiane prawo autorskie zaczęło się od tzw. konwencji berneńskiej z 1886 roku, do której należą dziś prawie wszystkie cywilizowane państwa. Do 1989 nie należały do niej Stany Zjednoczone, które od zdumiewająco niedawnych czasów respektują prawo autorskie (przed 1989 zmorą popularnych brytyjskich twórców były legalne pirackie amerykańskie edycje ich utworów, z których nie dostawali ani centa).

Stany Zjednoczone ledwie dołączyły, a od razu stały się najgorliwszym obrońcą praw autorskich na świecie, a konwencja berneńska przestała im wystarczać.

Z gorliwością neofity Amerykanie wprowadzili u siebie bardziej restrykcyjne zapisy i zaczęli nakłaniać do ich przyjęcia swoich partnerów. Dotyczy to przede wszystkim czasu ochrony: to z ich inicjatywy wydłużono go do 70 lat po śmierci twórcy.

Rok 2016 przyniósł tym twórcom wyjątkowo śmiertelne żniwo. O ile więc prawo się nie zmieni, 1 stycznia 2087 będzie jednym z najlepszych dni domeny publicznej w dziejach – uwolniona zostanie twórczość Leonarda Cohena, George’a Michaela i Davida Bowie. Czy ma jednak sens, by prawa do nagranej w 1967 „Suzanne” Cohena chronić przez 120 lat? W konwencji berneńskiej ochrona jest krótsza – 50 lat. Do niedawna w USA oraz w Polsce obowiązywała jeszcze krótsza, 25 lat od publikacji. Skąd takie wydłużenie?

I tak dochodzimy do zapowiedzianego Wielkiego Nieobecnego. To Walt Disney, który zmarł w roku 1966. W krajach, w których obowiązuje ochrona 50-letnia, od 1 stycznia do domeny publicznej wchodzą Kaczor Donald i Myszka Miki!

Na liście tych krajów jest nasz bezpośredni sąsiad – Białoruś, a także m.in. Chiny, Kanada, Nowa Zelandia i znaczna część krajów arabskich, afrykańskich, latynoamerykańskich, postsowieckich i azjatyckich. Teoretycznie można by więc teraz wystawić jakieś widowisko typu „Gwiazdy Walta Disneya” i zrobić z nim światowe tournée – byle omijać Unię Europejską i inne kraje, które przyjęły wydłużoną ochronę.

Wydłużona ochrona bierze się z międzynarodowych traktatów o wolnym handlu. Przed porażką ACTA negocjowano je i podpisywano bez większego rozgłosu, ale od tego czasu stały się przedmiotem głośnych kontrowersji, jak CETA – traktat o wolnym handlu między Unią a Kanadą, który wszedł w życie tylko częściowo i został podpisany, ale nie ratyfikowany.

Na miejscu organizatora tournée „Gwiazd Walta Disneya” zacząłbym od Kanady, bo po ratyfikacji CETA wystawianie będzie już tam niemożliwe. Bo w traktacie tym będzie wydłużenie ochrony, podobnie jak np. w już przyjętym i ratyfikowanym traktacie o wolnym handlu między Unią Europejską a Koreą Południową z 2011.

Co Myszka Miki ma wspólnego z wolnym handlem? Nic. Ale gdyby te traktaty naprawdę dotyczyły tylko wolnego handlu, miałyby kilka stron, a nie kilkaset.

Negocjowano je potajemnie, a tajemnica tworzy raj dla lobbystów. Od 20 lat, czyli od kiedy zaczęła się globalizacja, lobbyści Disneya pilnują, żeby do każdego takiego traktatu dopisywać fragment chroniący Myszkę Miki, a lobbyści dowolnego Wieheisster GmbH fragment wspierający produkcję wihajstrów.

Przez 20 lat krytykowali to lewicowi antyglobaliści. Nie słuchano ich. W ostatnim roku ten temat odkryła populistyczna prawica i wygrywa wybory za wyborami. Obawiam się, że pod rządami Trumpa, Orbána i Le Pen świat pójdzie raczej w stronę ponurej fantastyki H.G. Wellsa, niż Disneylandu...

Można wystawić widowisko z gwiazdami Walta Disneya, ale lepiej omijać Unię Europejską

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.