Falangiści kultury, czyli mundurowanie dusz

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Przeczytawszy o skierowanej do artystów ankiecie Narodowego Centrum Kultury, w której padały pytania o wyznanie, wiarę w Boga oraz częstotliwość udziału w praktykach religijnych, a także o poglądy polityczne, natychmiast entuzjastycznie rzuciłem się do komputera, aby ową ankietę szczegółowo wypełnić w internecie. Niestety, okazało się, iż termin badania już minął i ankieta została ze strony Narodowego Centrum Kultury zdjęta, co wprawiło mnie w zrozumiałe przygnębienie, a wręcz w frustrację. Co prawda ankieterzy mieli też dzwonić do twórców i zadawać im owe fundamentalne pytania, ale niestety mój telefon milczał złowieszczo. A przecież ta ankieta dla mnie, absolwenta katolickiego liceum, posiadacza matury z religii i polskiego twórcy, była wręcz stworzona. Tym bardziej że padały w niej również pytania o to, czy ankietowany czuje dumę, czy wstyd z bycia Polakiem, oraz prośba o ustosunkowanie się do zdania: „Należy popierać swój kraj nawet, gdy postępuje niewłaściwie”.

Głęboko rozczarowany tym, że zostałem pominięty przez telefonicznych ankieterów oraz że nie zdołałem wypowiedzieć się na internetowej stronie Narodowego Centrum Kultury w kwestiach mych poglądów polityczno-religijnych, oraz mając jednocześnie w pamięci swoją jak najbardziej katolicką i narodową szkołę, założoną przez samego Bolesława Piaseckiego, twórcę ONR-Falanga, sięgnąłem po książkę, która wydała mi się na tę chwilę lekturą wręcz idealną. Jest to rzecz mająca swoje lata, ale niedawno wznowiona i dostępna, mam tu na myśli dzieło Jana Józefa Lipskiego „Idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego”, poświęcone ideologii i programowi politycznemu ONR-Falanga właśnie. Książkę przestudiowałem z pasją, osobliwie rozdział „ONR-Falanga a kultura”.

Plan Bola Piaseckiego i jego falangistów był w zasadzie prosty, choć nieraz bełkotliwie podawany. Katolickie Państwo Narodu Polskiego miało być totalitarne, tyle że używające przymiotnika „katolicki” i ściemniające, iż tworzone jest na wartościach chrześcijańskich, jednakowoż od Ewangelii jak najdalej się trzymające. Kościół wedle falangistów miał być wojujący, a nie miłujący, nie należało wyciągać z lektury Ewangelii pochopnych wniosków i wyznawać humanitaryzmu i miłości bliźniego. Kościół katolicki nie protestował przeciw idei „katolickiego nacjonalizmu”, zdaje się, że nie oburzał się głośno na takie oto przemyślenia publicysty Kwasieborskiego: „Zaprowadzenie w przyszłej Polsce obozów koncentracyjnych dla elementów żydowsko-bolszewickich nie sprzeciwiałoby się zasadom moralności katolickiej”. Szło za tym mocne przekonanie, że „totalitaryzm nie jest sprzeczny z katolicyzmem”.

W Katolickim Państwie Narodu Polskiego tylko jedna partia miała pozostać na scenie, nazwana Organizacją Polityczną Narodu, istnienie opozycji nie było brane pod uwagę, podobnie jak i wszystkich tych, których Falanga za Prawdziwych Polaków nie uznawała. Na czele jednej jedynej partii stać miał jeden jedyny wódz, a wszystko wodzowi musiało być podległe: prezydent, premier, ministrowie, cała administracja państwowa. Wódz dawał wytyczne, prezydent, premier, ministrowie mieli ślepo wykonywać. Nie dla dobra wodza, ma się rozumieć, ale dla dobra Wielkiej Polski. W dziedzinie gospodarczej każdą instytucję trzeba było scentralizować, upaństwowić i repolonizować – banki, handel, fabryki, rolnictwo, przyrodę, kulturę, tutaj też najmniejsze odstępstwa nie wchodziły w grę, jedna jedyna partia kontrolować miała wszystkie aspekty życia Polaków.

Falangiści szczerze nienawidzili demokracji parlamentarnej, w jej miejsce proponowali ideokrację, czyli rządy ideologii, inaczej nazywając to totalizmem. Tyle że polski totalizm miał być radykalnie katolicki – geniusz falangistów przewidywał dla Polski rolę państwa opresyjnego i wyznaniowego, gdyż „państwo totalne z natury swojej jest oparte o religię, lub też jego ideologia staje się religią”. Doskonała Polska miała być otwarcie dogmatyczna i nietolerancyjna, co falangiści mówili wprost, subtelności retoryczne z pewnością nie były ich słabością. Z lektury wyraźnie wynika, że byli to ludzie wykształceni, bynajmniej nie prostacy, w pewnym stopniu może nawet kulturalni, dobrze wychowani, niewykluczone, iż w relacjach towarzyskich nawet sympatyczni, lecz w programie swoim, w planach, w publicystyce bezwzględni, brutalni, bezlitośni, najmniejszych odstępstw od dogmatu niedopuszczający. „Naród nasz musi być jednolitym i zgodnym w poglądzie na zasadnicze sprawy swego życia, musi posiąść wiarę w bezwzględne prawdy religijne, moralne i społeczne” – głosił falangistowski myśliciel Kwasieborski. „W dziedzinie kultury koncentracja władzy polegać miała na absolutnym podporządkowaniu wychowania, oświaty, sztuki, literatury, filozofii, nauki jednej obowiązującej ideologii i kontroli monopartii” – pisze Lipski. Była to „misja dziejowa Polski”, a jej podstawą, krokiem zasadniczym miało być – jakże to poetycko brzmi – „umundurowanie dusz” oraz „podporządkowanie się twórcy moralności i prawdom bezwzględnym”. Kultura miała być wyłącznie nacjonalistyczna i katolicka, innej nie brano pod uwagę, inna miała być zakazana, a nie dość polscy artyści z Polski wyrzuceni.

Posiadali falangiści swoje paranoiczne obsesje z kulturą związane, a dokładniej z pisarzami pochodzenia żydowskiego, na punkcie Słonimskiego, Tuwima i Leśmiana zupełny odjazd mieli, na ciężką histerię cierpieli, Słonimskiemu wręcz polskie obywatelstwo chcieli odebrać, bo Słonimski „lżył naród, armię i nie chciał niepodległej Polski”. Zresztą lista znienawidzonych przez katonacjonalistów jest imponująca i każdy by się chciał znaleźć w takim gronie: Andrzejewski, Iwaszkiewicz, Dąbrowska, Schulz, Boy-Żeleński. Nawet jazzu nienawidzili, bo „murzyński”. W swoim bezbrzeżnym kretynizmie falangiści przekonywali, że o wiele większym dla Polski zagrożeniem niż Niemcy i Sowieci są Żydzi – dla przypomnienia: wypowiedzi te miały miejsce tuż przed wrześniem 1939 roku.

Każdy, kto był twórcą niezależnym, swoimi artystycznymi ścieżkami podążającym, automatycznie stawał się wrogiem polskości i zdrajcą. Albowiem „kultura polska musi być samodzielna. Wszelkie wpływy obce muszą być zniszczone”. Droga do tego w zasadzie była prosta, komisarze polityczni ONR-u uważali, że „zasadniczym kierownikiem narodowo-radykalnej polityki kulturalnej musi być państwo”. Państwo, partia, wódz narodu decydować będą, kto na bycie artystą zasługuje, kto zaś miana tego pozbawiony być powinien. „Teren twórczości artystycznej wymaga dwojakiego działania: uporządkowania i kontrolowania. Działanie kontrolujące trwać będzie stale” – marzył myśliciel Kopczyński, dodając, iż „literatura agitacyjna zajmie miejsce amoralnej”. Narzędzia do realizacji tego programu były znane i nienowe: cenzura, indoktrynacja i propaganda.

Nie zdążyli falangiści przeprowadzić swojej rewolucji moralnej, zbudować Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, bo wcześniej Polskę rozszarpały na strzępy dwa naprawdę poważne i potężne totalitaryzmy – sowiecki i nazistowski. Jak wiadomo, wielu z byłych geniuszy ONR-u, przed wojną zajadłych antykomunistów, w Polsce Ludowej zostało dobrymi komuchami. Katolickimi oczywiście.

Wielu z byłych geniuszy ONR-u, przed wojną zajadłych antykomunistów, w Polsce Ludowej zostało dobrymi komuchami. Katolickimi oczywiście

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.