Z Davidem Kilgourem, aktywistą, i Davidem Matasem, prawnikiem, którzy zbadali nielegalny handel organami ludzkimi w Chinach, rozmawia Maciej Czarnecki

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Made In China -

Nieco ponad 10 lat temu była żona pewnego chińskiego chirurga, występująca pod pseudonimem „Annie”, wygłosiła w Waszyngtonie przerażające oświadczenie. David Kilgour: Zdradziła, co opowiadał jej mąż – że od 2001 do 2003 roku usunął rogówki 2 tys. żyjących ludzi praktykujących Falun Gong [tępiona przez władze chińskie praktyka doskonalenia ciała i umysłu przez ćwiczenia fizyczne i medytacje]. Po zabiegach zabierano tych ludzi do innych chirurgów, którzy usuwali im kolejne organy.

Według jej relacji niektórzy żyli, gdy wrzucano ich do pieca w krematorium. D.K.: Jej mąż zarobił równowartość setek tysięcy dolarów. W końcu oboje opuścili kraj, a ona zdecydowała się przerwać milczenie.

David Matas: Wkrótce nowa organizacja pozarządowa pod nazwą Koalicja na rzecz Badania Prześladowań Falun Gong zaczęła naciskać na Komisję Wykonawczą Kongresu USA ds. Chin, by coś z tym zrobić. Komisja odpowiedziała, że potrzebne jest niezależne śledztwo. Wtedy członkowie Falun Gong zgłosili się do nas. Zaczęło się nasze dochodzenie.

Co wykazało?

D.K.: Że chiński rząd od 2001 roku zabija praktykujących Falun Gong. To było jedyne wytłumaczenie, jakie mogliśmy znaleźć dla 41,5 tys. przeszczepów organów w latach 2001-05. Oparliśmy je na 33 różnych rodzajach dowodów, np. zeznaniach świadków, danych z chińskich szpitali. Byłem przez 10 lat prokuratorem, więc wiem coś o dowodach. Badamy tę kwestię od ponad dekady i wciąż zgłaszają się do nas nowi ludzie, np. ci, którzy wydostali się z obozów pracy i udało im się wyjechać z Chin.

Obozów?

D.K.: Miejsc, w których więźniowie muszą pracować przymusowo – robić zabawki albo świąteczne dekoracje. Członkowie Falun Gong opowiadali, że tylko im regularnie pobierano krew i badano ich, by sprawdzić jakość organów.

Dlaczego akurat im?

D.K.: W 1992 roku Falun Gong właściwie jeszcze nie istniało. Siedem lat później ćwiczenia i medytację uprawiało już od 70 do 100 mln ludzi – tak mówiły dane chińskiego rządu.

Więcej, niż liczy Komunistyczna Partia Chin. D.K.: I to był problem. Sekretarz generalny partii i przywódca państwa Jiang Zemin nie darzył też zbytnią sympatią głównych wartości tej praktyki: prawdy, życzliwości i cierpliwości. Napięcia doprowadziły w kwietniu 1999 roku pod siedzibą partii do pokojowej demonstracji praktykujących Falun Gong, co skłoniło państwo do wypowiedzenia im trwającej do dziś wojny.

Pekin powtarza, że należą do sekty. To oczywiście nieprawda. Byliśmy w 50 krajach, rozmawialiśmy z wieloma praktykującymi. To godni podziwu, pokojowo nastawieni i zdrowi ludzie. Sąd w Quebecu wprost orzekł, że Falun Gong to nie sekta. Ale chińska propaganda jest bardzo skuteczna.

Mam znajomego, który przez parę lat pracował w Pekinie. Pewnego razu oprowadzał matkę po placu Tiananmen. Byli z przewodnikiem. Gdy ktoś wspomniał o Falun Gong, ten się żachnął: „Ach, to ci, co jedzą dzieci?”. W tej części Europy świetnie wiecie, że taka propaganda powtarzana non stop może przynosić efekty.

Na celowniku Pekinu jest tylko Falun Gong?

D.K.: Głównie. Ale organy bywają przymusowo pobierane także od tybetańskich buddystów, Ujgurów [wyznająca islam mniejszość spokrewniona etnicznie z Turkami] i chrześcijan z nieoficjalnego tzw. kościoła domowego. Pisał o tym Ethan Gutmann, który przeprowadził własne dochodzenie i w 2014 roku opublikował książkę na ten temat.

Powiedział pan, że „wojna” nadal trwa.

D.M.: Chiny nigdy nie przyznały się do wykorzystywania jako dawców więźniów sumienia. Przyznały się do pobierania organów od skazanych na karę śmierci, ale twierdzą, że to już przeszłość. Rzekomo korzystają tylko z dobrowolnych dawców.

D.K.: Ale to nieprawda.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.