Zbigniew Lew Starowicz, psychiatra, seksuolog

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Fotoreportaż -

odpowiadała: „Ty mi przyjaźni na pieniądze przeliczać nie będziesz”.

Zarobiła na „Sztuce kochania”?

– Trudno powiedzieć, chociaż chyba nie myślała wtedy, żeby zabezpieczyć się na przyszłość. Przez ostatnie lata utrzymywała się ze skromnej emerytury, która nie wystarczała na życie.

To dlatego wystarał się pan dla niej o dodatkowe świadczenia?

– Tak, przy wsparciu Izy Jarugi-Nowackiej, która wówczas była wicepremierem, udało nam się uzyskać świadczenie, ale Michalina zmarła. Była najtragiczniejszą postacią z kręgu moich bliskich znajomych. Pod koniec życia była bardzo samotna, uważała, że zawaliła wiele spraw, miała poczucie, że nie sprawdziła się w roli matki. Uważam jednak, że matka z córką kochały się bardzo, chociaż ich relacje były trudne. W trakcie badania dużo rozmawiała z pacjentkami. „Masz jakiegoś chłopaka?” – pytała. „Tak, tak” – odpowiadała nastolatka. „To pewnie jest bardzo fajny” – drążyła Wisłocka. Przeważnie dziewczyny mówiły: „Nadzwyczajny on tam wcale nie jest, nalega i domaga się”. Michalina na to: „A ty nie bardzo lubisz?”. „Widzi pani, ja żadnej przyjemności nie mam” – zwierzały się. Niektóre mówiły, że je boli, inne bały się ciąży. „To ja nie bardzo rozumiem, dlaczego ty to robisz” – zastanawiała się Michalina. Często wizyty kończyły się tym, że umawiały się i dziewczyna miała przyprowadzić chłopaka, aby Wisłocka oceniła, czy warto się z nim zadawać. Większość „narzeczonych” odmawiała, ale niektórzy przychodzili. Rozmawiała z nimi o niebezpieczeństwach, pytała, jakie mają wartości. Bardzo często dziewczyny przychodziły po środki antykoncepcyjne, a po wizycie rezygnowały. Decydowały, że poczekają jeszcze z seksem.

Skuteczna metoda, w odróżnieniu od tego, co działo się w poradniach przy parafiach. Tam można było tylko usłyszeć, że nie wolno, bo niemoralne, że spłoniesz w ogniu piekielnym! Takie argumenty zupełnie nie trafiały do młodych. Michalina nie wywierała nacisku, sprawiała, że w ich głowach pojawiała się refleksja. Ceniłem ją za to i bardzo poważałem. Miała misję.

– Absolutnie. Większość lekarzy spieszy się i załatwia pacjentów w sposób uproszczony, a porady Wisłockiej trwały zawsze długo. Była skrajnie tolerancyjna i otwarta na wszelką tematykę, ale nie zajmowała się homoseksualizmem, nie interesowało jej to.

Dlaczego Polacy tak łapczywie czytali „Sztukę kochania”?

– Nikt wcześniej tak nie pisał o technikach seksualnych. „Sztuka kochania” pokazała, że o seksie można mówić otwarcie, dała Polakom mnóstwo wiedzy. Jednak do końca nie rozumiem fenomenu tej książki, wygląda na to, że Wisłocka trafiła w potrzeby rodaków. Wcześniej dostępne było „Małżeństwo doskonałe” Theodora Hendrika van de Veldego z 1926 roku i „Małżeństwo niemal doskonałe” Mikołaja Kozakiewicza z 1973 roku. „Sztuka kochania” to był bestseller absolutny. O tej książce mówili wszyscy. Jedni ze zgrozą, inni z aprobatą.

A dziś jak jest z naszymi potrzebami?

– Od 20 lat jestem na emeryturze, więc moja opinia jest zupełnie niemiarodajna, ale gdy Wisłocka doznała „strzelistych orgazmów”, ale nie za sprawą męża. Po rozwodzie kilka razy była w związku, wybrała jednak samotność.

– Zarobiła mnóstwo pieniędzy, a umierała w biedzie. Mam do siebie pretensje, że mało jej pomogłem. Mogłem poprosić kolegów, abyśmy co miesiąc zrzucali się i przesyłali jej pieniądze. Mieszkałem wtedy na wsi, w Beskidzie Niskim, do Warszawy przyjeżdżałem sporadycznie, a jak już byłem, nie miałem czasu. Rozmawialiśmy przez telefon, ale to za mało. Podobno miał pan mały gabinecik tuż obok pokoju, w którym przyjmowała Wisłocka.

– Pracowaliśmy razem w Towarzystwie Planowania Rodziny, które później zmieniło nazwę na Rozwoju Rodziny. Przyjmowaliśmy pacjentów przy ulicy Karowej. To była znajomość zawodowa, ale spotykaliśmy się przy herbatce i rozmawialiśmy na rozmaite tematy. Była gadułą. Mówiła dużo, wyraziście, mocnym głosem, bardzo często używała zdań twierdzących. Podczas rozmowy niełatwo było dorwać się do głosu.

Rywalizowaliście ze sobą?

– Nie. Mieliśmy trochę inną publiczność. Do mnie przychodziły osoby z zaburzeniami seksualnymi, które miały już zdefiniowany problem. Wisłocka była ginekologiem, specjalistą od cytologii, zajmowała się leczeniem bezpłodności i antykoncepcją, więc jej pacjentkami nie były osoby, które chciały się leczyć z powodu braku orgazmu. Jednak podczas wizyt dużo rozmawiała z kobietami o ich życiu – Mimo że ta książka kreowała pozytywne postawy wobec seksu i na pewno wielu ludziom, zarówno tym starszym, jak i młodszym, przydała się w ich doświadczeniach damsko-męskich.

Dziś zarzuca się Wisłockiej, że usprawiedliwiała przemoc seksualną. W „Sztuce kochania” można przeczytać, że chłopcy nie potrafią kontrolować poziomu napięcia seksualnego, dlatego dziewczęta nie powinny chodzić z nimi w odludne miejsca.

Może warto wyciąć podobne stwierdzenia ze współczesnych wydań.

– Nie można cenzurować autorki! Żebyśmy z jednej skrajności nie popadli w drugą. Z moich badań wynika, że 12 procent kobiet było ofiarami przemocy seksualnej. To dużo. Mężczyzn nic nie usprawiedliwia, ale warto czasami uświadomić młodym dziewczynom, jak się sprawy mają. Powiedzmy szczerze: tylko pewien procent kobiet ma pożądanie spontaniczne, większość – reaktywne. Zazwyczaj te młode nie są jeszcze seksualnie rozbudzone i dopiero po długim czasie trwania pieszczot zaczynają coś odczuwać – pojawia się w nich fala namiętności. U młodych facetów, nabuzowanych testosteronem, popęd jest tak duży, że wszystko kojarzy im się z seksem. Nie wytrzymują, masturbują się, a latem, gdy kobiety noszą mniej zabudowane bluzki czy sukienki, trudno jest im nawet patrzeć na nauczycielkę.

Jednak pan ich usprawiedliwia.

– Tłumaczę. Jak młodzi wylądują w ciemnym miejscu i on czuje pociąg do dziewczyny, a jeszcze dojdzie do pocałunku, to chłopak traci panowanie nad sobą. Oczywiście nic go nie usprawiedliwia, ale trzeba edukować dziewczyny i nie zaszkodzi dać komunikat: „Moja droga, nie pchaj się tam, gdzie ci grozi niebezpieczeństwo, możesz być zaskoczona tym, co ci ten ukochany chłopak zrobi”. Bardzo często nastolatki są zdziwione, bo on był taki czuły, ładny kwiatek przyniósł.

Czyli Wisłocka nie usprawiedliwiała mężczyzn.

– Oczywiście. Nie traktowała kobiet wiktymologicznie, że same się proszą – nie, tylko uczulała na inność płci. Bardzo często ją podkreślała.

Proszę sobie wyobrazić, że na Uniwersytecie Warszawskim w ramach gender studies na temat Wisłockiej napisano pracę magisterską, a może doktorską, nie pamiętam już dokładnie, w której autorka nie zostawiła na niej suchej nitki. Zarzuciła jej, że nie tylko powielała, ale wręcz utrwalała stereotypy płci, i cały czas udowadniała, że Michalina była bardzo tradycyjna.

A u pana ktoś pisał magisterkę o Wisłockiej?

– Gdy prowadziłem zajęcia dla studentów i lekarzy, to jej nazwisko nic im nie mówiło. Wyparowało. Może dzięki filmowi, który wkrótce wejdzie do kin, znów będzie o niej głośno. Poza opowieścią o jej niecodziennym życiu osobistym...

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.