Piękne samobójstwo, czyli prawda o potopie

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Mój przyjaciel z lat szkolnych bardzo lubił czytać, ale czytał wyłącznie trzy książki, a były to „Ogniem i mieczem”, „Potop” i „Pan Wołodyjowski”. Inne lektury jego umysłu nie zaprzątały, jedynie „Trylogia” była u niego na warsztacie. Kiedy kończył kolejną lekturę „Ogniem i mieczem”, zabierał się natychmiast do „Potopu”, gdy „Potop” kończył po raz piętnasty bądź pięćdziesiąty, sięgał po „Pana Wołodyjowskiego” – jego życie było zatem niebywale wręcz uporządkowane. Poglądy na Polskę i polską historię wyłącznie mu Sienkiewicz konstruował. Nasze dzieje widział mój kolega jako krwawe pasmo nieustannych wojen, straszliwych, ale jakże barwnych i pociągających. Te okresy, które naznaczone nie były ani dojmującymi klęskami, ani oszałamiającymi zwycięstwami, zupełnie go nie interesowały. Nie mówię, że byłem diametralnie inny, co prawda akurat nie na Sienkiewicza mitrężyłem czas, jednakowoż wiek XVII uważałem za okres w dziejach Rzeczpospolitej najwspanialszy. Miała o tym świadczyć liczba wojen, nieustannie prowadzonych ze wszystkimi sąsiadami, rozliczne bitwy, husarskie szarże, zagony lekkiej jazdy – to mnie kręciło. Na koniec tego wyznania zaznaczam, że byłem wówczas w wieku szkolnym. Swoją niedojrzałość ówczesną dlatego na adwokata biorę, że z takich sienkiewiczowskich zachwytów powinno się wyrastać, niestety obawiam się, że nam nie tylko umiłowanie tych rozdziałów historii, które do ostatecznego upadku Rzeczpospolitej doprowadziły, nie przeszło, ale że szum husarskich skrzydeł w głowach zupełnie już zamieszał i obłęd postępuje. Z wiekiem pojąłem wreszcie, że jeśli o złotym wieku w dziejach Rzeczpospolitej mówić mamy, to nie o czasach Kmiciców, lecz o stuleciu wcześniejszym – płonę ze wstydu, że takie banały pisać muszę. Wiek XVI był czasem największej potęgi Polski, potęgi politycznej, militarnej, ekonomicznej, kulturalnej wreszcie, co więcej – była wówczas szansa wyrwać się z kajdan katolicyzmu. Gdyby reformacja w Polsce zwyciężyła, być może Rzeczpospolita by nie zabrała się do rozłożonego na dwa wieki samobójstwa. Nie wiem, spekuluję, ale biorę pod uwagę możliwość, że przejście na protestantyzm mogło nas uratować. Jeden feler ma Polska renesansu: nie było potopu, nawały tureckiej, powstania Chmielnickiego, rozkładu Rzeczpospolitej, a przecież tylko upadek Rzeczpospolitej nas patriotycznie nakręca. Spokojnie – będzie jeszcze niejeden upadek Polski, proszę o trochę cierpliwości.

Opowiadam tu o tym, gdyż szum skrzydeł husarskich słysząc ze wszystkich stron, poświęciłem się nowości książkowej, mianowicie sienkiewiczowskie bajania demitologizującej pozycji Stanisława Leśniewskiego „Potop. Czas hańby i sławy 1655-1660”, dziełu brawurowo niczym akcje Kmicica napisanemu, ale powagi historycznej na moment nie tracącemu. Dziełu, które pierwsze symptomy wielkiego upadku Polski opisuje, pokazując – co zresztą każdy, komu ów szum husarskich skrzydeł zupełnie w głowie nie pomieszał – że droga Polski od prawdziwej potęgi do ostatecznego upadku była długa i barwna, ale zaczęła się właśnie wówczas. Nie mówię, że to jest odtrutka na Sienkiewicza, bo z Sienkiewicza naród Lachów nigdy w pełni się nie wyleczy, mówię, że czytać to należy jak powieść, tyle że dokumentalną.

Nieszczęścia Polski nie od potopu się zaczęły, ale od kiedy Wazowie na tron wkroczyli, zabierając się do demontażu imperium przez Jagiellonów i Batorego zbudowanego. Obłąkańczy fanatyzm katolicki Zygmunta III Wazy, ładującego Polskę w wojny z heretykami o szwedzką koronę, tego Zygmunta, który z wielkim krzyżem stoi na placu Zamkowym, doprowadził do katastrofy. Katastrofy nie z dnia na dzień, oczywiście, ale katastrofy, która ostatecznie państwo polskie z mapy świata wymazała, pierwej robiąc z Polski „polityczny podnóżek Rosji”, jak pisze Leśniewski.

Na dyplomatyczne gry i rokowania wysyłano zupełnych ignorantów, których przekręcić było wielce łatwo. Polska grała wysoko, żadnych mocnych kart w ręku przy tym nie mając. Tam, gdzie wojny można było uniknąć, tam dzięki nieudacznej polityce władza w wojnę brnęła pewna swych przewag – osobliwie przewag ducha i wiary. Im większe były szanse uniknąć nieszczęścia, tym usilniej Polska ku nieszczęściu kroczyła, zrażając do siebie całą niemal Europę. W radosne osamotnienie popadając, ale za to gardłując o godności i pusząc się niebywale. Król polski i jego dyplomaci popisywali się arogancją i lekceważeniem przeciwników, zapominając, że z klasowymi zawodnikami mają do czynienia, bronią polskich polityków były pyszałkowatość, tupet, buta, pusta retoryka. Niefrasobliwością tego nazwać się nie da, lecz jedynie bezbrzeżną głupotą, a można było – jasno z książki Leśniewskiego wynika – skierować impet Szwedów na Moskwę, doprowadzić do tego, by najwięksi wrogowie Polski między sobą się wyrzynali, miast wspólnie Rzeczpospolitą na kawałki rozszarpywać. Jednocześnie im bardziej Szwedzi, Rosjanie i wszyscy inni wrogowie wokół armie wzmacniali i modernizowali, tym bardziej Polska swoją armię własnymi rękami rozwalała, zarazem w dumę z urojonej potęgi się wbijając.

Gdy już Szwedzi weszli do Polski, nawet na początku bitew wygrywać ani miast zdobywać nie musieli, bo im się całe pospolite ruszenie – taka ówczesna obrona terytorialna – poddawało bez wystrzału. Nie o tchórzostwo nawet chodziło, ale o bezhołowie niebywałe, bajzel rewelacyjny, ale nie to jeszcze najbardziej przeważające było. Otóż Polacy swego króla nienawidzili i nawet obcą interwencję chlebem i solą witać byli gotowi, byle z tronu zrzuciła zapiekłego nieudacznika. Jan Kazimierz w jednym był mistrzem, mianowicie w mnożeniu konfliktów, z kim tylko się dało. Ściślej mówiąc: miał król Polski z powodów charakterologicznych kosę ze wszystkimi.

Król był chowu jezuickiego, jezuici jego światopogląd kształtowali, w ogóle jezuici wpływ mieli na modelowanie polskich królów tamtego czasu, przeanielony przez Sienkiewicza Jan Kazimierz był dosłownie niedoszłym jezuitą. Królem był tragicznie nieudolnym, którego rozliczne nieszczęścia dopadły, na „wiele z nich sobie zapracował swoim postępowaniem nacechowanym jakże często zawiścią, zadufaniem, nietolerancją, brakiem wyobraźni i najzwyklejszą głupotą” – pisze Leśniewski. Marna w tym pociecha, że po wszystkich wojnach Polskę demolujących abdykował.

Wniosek da się z tego wyprowadzić taki, że najdonioślejszym wyczynem Jana Kazimierza były sławne śluby lwowskie, gdy Matkę Boską koronował na królową Polski, co – jak powiada za Jasienicą Leśniewski – zapoczątkowało utożsamienie Polaka z katolikiem, rozpętało rżnięcie innowierców, wpędziło kraj w odmęty zabobonu religijnego, w przyszłości prowadzić miało od klęski do klęski. Po prawdzie od tego momentu nie państwo polskie było najważniejsze, ale Kościół katolicki. Jak nie zabito, to z kraju wygoniono wykształconych protestantów, a „państwo na własne życzenie pozbyło się ogromnego kapitału twórczego i intelektualnego, który nosili w sobie arianie, częstokroć ludzie świetnie wykształceni, artyści, myśliciele, doskonali rzemieślnicy”.

Od tego czasu zawsze, gdy władza opiekę nad Rzeczpospolitą oddaje Matce Boskiej bądź Królem Polski robi Jezusa Chrystusa, straszne zapowiada to konsekwencje.

Na dyplomatyczne gry i rokowania wysyłano zupełnych ignorantów, których przekręcić było wielce łatwo. Polska grała wysoko, żadnych mocnych kart w ręku przy tym nie mając

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.