Aleksandra Pezda

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Przemoc Domowa W Dobrym Domu -

Kłóciliście się?

– Nie raz. Krzyczałem: „Ty stary Żydzie! Ty wstrętny, głupi konferansjerze!”. A on: „Ty pańszczyźniany chłopie z Kowala!”. O tak – były między nami kontrowersje. Tylko po to, byśmy za chwilę wysyłali do siebie pocztówki. I nigdy mnie nie dotknął tak, żebym cierpiał. Zresztą – kiedy próbował, to już mnie raczej śmieszyło.

Jak się poznaliście?

– Pamiętam to bardzo dobrze, jak dziś. Był 1965 rok. Wszedłem do Piwnicy pod Baranami i słucham – a tu Piotr Skrzynecki dedykuje mi piosenkę. Bywałem tam wtedy częściej, ale raczej zostawałem przy barze, nie znaliśmy się wcale. Wtedy akurat zagrałem kapitana Wyganowskiego w „Popiołach” Andrzeja Wajdy. To był mój debiut filmowy, myślałem zresztą, że bardzo zły. Tak naprawdę oczekiwałem, że kiedy dyrektor Starego Teatru zobaczy ten film, zwolni mnie, bo po co miałby takiego kiepskiego aktora trzymać. No, ale okazało się, że ta rola wypadła całkiem dobrze, a nawet bardzo dobrze – spodobała się więc i panu Piotrowi, i dlatego mnie zauważył. Powiedział ze sceny: „Ta piosenka jest dla pana Jana”, i tak już między nami zostało – przez 30 lat byliśmy per pan. Dla żartu? Dzieliło was raptem kilka lat.

– To nie był żart, my się wtedy tak nie „tykaliśmy” po amerykańsku szczęście doświadczyć wyłącznie przyjaźni. Kropka.

Kiedy umarł, ponad cztery lata pisałem do niego listy, bo nie mogłem sobie dać rady z tęsknotą za naszymi wieczorami, nocami i porankami. Nie mogłem się po śmierci pana Piotra odnaleźć.

Co w tej relacji było niezwykłego?

– To był wspaniały czas Starego Teatru. Miałem szczęście, że po szkole tam wylądowałem, a potem jeszcze film... I pan Piotr miał ogromny w tym udział. Nie, żeby mnie polecał do jakichś ról, ale dlatego, że rozmawialiśmy ze sobą. O wszystkim. To mnie rozwijało, mam nadzieję, że w drugą stronę było podobnie.

Pan Piotr był narkomanem rozmowy i przez to miał wpływ na mój odbiór świata i na moje decyzje.

Czym się różniliście?

– Głównie tym, że miałem ogromną dyscyplinę, a on nie. Pan Piotr był ptakiem, a ja – po prostu człowiekiem. Zawód aktora wymaga ciężkiej pracy. A zresztą – każdy zawód tego wymaga. Co innego pan Piotr – on pracował w sposób niezauważalny. Więc było tak: piliśmy do siódmej rano, ja wiedziałem, że potem będę musiał iść na próbę, uciekałem więc spać. A on stawał pod moim oknem i wrzeszczał: „Mieszczanin, mieszczanin, on już idzie spać!”.

Co znaczy, że był „narkomanem rozmowy”?

– Na przykład: zaczynaliśmy rozmowę wieczorem, jak wracaliśmy z Budapesztu pociągiem, kontynuowaliśmy w południe, jadąc do Krakowa, potem jeszcze raczej negacja. On chyba jednak nie cenił mojego aktorstwa, ale mnie to nie przeszkadzało.

Jak to? Nie zależało panu na jego zdaniu?

– Stosowaliśmy zasadę, żeby się sobie nie narzucać. Zarówno na początku, jak i z biegiem lat. Nie chcieliśmy być przykładem na powiedzenie, że „prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”. Obaj nie cierpieliśmy tej definicji. Przyjacielowi trzeba dawać swoją lepszą część, a nie gorszą, nie jojczyć: pomóż mi.

To komu można „jojczyć”?

– No dobrze. Gdyby mi się zdarzyło coś dramatycznego, nie wiem – no gdybym np. potrącił człowieka autem. Gdybym zrobił coś, z czym naprawdę nie mógłbym sobie poradzić, i chciałbym się komuś z tego zwierzyć, myślę, że jednak poszedłbym z tym do pana Piotra. Bo on wszystko potrafił wyśmiać i wykpić. Pamiętam, kiedyś w Budapeszcie spotkaliśmy staruszkę – taką zgiętą w pół, szła z głową przy chodniku. Mówię: „Niech pan zobaczy, jaka biedna”. On na to: „Dlaczego?”. „Bo nie ogląda słońca”. A pan Piotr odpowiedział: „Wystarczy jej podłożyć nogę, a zobaczy”.

...no, może wyśmiał tę pana litość?

– Nieee, on miał taki czarny humor. Tak naprawdę bardzo szanował starych ludzi, lubił ich. Ale był zdystansowany do życia. Kiedy umierał, przestałem go odwiedzać. Byłem absolutnie przekonany, że nie chciał, abym go oglądał w tym stanie.

Nie chciał go pan ratować od nałogów, które go zabijały?

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.