Emanuelem Kulczyckim, który wraz z zespołem obnażył działania naukowych oszustów, rozmawia Natalia Mazur

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Prowokacja Na Uczelni -

Skąd się wzięła Anna O. Szust?

– Na ten pomysł wpadł Piotr Sorokowski, psycholog. Zajmuję się komunikacją naukową i uznał mnie za kogoś, kto potrafi skonstruować postać fikcyjnej i niekompetentnej naukowczyni. Do zespołu dołączyły jeszcze psycholożki: Agnieszka Sorokowska i Katarzyna Pisanski. Najpierw opracowaliśmy CV dr hab. Anny Olgi Szust: miała być Nikodemem, jak Dyzma, a kobietą stała się przypadkiem. Zakładaliśmy, że będzie odbierać telefony, i w tę rolę miała wcielić się Agnieszka Sorokowska, by grać absolutnie beznadziejnego naukowca. Bo nie można zajmować się sportem, seksualnością, metodologią i historią. Wydaje się też niemożliwe, by w normalnym świecie taka osoba została wybrana na redaktora naczelnego porządnego czasopisma naukowego. A taką dostała propozycję. Wasza O. Szust napisała np. artykuł „Dorosłe samice (homo sapiens) urodzone wiosną są bardziej atrakcyjne fizycznie” i swoją kandydaturę zgłosiła na redaktora 360 redakcjom.

– CV Anny wysłaliśmy do czasopism z trzech grup. Do renomowanych, najczęściej cytowanych; do czasopism, do których każdy może zajrzeć za darmo, też z reguły bardzo dobrych, i do pism zwanych drapieżnymi, które potencjalnie istnieją tylko po to, by zarabiać. Redakcja takiego pisma proponuje naukowcom: napisz artykuł, zapłać, wydrukujemy cię bez rzetelnej recenzji, a ty dostaniesz naukowe punkty za publikację. Dobre czasopismo nie musi prosić o teksty, bo ze stu zgłoszonych publikuje pięć.

Odpowiedzi, które przychodziły do Anny, dały nam dużo naukowej radości. Byliśmy zdziwieni, że po kilkunastu minutach można dostać propozycję zostania redaktorem.

Z 48 pism, które odpowiedziały pozytywnie, osiem to czasopisma z otwartym dostępem, reszta to drapieżne. Szust miała werbować dla nich kolejnych autorów i dostawać za to pieniądze.

– Ktoś wykorzystał jej nazwisko i zaczęła żyć własnym życiem. Została redaktorką w czasopismach, do których nie aplikowaliśmy, członkiem komitetów organizacyjnych konferencji naukowych. Najlepsze redakcje jej nie przyjęły – to jest optymistyczne, ale drapieżne czasopisma zamieszczają teksty, które przez laików traktowane są jak ekspercka wiedza. Zrównują poważnych naukowców z szarlatanami, tworzą grunt dla antynaukowych ruchów. Cynicy wykorzystują te czasopisma, by rozdmuchać swój dorobek. Polscy naukowcy lubią się przedstawiać: prof. Jan Kowalski, autor 300 publikacji. Na Zachodzie uczony raczej napisze: prof. John Doe, współtwórca X. I poda jedno, dwa osiągnięcia.

Są też badacze, którzy dali się wprowadzić w błąd. Drapieżne czasopisma upodabniają się do renomowanych: jeśli uznane pismo nosi tytuł „American Journal for…”, podróbka nazwie się „American Journal of…”. Są czasopisma uprowadzone – drapieżna firma wypatruje dobrych czasopism, które nie mają e-wydania, by je skopiować w sieci.

Naukowcy, którzy dali się wpędzić w pułapkę, są zrozpaczeni. Publikując tekst w porządnym piśmie, zdobyliby uznanie i punkty. Swoją drogą to niepokojące, że ludzie, którzy mają nauczać innych, nie potrafią weryfikować źródeł.

Jak rozumieć tych cyników?

– Co kilka lat musimy się rozliczać z dokonań. Kiedy zbliża się ocena wydziału czy instytutu, każdy naukowiec musi mieć na koncie przynajmniej jedną publikację. Inaczej wpadnie w kategorię N0 i przyniesie swojej jednostce punkty ujemne. Przyciśnięty do muru wysyła tekst do drapieżnego czasopisma.

Nie wstyd mu przed środowiskiem?

– Widzi, jak wygląda system, i potrafi się w nim odnaleźć. Niejeden rektor lub dziekan powiedział mi: „Sam zachęcam podwładnych, by tak robili. Wiem, że to nieetyczne, ale od oceny zależy, ile dostaniemy pieniędzy”. Rektorzy nie są niemoralni, wadliwy jest system. Badacze są zachęcani: publikujcie w „Science”, w „Nature”, dostaniecie dużo punktów. Ale skoro za pięć tekstów u drapieżnika dostanę tyle samo punktów, to po co się wysilać?

Nie ma mechanizmu, który by zniechęcał do takich wyborów?

– W Polsce punkty z kiepskich wydawnictw można wymienić na pozytywną ocenę pracowniczą, awans naukowy, habilitację, profesurę. Ale gdybym poszedł z nimi do Narodowego Centrum Nauki, usłyszałbym: „Pan nie ma na koncie żadnej porządnej publikacji naukowej!”. W NCN trzeba się pokazać z publikacjami uznawanymi w świecie. Są jeszcze drapieżne konferencje naukowe.

– Firmy, które je organizują, żerują na doktorantach. Biorą pieniądze za udział, ale te konferencje nie mają żadnego znaczenia naukowego. Ogłaszają: przyjedź na konferencję, opublikujesz wszystko, drugi artykuł 50 proc. taniej. Jeden po drugim występują prawnik, chemik, fizyk, filozof. Każdy ma 15 minut, nikt z nikim nie dyskutuje. Pytam doktoranta: na pewno chcesz mieć to w CV?

Na takie konferencje nie jest wpuszczana publiczność. Nie ma kontroli nad jakością tych spotkań, ale uczelnie i tak wypłacają stypendia za zdobyte dzięki nim punkty. – Jeden z szefów studium doktoranckiego chciał, by udział w drapieżnych konferencjach się nie liczył, ale nie zgodzili się doktoranci! Na prestiżową konferencję jest sporo zgłoszeń, łatwo odpaść i trzeba powołać ekspertów, by rozstrzygnęli, czy jest wartościowa. A o stypendium na studiach doktoranckich trzeba konkurować co roku. Jeśli miałem 100 punktów i dostałem stypendium, moi koledzy w przyszłym roku postarają się zdobyć 105. Walczę więc o 110. Jeżdżę co miesiąc na konferencje i mielę kotlet, czyli powtarzam to samo, ewentualnie kroję salami, czyli duży wynik badawczy pokazuję we fragmentach. A brutalne jest to, że te konferencje organizują naukowcy.

Nie można z tym nic zrobić?

– Można zmienić sposób oceny książek i czasopism, by produkty książkopodobne się nie liczyły. W Danii i Norwegii takie publikacje mają wartość gazetek z supermarketu. Konieczne są systemowe zmiany i brakuje jednego podstawowego narzędzia pozwalającego zwolnić naukowca, który się obija. Niepracujący zajmują miejsca młodych zdolnych, spada liczba studentów, powstaje luka pokoleniowa. Młodzi i aktywni wyjadą.

Na razie czekamy na Narodowy Kongres Nauki, na którym poznamy projekt ustawy 2.0, reformującej naukę. Cieszę się, że do konsultacji zaproszono naukowców. Oczywiście dwie trzecie środowiska będzie niezadowolone, bo uczeni lubią punktozę, rozumieją jej zasady. To beznadziejny system, ale wiadomo, co robić, by się nie narobić i przetrwać.

Na pana blogu „Warsztat badacza” pod wpisem o Annie O. Szust zawiązał się kilkuosobowy ruch obrony drapieżnych czasopism.

– To raczej klub ataków na autorów eksperymentu. Na Zachodzie naukowcy cieszą się, gdy uda się znaleźć nieprawidłowości w funkcjonowaniu nauki. Od Polaków też dostaję gratulacje, ale i maile z ostrzeżeniem: „Niech pan będzie gotów na polski oddźwięk. Gdy Amerykanin zbuduje dom, to jego sąsiad zastanawia się, jak zbudować większy. Gdy dom zbuduje Polak, sąsiad zastanawia się, jak mu go zburzyć”.

Nie podoba im się, że badanie miało formę prowokacji. – Było już na świecie wiele prowokacji. Wysyłano artykuły stworzone przez generator tekstu naukowego, były prace podpisywane nazwiskami bohaterów kreskówki „Simpsonowie”, był fizyk, który dopisywał swojego kota jako współautora. 10 lat temu Tomasz Witkowski wysłał do „Charakterów” artykuł o wymyślonej francuskiej naukowczyni, która propagowała nowy rodzaj terapii. Była absurdalna, ale nikt w redakcji jej nie zweryfikował. Matematyk Alan Sokal opublikował w czasopiśmie naukowym tekst, w którym używał terminologii fizyki kwantowej do opisu zjawisk społecznych. Powstał bełkot. Sokal chciał pokazać, jak daleko przedstawiciele nauk społecznych odpłynęli od weryfikowania własnych tez. A jednak nauka to wciąż najbardziej rzetelna aktywność człowieka. Nie ma i nie może być żadnej kontrolującej ją instytucji. Naukowcy sami testują przepuszczalność granic. To samooczyszczające się mechanizmy. Inny zarzut: w artykule nie ma tytułów pism, które zaakceptowały Szust. Trudno sprawdzić, czy tekst nie został zmyślony.

– Redaktorzy „Nature” musieli upewnić się, czy artykuł to nie kolejny poziom przygotowanej przez nas pułapki: mieli dostęp do wszystkiego, co zgromadziliśmy. Nie chcemy robić polowania na czarownice. Na świecie działa 150 tys. czasopism. Skala jest dużo większa.

Fikcyjna naukowczyni została redaktorem prawdziwego pisma naukowego

A co z zarzutem, że w uznanych czasopismach publikować można tylko po znajomości, że Polacy są z góry odrzucani?

– Jest coś takiego jak szklany sufit dla młodych naukowców, dlatego na początek trzeba mieć petardę, czyli naprawdę bardzo dobre badania. Potem jest już łatwiej. Polscy naukowcy również nie zawsze piszą zgodnie ze sznytem naukowym. A przede wszystkim nie próbują wysyłać swoich tekstów. Doktorantom podaję przykład Casanovy: pytany, jakim cudem udało mu się uwieść tyle kobiet, odpowiadał: po prostu próbowałem. W nauce jest tak samo. Liczba porażek jest większa niż wygranych.

Zarzucają wam też psucie wizerunku naukowców, zwłaszcza tych z UAM, gdzie Anna O. Szust miała swój profil.

– Był też komentarz: „Jeżeli ktoś do habilitacji będzie chciał zostać redaktorem, to mu się już teraz nie uda”. Odpowiem: jeśli ktoś chce zostać redaktorem tylko dla wpisu w CV i z powodu naszych badań mu się to nie uda, uznam to za nasz wielki naukowy sukces. Ujawnianie oszustw w nauce jest konieczne. W internecie pełno jest dyskusji o in vitro, aborcji, diecie bezglutenowej, szczepionkach. Stosuje się niesprawdzalne argumenty w rodzaju „wiem to od babci”. Tymczasem nauka opiera się na weryfikowalności, ma być fundamentem. Musimy dbać o jej wiarygodność.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.