Z fotografem Marcinem Ryczkiem rozmawia Katarzyna Brejwo

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Fotoksiążka -

Twoje zdjęcie „Człowiek karmiący łabędzie”, które jest na okładce albumu „100 Great

Street Photographs”, opublikowały media na całym świecie. Tylko jednego dnia wyświetlono je ponad 3 miliony razy.

– To dla mnie bardzo ważna i osobista fotografia. Chodziłem po Krakowie, bo chciałem zrobić zdjęcie, które będzie nawiązywało do motywu równowagi w życiu. W końcu zrobiłem je 200 metrów od mojego mieszkania, przy ruchliwej ulicy, w miejscu z pozoru mało atrakcyjnym, gdzie codziennie przechodzi tysiące osób. Nie spodziewałem się, że wywoła ono taki oddźwięk. Codziennie powstają miliony zdjęć, ale rzadko które dociera do świadomości tylu ludzi w różnych zakątkach świata. Popularność tej fotografii otworzyła mi drogę do wielu galerii i wystaw, ale jeszcze większym, pozytywnym zaskoczeniem były reakcje ludzi z całego świata, którzy do mnie pisali. Polacy na emigracji, że przypomina im Polskę z czasów szarego komunizmu, kiedy wyjeżdżali. Jedna pani, która od 30 lat mieszka w Australii i czuje się tam szczęśliwa, napisała, że obudziło w niej tęsknotę, że przez tydzień myślała o tym, by po raz pierwszy od wyjazdu przyjechać do kraju. Osoby z problemami psychicznymi pisały, że to zdjęcie je uspokaja, działa terapeutycznie. Pewna Hiszpanka panicznie bała się dentysty, ale po zobaczeniu zdjęcia umówiła się na wizytę. Chińczycy, Japończycy i Irańczycy pisali o ptakach, bo dla nich ptaki mają bogatą symbolikę. Często były też odwołania do symbolu jin-jang. Niektórzy widzieli w tym zdjęciu nadzieję, inni – samotność. To były czasem krańcowo różne interpretacje, ale bardzo szczere i osobiste.

Twoje zdjęcia są minimalistyczne, graficzne. To jeszcze fotografia uliczna?

– Można powiedzieć, że spełniają warunki fotografii ulicznej – zostały zrobione w przestrzeni publicznej, przedstawiają momenty z życia codziennego. Nie utożsamiam się w pełni z tym gatunkiem, ale zapraszany jestem na festiwale i wystawy fotografii ulicznej, artystycznej, podróżniczej, a nawet społecznej, co pokazuje, że wpisuję się w różne gatunki.

Śmierć fotografii ulicznej ogłaszano już kilka razy. A to z powodu telefonów komórkowych, dzięki którym każdy może uchwycić jakiś „decydujący moment”, a to z powodu ochrony prywatności, która nie pozwala bezkarnie fotografować ludzi na ulicy.

– Fotografia, która ma coś do powiedzenia, zawsze przetrwa, nawet w trudniejszych czasach. Liczy się oryginalny punkt widzenia, opowieść, którą niesie. Jeśli chodzi o ludzi, to trudny i złożony temat, ale tak jak w życiu, tak i w fotografii należy się szacunek drugiemu człowiekowi. Ja nie mam z tym problemu, bo z reguły nie fotografuję twarzy. Moje zdjęcia są opowieścią o człowieku, ale nie musi być w centrum, liczy się symbol, metafora. W tym sensie bliżej mi zapewne do fotografii artystycznej. Nie pracuję też jak typowy fotograf uliczny, który – jak to sobie wyobrażam – chodzi po mieście z aparatem, szukając ciekawych sytuacji. Ja najpierw odnajduję miejsce, które wpasowuje się w moje aktualne myśli czy intelektualne skojarzenia i które wydaje mi się interesujące graficznie. To mogą być jakieś schody, ogrodzenie, ciekawy układ rzucanego cienia. Przychodzę tam z aparatem i czekam, aż coś ciekawego w tej scenerii się wydarzy.

Długo?

– Czasem parę godzin, czasem kilka dni. Zdarza się, że podchodzą do mnie ludzie i pytają, co ja tam widzę, bo stoję z aparatem w miejscu, które dla nich jest zupełnie pozbawione wyrazu. W przypadku „Człowieka karmiącego łabędzie” myślałem o równowadze – biel śniegu i czerń wody doskonale oddawała tę ideę, ale musiała zdarzyć się sytuacja, która dopełni obraz. W Indiach znalazłem miejsce, które graficznie przypominało flagę Stanów Zjednoczonych, i zrobiłem zdjęcie w momencie, kiedy przechodziła tamtędy osoba obciążona torbami. Zdjęcie nazwałem „Emigration – The United States of Earth”, co odnosi się do ważnego obecnie tematu emigracji. Staram się, aby moje zdjęcia miały konwencję otwartą, aby każdy mógł interpretować je na własny sposób. Teraz czekam z aparatem w kilku upatrzonych miejscach w Krakowie. To czekanie na nieznane. Scenografia jest gotowa, czekam na „aktorów”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.