W Antarktyce

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Ulanowski -

Ornitolodzy prof. Dariusz Jakubas, doktorantka Anne Ausems i prof. Katarzyna Wojczulanis-Jakubas z Uniwersytetu Gdańskiego ważą, mierzą i opisują oceanniki gniazdujące niedaleko Polskiej Stacji Antarktycznej

II co, inżynier Karwowski przedstawia, prawda? – zaśmiał się jeden z naszych polarników, kiedy wylądowałem w Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego.

Stacja, położona u wejścia do Zatoki Admiralicji na Wyspie Króla Jerzego – około 14 tysięcy kilometrów od Polski – rzeczywiście przypominała plac budowy z późnego PRL-u. To samo błoto, rozrzucone chaotycznie i otłuczone, odrapane budynki, spychacz, traktor z łopatą, dźwig. Byli nawet „budowlańcy” w gumofilcach. Poczucie beznadziei i rozkładu potęgował wiatr i deszcz ze śniegiem.

Zresztą po półgodzinnej przeprawie pontonami przez dwumetrowe fale z chilijskiego okrętu „Aquiles” byliśmy przemoczeni do majtek. I głodni jak wilki, bo na okręcie fatalnie karmili.

Dopiero później doceniłem „Arctowskiego”. Nasza jedyna stacja w Antarktyce (no, prawie jedyna, ale o tym niżej) to raczej ogród zen niż budowa Karwowskiego.

Kryla naszego powszedniego

Coś z tym najsłynniejszym inżynierem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej stacja ma wspólnego. Poznałem go, jako dzieciak, kiedy właśnie obchodził 40. urodziny, wyglądając przy tym na staruszka. „Arctowskiemu” też właśnie stuknął czwarty krzyżyk na karku. I też wygląda na staruszka. Antarktyczny klimat nie zna litości.

Historia powstania Polskiej Stacji Antarktycznej to historia zmagań z polarnymi przeciwieństwami losu.

– To, że ją mamy, to zasługa prof. Romualda Klekowskiego, dawnego szefa Instytutu Ekologii PAN w Warszawie, który przekonał władze, że antarktyczny kryl, niewielki skorupiak, może być pomocny w zlikwidowaniu niedoborów mięsa – opowiadał mi kiedyś ze śmiechem jeden z nestorów polskich badań polarnych geolog prof. Krzysztof Birkenmajer.

Stacja stanęła pod koniec lutego 1977 roku. Wyprawą założycielską kierował Stanisław Rakusa-Suszczewski. W latach 90. już jako profesor i szef Zakładu Biologii Antarktyki zdołał trochę „Arctowskiego” odnowić – ogromnym wysiłkiem postawił nowe skrzydło mieszkalne, które stoi do dziś. Razem z mesą, kuchnią i kadłubem gospodarczym tworzy ono tzw. Samolot, czyli główny budynek „Arctowskiego”.

Przez 40 lat istnienia stacji ocean wymył 40 metrów wybrzeża, na którym stoi „Samolot”. Dzisiaj fale dochodzą pod sam budynek. Jego mieszkańcy żartują więc ponuro, że niedługo, np. jeśli zdarzy się większy sztorm, „Samolot” zmieni się w „Wodolot”.

Największym wrogiem człowieka w rejonach polarnych jest jednak zimno (także zimna woda morska, bo jej temperatura nawet latem wynosi ok. 4 st. C). Historia zna wielu polarników, którzy nie potrafili sobie z nim poradzić, i zginęli. Najpierw uznawano ich za zaginionych, więc na poszukiwanie wyruszały nowe wyprawy. A potem kolejne, które szukały już pierwszych i drugich zaginionych. A potem kolejne. Wraki statków sprzed przeszło stu lat czasem jeszcze znajdujemy – jeden z dwóch okrętów słynnej, bo tragicznej wyprawy sir Johna Franklina, który w 1845 roku wyruszył z Anglii na poszukiwanie Przejścia Północno-Zachodniego w kanadyjskiej Arktyce, odkryto dopiero teraz.

Antarktyda też brała ofiary z ludzi. Najsłynniejszą poniosła ekipa kapitana Roberta Scotta. Po dotarciu w 1912 roku do bieguna południowego (kilka tygodni po norweskiej wyprawie Roalda Amundsena) brytyjscy polarnicy zamarzli w drodze powrotnej.

Płynna rzeczywistość

Dzisiejsze wyprawy antarktyczne nie muszą już nieść piętna tragizmu, ale też bywają niebezpieczne. Zimno – potęgowane przez straszny antarktyczny wiatr, który potrafi wiać tak, że unosi nie tylko śnieg, ale i żwir oraz kamienie, uniemożliwiając jakąkolwiek pracę na zewnątrz – w połączeniu z niebezpiecznymi warunkami pracy sprzyja wypadkom. Polarnicy poruszają się po pełnych szczelin lodowcach, pływają po burzliwym morzu, nurkują w środowisku zamieszkanym przez drapieżniki (kilka lat temu lampart morski pociągnął na dno brytyjską badaczkę) i przede wszystkim znajdują się prawie w innej galaktyce – daleko od cywilizacji i pomocy.

W lutym 2012 roku w brazylijskiej Stacji im. Ferraza, położonej po drugiej stronie Zatoki Admiralicji niż „Arctowski”, wybuchł pożar. Zaczął się od spięcia w pomieszczeniu agregatów prądotwórczych, a potem szybko przeskoczył na resztę budynku. Zginęły dwie osoby, było wielu poparzonych. W akcji ratunkowej brali udział m.in. nasi polarnicy.

Brazylijczycy ciągle swoją bazę odbudowują. Kiedy byłem w „Arctowskim”, przy „Ferrazie” stał chiński statek z budowlańcami. Słuchając opowieści o brazylijskiej katastrofie, doceniłem fakt, że polska stacja składa się z tak wielu budynków, a jej agregaty znajdują się daleko od domków mieszkalnych.

Ogromna odległość od reszty świata to pierwsza przeszkoda, którą trzeba pokonać w antarktycznej podróży. Na mapie wszystko wydaje się proste. Są samoloty, statki, mamy w końcu XXI wiek. Jednak transport antarktyczny porusza się w płynnej rzeczywistości. Samolot poleci, jeśli pogoda pozwala. A statek wyruszy, kiedy wyruszy, i przypłynie, kiedy przypłynie. Wszelkie ustalenia, rozkłady, terminy – są prowizoryczne.

Tak było i z „Aquilesem”, okrętem transportowym Armada de Chile, czyli chilijskiej marynarki wojennej, którym płynąłem z Chile do „Arctowskiego” i z powrotem. Miał wypłynąć z Punta Arenas 16 stycznia, ale trzy dni wcześniej, tuż przed złapaniem taksówki na warszawskie lotnisko, dostałem telefon z Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN, który zarządza polską stacją, że moja podróż opóźni się o cztery dni. Zamiast na lotnisko pojechałem z powrotem do Krakowa.

Lot do Punta to osobna historia. Z dwiema przesiadkami i najdłuższym, 14-godzinnym połączeniem pomiędzy Londynem a Santiago – w moim przypadku trwał przeszło 30 godzin. A cała podróż do „Arctowskiego” – tydzień.

Po co ludzie podejmują taki wysiłek? Obecna antarktyczna wyprawa PAN jest już 41. Osiem osób to tzw. zimownicy, spędzą w stacji rok. Dziewięciu pojechało na Wyspę Króla Jerzego na blisko pół roku, na lato. Chętnych nie brakuje. Bywa, że przyjeżdżają do „Arctowskiego” po kilka razy.

Raz wpadłeś w zimno i przepadłeś

Sporą część ludzi, którzy choć raz odwiedzili Daleką Północ lub Dalekie Południe, dopada tzw. gorączka polarna. Surowe piękno Arktyki czy Antarktyki atakuje jak bakcyl. Bez powrotów do tego dziwnego, ubogiego w zieleń i zapachy świata trudno wtedy żyć.

W „Arctowskim” spotkałem m.in. kilka zakażonych polarnym bakcylem kobiet. Dasia, czyli Daria Bloch-Lewandowska, która z zawodu jest pedagogiem specjalnym, logopedą i żeglarzem, złapała go dwa lata temu na Spitsbergenie. Przez kilka miesięcy pracowała jako pomoc kuchenna w Polskiej Stacji Polarnej im.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.