Pusta skorupa

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Ostałowska Springer - Filip Springer

Awątki żydowskie, tu u nas, jakoś pana zainteresowały? – padło pytanie podczas spotkania autorskiego w Przemyślu. – Nie bardzo – odpowiedziałem, bo wszystko, co o przemyskich Żydach wiem, zmieściłoby się pewnie na połowie kartki papieru. – Za dużo to by się pan nie dowiedział – ciągnął kobiecy głos z głębi zaciemnionej sali – bo to jest, proszę pana, wymazane. A tutaj się urodziła choćby Helena Deutsch, pierwsza psychoanalityczka, Żydówka, więc nie znajdzie pan o tym informacji w mieście, żadnej tablicy, wzmianki. My się tu oczywiście chwalimy wielokulturowością, bo ona dobrze sprzedaje projekty unijne, ale tak naprawdę to jest pusta skorupa. Całe miasto w strachu, żeby tego nie ruszać. Polski Przemyśl – koniec kropka. Żydzi mają swoich delegatów pamięci, ludzi, którzy w trzecim pokoleniu odkrywają swoje korzenie i zaczynają pielęgnować tożsamość. Ja mam wrażenie, że my tu mamy całe miasto delegatów zapomnienia, wszyscy robią wszystko, żeby broń Boże nie przypominać, jak naprawdę było. Że tu byli Rusini, Żydzi, Ukraińcy i wszyscy byli dla tego miasta równie ważni jak Polacy. A teraz do rusińskiego pochodzenia nikt się nie przyznaje, choć co drugie nazwisko sugeruje co innego. Żyda mamy tu jednego, a gdy Ukraińcy zechcą przypomnieć o swoim istnieniu, to od razu podnosi się larum, że polskość miasta zagrożona. To jest straszne, to zatarcie. Ja przez to mam ochotę stąd jak najdalej uciec.

Nie umiałem jej pomóc. Słyszałem i widziałem podobne historie w całej Polsce. W Częstochowie trafiłem na opuszczoną fabryczną halę, na której ktoś przyczepił instalacyjnymi opaskami plastikowy baner. Upamiętniono na nim Żydów wywożonych z tego miejsca do obozów śmierci. Całość wyglądała tak, jakby ktoś wykonał to naprędce. Żeby było cokolwiek. Albo ta historia z Piotrkowa, gdzie w całym muzeum historii miasta ani razu nie użyto słowa Żyd, choć samo muzeum stoi w sercu dawnej żydowskiej dzielnicy (tak zrujnowanej, że wyć się chce). I jeszcze cmentarze – w Siedlcach, w Suwałkach, Łomży. Otoczone murem, ukryte. W Łomży byłem kiedyś akurat 1 listopada. Usiadłem na trawie, żeby popatrzeć na rzekę nieopodal kirkutu.

– Mama, a to jest też cmentarz? – usłyszałem za plecami dziecięcy głos.

– No jest, ale taki inny – padła odpowiedź.

– To czemu tu dzisiaj nie ma ludzi?

– Oj, chodź już, Justyna, nie wymyślaj.

Na spotkaniu w Przemyślu nie opowiedziałem jednak tej historii. Zgodziliśmy się jedynie, że ta różnorodność to rzeczywiście często puste hasło. Spotkanie się skończyło, ruszyłem łapać ostatni pociąg. Po drodze kupiłem kebab w lokalu o wdzięcznej nazwie Kuchnia Polska. Dworzec był pusty i cichy, kręciło się zaledwie kilka osób. Na środku ogromnej hali głównej stał czarnoskóry mężczyzna z plecakiem. Zapytał mnie o godzinę, ustawił zegarek, podziękował i odszedł. Kupiłem bilet i wyszedłem na peron. – A ten tam – usłyszałem gdzieś z boku i spojrzałem w stronę faceta z dużą walizką palącego papierosa – co tak… paraduje.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.