Mowa dla K.

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Krystyno, chcemy Cię pożegnać… Wybacz, że zaczynam w drugiej osobie liczby pojedynczej. Nie znosiłaś tej maniery w tekstach. „Wchodzisz na ulicę prowadzącą do twojego domu, ale omijasz jego bramę. Sprawdzasz ręką, czy masz w kieszeni…”. – Zmień osobę na trzecią! – powiedziałabyś szczerze autorowi takiego tekstu. – Po co ci ta pretensja? Bohaterem twojego reportażu nie jest ten, kto czyta, więc nie musisz pisać mu per ty.

Dlatego, Krystyno, zmieniam osobę, żeby Ci się lepiej tego słuchało i żebyś nie musiała mi potem tego tekstu poprawiać.

Krystyna Goldbergowa, „matka chrzestna polskiego reportażu”. Redaktorka i wydawczyni. Jako 26-letnia redaktorka wsławiła się pozyskaniem do wydawnictwa Iskry, gdzie pracowała, największego polskiego reportera pierwszej połowy XX wieku – Melchiora Wańkowicza. „Krystyna kochała reportaż i dbała o niego, a w najgorszą polityczną szarugę rozpinała nad nim parasol i starsi reporterzy, którzy to pamiętają, są jej za to wdzięczni” – napisała mi wczoraj w mailu Małgorzata Szejnert.

Cztery lata temu wszedłem do domu Redaktorki, żeby przejrzeć jej księgozbiór, bo obiecała, że pożyczy mi to, co przyda się do pracy nad antologią reportażu XX wieku. Przyszedłem z przedstawicielką najmłodszego pokolenia redaktorów Julianną Jonek. Julię uderzyło, że wszędzie leżą książki. Od podłogi do sufitu. Książki w korytarzu, książki w każdym pokoju.

Ba, nawet w szafkach – choć powinny być tam swetry i podomki – książki! książki! książki! – Zobacz – szepnęła Julia – mnóstwo zegarków i budzików. Wszystkie wskazówki nieruchome.

Każdy wskazuje inną godzinę.

Krystyna tkwiła już w świecie, gdzie nie panuje się nad zegarkami. Niemniej miała rozłożonych kilka książek. Czytała je z ołówkiem. Zajrzałem do jednej: pokreślone zdania. – Redagujesz już przez kogoś zredagowane i wydane książki? – spytałem.

– Nie mogę czytać i nie redagować – odparła.

Po czym zapytała, jak mam na nazwisko.

Mówię o tym dlatego, że mimo problemów, które osaczyły jej głowę, do końca była redaktorką. Mawiała nam, studentom, że nie ma takiego tekstu, do którego nie byłoby uwag.

– Ale zaznaczam – mówiła Renacie Gluzie z „Pressu” – że nigdy nie napisałam kawałka tekstu za autora. Jeśli dostawałam słaby maszynopis, mówiłam wprost: „To trzeba poprawić”.

Czasami słyszałam w odpowiedzi: „A pani redaktor od czego jest?”. Wtedy mówiłam: „Nie od tego, żeby za pana pisać”. Redaktor jest pierwszym pomocnikiem autora, ale nie jest autorem. Z drugiej strony nie ma autora, któremu redaktor nie musiałby zwrócić uwagi na błędy językowe czy rzeczowe. Cała sztuka – umieć to przekazać, kiedy pracuje się z dużymi nazwiskami.

„To zdanie wygląda tak, jakby pisał je ktoś inny” – wystarczyło powiedzieć Wańkowiczowi i on już rozumiał, o co chodzi.

– Bo Krystyna – uważa Wojciech Tochman – jak mało która redaktorka czy redaktor rozumiała autorów. Była może najbardziej krytyczna spośród wszystkich, z którymi pracowałem. Potrafiła kilka minut pastwić się nad tekstem bez litości.

Ale umiała też chwalić, nie miała z tym żadnego problemu. Bo kochała nie tylko reportaż, ale kochała też reporterki i reporterów. Z wzajemnością.

Redagowała: Budrewicza, Centkiewiczów, Dziewanowskiego, Fiedlera, Kapuścińskiego, Kąkolewskiego, Karasia, Krall, Łukę, Rymuszkę, Snopkiewicza, Strońską, Wańkowicza, Wolanowskiego i innych.

Krystyna nie tylko umiała podpowiedzieć autorom, gdzie postawić kropkę. Wiedziała, gdzie ją stawiać w życiu.

Kiedyś zapytałem, czy jest szansa, że uwierzy w Boga.

„Po Auschwitz?” – odparła i postawiła kropkę.

Kiedyś zapytałem, czy to, że przeżyła Auschwitz, uważa za cud. „Cudów nie ma, byłam bardzo silna” – i postawiła kropkę.

Kochana Krystyno (a jednak)… Stawiasz sobie dziś na Powązkach własną najważniejszą kropkę. A ja Ci zgłaszam, że stworzyłem dzięki Tobie i dla Ciebie nowy gatunek: reportaż pogrzebowy.

Oto, co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.