Pisarze to kabotyni, czyli grafoman morderca

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Tę historię zna każdy: w roku 2000 z Odry we Wrocławiu wyłowiono związane w wymyślny sposób zwłoki mężczyzny, a policja długo nie mogła wpaść na trop mordercy. Dopiero lektura powieści „Amok” niespełnionego geniusza Krystiana Bali naprowadziła gliniarzy na trop – Bala raczył w swej prozie dokładnie opisać zbrodnię, a niektóre frazy wyraźnie sugerowały, że jedynie morderca mógł znać szczegóły zabójstwa. Bala finalnie zasiadł na ławie oskarżonych i pożegnał się z wolnością na ćwierć wieku, siedzi dotychczas, spodziewam się, że w celi cyzeluje kolejną powieść. Sprawa do końca jasna nie jest, bo Balę skazano w procesie poszlakowym, powieść jako taka nie mogła być uznana za dowód niepodważalny, ale sprawa była precedensowa i przy każdej prasowej wzmiance przeczytać możemy, że media na całym świecie o wrocławskim przypadku się rozpisywały. Wygląda na to, że największą światową karierę wśród polskich pisarzy zrobił grafoman i morderca.

Naturalnie, że w przypadku filmu „Amok” Katarzyny Adamik, traktującego o przypadku Bali, także przywołuje się informacje o zainteresowaniu najpoważniejszych mediów światowych, jest to naturalnie działanie promocyjne, choć mnie osobiście zachęcać nie trzeba było. Zasadzałem się na ten film od miesięcy, do kina pobiegłem pierwszego dnia wyświetlania.

Rzecz ciekawa, nie jest przecież „Amok” pierwszą fabułą o tej zbrodni, sam Roman Polański przymierzał się do owej historii i drzeć szaty należy, że z projektu się wycofał, bo to, co o Bali nakręcono, niestety na poziomie Polańskiego nie jest. Było przecież zeszłoroczne dzieło „Prawdziwe zbrodnie” greckiego, co ciekawe, reżysera Alexandrosa Avranasa, z zagranicznymi gwiazdami, jak kuriozalnie wręcz ponury Jim Carrey z siwą brodą w roli polskiego policjanta Tadka czy Charlotte Gainsbourg jako seksualnie udręczona żona mordercy, ale i przecież też, niestety, z udziałem polskich aktorów. Fenomenalnym bełkotem był ów film, tam nawet Agata Kulesza i Robert Więckiewicz polegli na całej linii – tej bitwy wygrać się nijak nie dało. „Prawdziwe zbrodnie” do szerokiej dystrybucji nie trafiły i była to trafna decyzja, Bala w owym gniocie nazywał się z niejasnych powodów Kozłow. Rzecz się działa dla zmyłki w Krakowie, choć nijak tego Krakowa rozpoznać się nie dało. W zasadzie to nic tam rozpoznaniu się nie poddawało, osobliwie scenariusz i dialogi, wzmocnione naturalnie, jeśli idzie o barwy, szarościami i granatami, bo tak podług wielu mroczne filmy należy kręcić. Oraz jakże wymownymi scenami milczenia bohaterów – jak wiadomo, zajadłe milczenie bohaterów to ulubiony przez nieudacznych reżyserów chwyt, za pomocą którego usiłują przekonać publikę, że mają coś głębokiego do powiedzenia.

Filmy o pisarzach zadziwiająco często się nie udają – choć oczywiście „Amoku” filmem o pisarzu nazwać do końca nie można, może raczej filmem o grafomanie spalanym żądzą popularności, do tego cierpiącym na nieuleczalną, terminalną wręcz postać narcyzmu. Jak ktoś z przejęciem cytuje Nietzschego, wiedz, że pozer bądź psychopata, jak ktoś Nietzschego do swego pisarstwa ładuje, to nie miej wątpliwości, że grafoman. Zresztą akurat wszystkie sceny, w których Bala swoją prozę prezentuje, na spotkaniu autorskim chociażby, bezapelacyjnie dowodzą, że z klinicznym, nieuleczalnym grafomanem mamy do czynienia. I kabotynem oczywiście, kabotynizm wśród pisarzy, osobliwie wśród aspirujących do bycia kontrowersyjnymi artystami, wielce jest rozpowszechniony, można powiedzieć, że kabotynizm to jest zawodowe schorzenie parających się pisaniem. U niespełnionych sław pisarskich jak filmowy Bala kabotynizm jest wręcz cechą immanentną.

Jak rozumiem, mocną stroną filmu miało być to, że na dobrą sprawę nie dowiadujemy się, czy Bala naprawdę był mordercą, czy jedynie mitomanem obsesyjnie nakręconym głośną zbrodnią. Ja jestem za tym zazwyczaj, by widzowi mieszać szyki, by kinomana dezorientować, niekoniecznie należę do zwolenników oczywistych zakończeń, ale jednakowoż tutaj bym się pokusił o mocne walnięcie: zabił człowieka ten odrażający gość czy nie? Ja na swój użytek uznałem, że zabił. Aby rzecz bardziej jeszcze rozmydlić, dostajemy coś na kształt pojedynku psychologicznego między policjantem, granym przez jak zawsze zatroskanego na obliczu Łukasza Simlata, a epatującym granicznie wkurwiającą miną Mateuszem Kościukiewiczem jako Balą – ja się urody ani obleśnego uśmiechu filmowego Bali nie czepiam, ja akurat uważam, że świetnie jest on dobrany: od razu budzi skrajną niechęć i żądzę, aby go poddać wymyślnym torturom.

Zatem to wyrafinowana gra gliniarza z pisarzem ma tu być daniem głównym, tyle że nijak się w tę grę zaangażować nie można, wszystko w dziwny sposób jest tu rozmyte. Gdyby jednak cały film wyłącznie się na psychologicznej walce policjanta z pisarzem opierał, gdybyśmy jedynie sceny ich rozmów czy wręcz długą scenę przesłuchania oglądali – rzecz mogłaby być dobra. Jeśli więc uznamy, że Bala zabił, to pozostaje pytanie: czy Bala jest pisarzem, który popełnił morderstwo, czy mordercą, który napisał powieść?

Bala w filmie przyznaje, że sam zadzwonił na policję i donos na siebie złożył, bo pogodzić się z tym nie mógł, że jego arcydzielna powieść tak fatalnie się sprzedaje. W istocie – dopóki sprawa nie wybuchła medialnie, nikt na dzieło uwagi nie zwrócił. Niedoceniony grafoman, lekceważony pozer, niekochany narcyz to zawsze jest potencjalny morderca.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.