Google ci nie zapomni

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Orliński - Wojciech Orliński

Po przeczytaniu książki Jona Ronsona każdy chyba zada sobie pytanie: jak uniknąć takiego losu? Jak nie paść ofiarą internetowego linczu? A jeśli ten lincz już nastąpi, to jak się bronić? Jak usunąć te wszystkie obraźliwe wpisy?

Odpowiedź w największym skrócie brzmi: nie da się. Przed internetowym linczem nie chroni nawet nieobecność w internecie. Nie pocieszaj się, droga czytelniczko, drogi czytelniku, że jeśli nie masz konta na Facebooku (albo masz takie dostępne tylko dla znajomych), to nie mogą cię tam zlinczować.

Banalny scenariusz: ktoś wrzuci twoje zdjęcie z podpisem: „Ta kobieta wyrzuciła psa z samochodu. Udostępnij!” albo: „Ten mężczyzna to pedofil. Ostrzeż sąsiadów!”. Pamiętaj, że wszystkie lincze mają jedną wspólną cechę: ich uczestnicy nie uważają, że robią coś złego. Przeciwnie, uczestnicy współczesnego linczu uważają siebie za wojowników słusznej sprawy, podobnie jak ich prekursorzy z Ku Klux Klanu.

A że zarzuty są nieprawdziwe? Nigdy nie miałeś ani psa, ani skłonności pedofilskich? To nie ma znaczenia. Lincz to nie proces przed ławą przysięgłych. Nie będzie prawa do obrony.

Jeśli masz konto na Facebooku, to zrób teraz sam przed sobą rachunek sumienia. Czy nigdy sam nie wziąłeś udziału w linczu? Nie udostępniałeś zdjęcia domniemanego krzywdziciela małego pieseczka, złodzieja roweru, pirata drogowego, nielubianego polityka w kompromitującej sytuacji?

Jeśli zdarzyło ci się to choć raz, to przynajmniej będziesz wiedzieć, za jakie grzechy ciebie też to spotkało. Karma jest wredna.

Drogi czytelniku, masz przynajmniej jedną pociechę, której nie mają moje drogie czytelniczki. Internauci generalnie wolą linczować kobiety. Jeśli więc wygrałeś na loterii bocianiej ten lepszy gender, to już jesteś do przodu.

Dlaczego tak jest? Trudno powiedzieć. Światem ogólnie rządzą mężczyźni, ta zasada dotyczy też mediów, także społecznościowych. Kobieta zawsze ma trudniej.

Sprawy nie ułatwia również brak solidarności między samymi kobietami. Ich strategia przetrwania w patriarchalnym społeczeństwie często polega na manifestacyjnej akceptacji jego wartości.

Kto pierwszy rzuci kamieniem w nierządnicę? Inna kobieta, która będzie się chciała dowartościować tym, że lepiej spełnia zasady heteronormy.

Czym grozi taki lincz? W dzisiejszych czasach, w których życie codzienne nieuchronnie splata się ze światem wirtualnym, zagrożenie jest nieograniczone. Od czasów książki Ronsona pod tym względem zrobiło się jeszcze gorzej.

W 2014 roku niejaki Eron Gjoni zorganizował lincz na swojej byłej dziewczynie Zoe Quinn. Wiedział, że Quinn zmaga się z depresją i po rozstaniu wyznaczył sobie cel: doprowadzenie byłej do samobójstwa.

W tym celu stworzył niby-blog na temat rzekomej niewierności Zoe Quinn (autorki gier wideo, dość znanej w środowisku). Linki do tego bloga rozreklamował na licznych forach internetowych. Odniósł spory sukces: Zoe wprawdzie żyje, ale wylądowała w szpitalu.

I teraz zastanów się: czy nigdy nie będziesz miał świrniętego/świrniętej byłego/byłej? Otóż zawsze możesz mieć, bo ktoś może sobie ten związek ubzdurać (Zoe Quinn twierdzi, że nigdy nie byli razem, spotkali się tylko parokrotnie, co w wyobraźni Gjoniego urosło do rangi romansu).

Tu nawet nie działa znana z filmu Barei zasada „sprawdzić, czy nie ksiądz”. A bo to nikt sobie nigdy nie uroił romansu z księdzem?

Co zaś ze słynnym „prawem do bycia zapomnianym”? Czy możemy się na nie powołać, żeby usunięto szkalujące nas wpisy?

Odpowiedź w skrócie brzmi: nie. W dłuższej wersji: owszem, kilku osobom udało się wygrać takie procesy po przejściu przez wiele instancji. Jeśli masz dużo pieniędzy i dużo czasu, może uda ci się coś wyprocesować od Google’a czy Facebooka. Prywatnie czarno to jednak widzę.

Problem w tym, że dla firm internetowych każdy lincz to okazja do zarobku. Sprzedadzą więcej reklam, może nawet zyskają nowych zarejestrowanych użytkowników. Nie mają żadnego powodu, żeby ograniczać hejt, a mają bardzo konkretne, żeby go jeszcze podsycać.

Ku Klux Klan był, jaki był, ale przynajmniej linczował na zasadzie non profit. Firmy internetowe są takim Ku Klux Klanem 2.0, który linczującym sprzedaje popcorn, a na koniec na zmasakrowanych zwłokach wywiesza (odpłatnie) transparent „Jedzcie u Joego”.

Tradycyjne media też by tak robiły, gdyby mogły. Ale nie mogą, bo ofiara linczu (lub jej spadkobiercy) mogłaby skutecznie walczyć o odszkodowanie.

Firmy internetowe mają tymczasem specjalny przywilej, w polskim prawie nazywany „warunkowym wyłączeniem odpowiedzialności”. Wystarczy, że spełniają pewne warunki (praktyka pokazuje, że ich spełnianie jest dziecinnie łatwe) – i już są całkowicie bezkarne.

Ten przywilej pozwala także na względną bezkarność piractwa. Jeśli więc oglądasz swój ulubiony serial telewizyjny za pomocą jednego z serwisów wyświetlających piracką kopię, to pamiętaj, że to wszystko jest możliwe dzięki tej samej luce prawnej, dzięki której bezkarnie można ci w każdej chwili zniszczyć życie. Miłej zabawy!

Drogi czytelniku, masz przynajmniej jedną pociechę, której nie mają moje drogie czytelniczki. Internauci generalnie wolą linczować kobiety

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.