Z podróżniczką Kamilą Kielar rozmawiają Maria Hawranek i Szymon Opryszek

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Kielar W Zimnych Stronach Świata -

Twój rekord temperaturowy?

– Minus 48 stopni. W Terytoriach Północno-Zachodnich Kanady.

Co tam robiłaś?

– Przez dwa miesiące pracowałam w chacie nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym w ramach WWOOFingu, czyli programu łączącego gospodarstwa ekologiczne z wolontariuszami. Przez cały ten czas było nie cieplej niż minus 40. Można tam dolecieć tylko awionetką, w lecie ląduje się na wodzie, zimą – na zamarzniętym jeziorze. A jesienią i wiosną, kiedy lód jest niestabilny, jest zupełnie odcięta od świata. Przez sześć godzin rąbałam drewno, karmiłam psy zaprzęgowe albo nocami uczyłam turystów robić zdjęcia zorzy polarnej – to najlepsze miejsce na świecie do jej oglądania. A kiedy nazbierałam sobie wolnych dni, wyruszałam na narciarskie wycieczki.

Do rąbania drewna zatrudnili dziewczynę, która waży nie więcej niż 50 kg?

– A czemu nie? Rąbałam już, jak miałam 11 lat, na obozie harcerskim.

Minus 40. Jak się na takie zimno ubrać?

– Warstwowo, w puch, zwracać uwagę na stopy, ręce, szyję, głowę. Na zakładkę, by nie podwiewało. Mam problemy z krążeniem, więc na ręce zakładam trzy warstwy: lekkie rękawice z wełny merino, grubsze, a na to łapawice puchowe. Ale zdarzało mi się wyjść boso w crocsach na śnieg, bo do przejścia było zaledwie 200 metrów. Bo jak wychodzisz tylko na podwórko, to się nie cackasz. Trzeba uważać, by nie złapać klamki gołą dłonią, co kiedyś zrobiłam i część ręki została na klamce. Ale na trasie tylko raz zastanawiałam się, czy moje stopy jeszcze żyją i czy nie wezwać pomocy przez SPOT-a, urządzenie do lokalizacji połączone z satelitą.

Byłam na kilkudniowej wyprawie, a buty do biegówek są cienkie. Używałam ogrzewaczy chemicznych, ale przy minus 40 niewiele dają. Idziesz, stopa się poci, buty są mokre, a jak śpisz nocą w szałasie, to zamarzają, i rano trzeba włożyć nogę w kawałek lodu. Ostatniego dnia przesuwałam tylko nogi, nie biegłam. Zostało mi osiem godzin. Nic nie czułam. Ale oceniłam, że dam radę. Potem tylko cholernie bolało przy rozmrażaniu.

Nie chojrakujesz? Umiesz to ocenić?

– Jak podróżujesz zimą w tereny północne, to musisz mieć wiedzę, sam sprzęt cię nie uratuje. Kiedy jedziesz stopem do Wietnamu na dwa miesiące, to najwyżej spotka cię biegunka. A w tych terenach wiedza o przyrodzie to czasem kwestia być albo nie być. Nie namawiam do takich wyjazdów, jeśli ktoś nie jest przygotowany – wówczas to głupota. Ja nie spinam się, jeśli warunki są trudne, zawracam.

Gdzie tę wiedzę zdobyłaś?

– Podstawy dało mi harcerstwo. Potem rozwijałam się w czasie kolejnych wyjazdów: do Laponii, na Alaskę, do Kanady – uczyłam się od rangersów, opiekunów parków narodowych, traperów, czyli łowców futer, przyrodników. Rangersi na Alasce uczyli mnie zachowania niedźwiedzi, traperzy na Jukonie – tropienia zwierząt. Dzięki przyrodnikom poszerzyłam wiedzę o dzikiej kuchni – może nam uratować życie.

A minimalny koszt takiej podróży na Alaskę?

– Backpackersko, wzdłuż głównej drogi północ – południe, da się za parę tysięcy, plus dolot. To przepiękna trasa i każdy będzie zachwycony, a poradzi sobie na niej przeciętny Kowalski.

Co potrafisz dobrego z tej natury przyrządzić?

– Smażone liście młodego buku są przepyszne! Z kory sosny można zrobić mąkę i upiec krakersy, z pokrzywy – chipsy, z kory brzozy – makaron. Nasiona babki, niecierpka i krwawnik to świetne przyprawy. No i napary: zimą najlepiej z igieł drzew iglastych – mają dużo witaminy C – oraz bagna zwyczajnego.

A tropy do czego się przydają?

– Wiem, czy chodzi wokół mnie wilk, czy rosomak. Widzę futro na drzewach, pozostałości po ocieraniu albo wygnieciony owal na łące – to znaczy, że leżał tu niedawno niedźwiedź, więc nie rozbijam namiotu ani nie gotuję. Czytanie lasu sprawia mi frajdę, jakie zwierzę przeszło, jak dawno temu, czy było zdrowe.

Kiedyś na Jukonie natrafiłam na trop wilka sprzed czterech-pięciu godzin i niedźwiedzia, który za nim szedł jakąś godzinę przede mną. Tropiłam je przez 2 km, niedźwiedź znalazł wilka i zawrócił. To była jesień, a na granicy zapadania w sen zimowy niedźwiedzie aktywniej poszukują jedzenia – czasem kradną wilkom ich padlinę.

Nie bałaś się ich?

– Nie, bo właśnie z tropów wiedziałam, gdzie są, poza tym człowiek nie jest celem niedźwiedzia ani wilka.

A traperzy nie traktowali cię z góry?

– Do Kanady zjeżdżają tacy trochę outsiderzy, więc i mnie traktowali po partnersku. O wiele gorzej jest w Polsce – jak przychodzę do sklepu rowerowego w Krakowie i proszę o lepsze siodełko, to słyszę: „Takie ci wystarczy. A nie chcesz też wiatraczka?”. Albo jak jadę z grupą jako pilotka, to pierwsze dwa dni muszę poświęcić na wyrobienie sobie pozycji – szacunek z automatu mi się nie należy, bo wyglądam jak mała dziewczynka.

A jak reagowali na ciebie Rosjanie na Kamczatce, po której też jeździłaś rowerem?

– Spotkałam tam wielkiego draba, który właśnie utłukł dwa niedźwiedzie i pyta mnie, co robię, jak widzę niedźwiedzia. I ja mu opowiadam, co wiem, m.in. że się nigdy nie ucieka, obserwuje i interpretuje zachowanie, pokazuję gaz pieprzowy albo syrenę, głośną jak okrętowa, która odstrasza. A on: co za gówno! Do niedźwiedzi się strzela!

Do Laponii i na Alaskę jeździsz od lat. Marzniesz, jesz liofilizaty, męczysz się. Po co?

– Nie zastanawiam się nad tym, tak jak nikt nie myśli, czemu chce wrócić w rodzinne strony. Wolę wracać do Laponii po raz 17. i wejść głębiej w świat Saamów i natury niż na Machu Picchu tylko dlatego, że go jeszcze nie widziałam. Chcę się uczyć i rozwijać, by wyspecjalizować się w Północy i jej przyrodzie. Z każdym powrotem osiągam kolejny poziom wtajemniczenia, ludzie na miejscu zaczynają traktować mnie jak swoją. Na pierwszą Alaskę pojechałam, żeby nauczyć się niedźwiedzi, fotografować bieliki i pomieszkać z poszukiwaczami złota. Na ostatniej już mogłam sobie pozwolić na chodzenie zimą po górach, na samodzielne płukanie złota i pracę w lokalnej mordowni, dzięki czemu poznałam naprawdę wszystkich z okolicy. Ciągle coś robisz, jak rozmawiasz z ludźmi, to zajmujesz ręce haftem.

– No właśnie. W Polsce pracuję jako freelancer – prowadzę wyjazdy, pokazy, ciągle jestem pobudzona. A zimą na północy dzień jest krótki, buduję szałas, siadam i oglądam przez dziurę, jak pada śnieg. Ten obraz przewija się jak ściana Facebooka. Mogę patrzeć godzinami.

Twoje wyprawy są ucieczką od czegoś?

– Zupełnie nie. Jak ktoś robi sobie taką długą podróż raz w życiu, to może być dla niego doświadczeniem przemiany, choć to często też jest ułuda, że podróże coś zmienią. Dla mnie to jest po prostu sposób na życie.

Ale najsłynniejszy outsider Alaski, Chris McCandless, potem bohater książki i filmu „Into the Wild”, właśnie uciekł. Nie inspirował cię?

– Absolutnie! On swoją ucieczką sprawił ogromny ból innym, rodzina kompletnie nie wiedziała, gdzie jest. Mam problem z romantycznym kultem jego postaci. Myślę, że wiele osób nie rozumie, z czym się borykał. Podążają za nim do „magicznego busa”, w którym mieszkał, ale na szlaku trzeba przekroczyć rwącą rzekę. I tylko w zeszłym roku utonęły w niej dwie osoby.

Na pierwszą Alaskę pojechałam pomieszkać z poszukiwaczami złota. Na ostatniej samodzielnie płukałam złoto

Ty swoimi wyjazdami nie sprawiasz bólu bliskim?

– Lubią, jak jestem na miejscu, ale wydaje mi się, że rozumieją tę moją potrzebę. Staram się minimalizować ich cierpienie – mama codziennie dostaje moje koordynaty ze SPOT-a i może spać spokojnie, wie, że żyję i gdzie jestem.

Mogłabyś pojechać z kimś? Czy to właśnie jest ważne, że podróżujesz samotnie?

– Chętnie rozbiję to częste brandzlowanie się samotnym podróżowaniem. Jeżdżę sama głównie dlatego, że jak komuś powiem: hej, stary, jedźmy na pół roku na rower na Jukon zimą, to odpowie: chyba cię pogrzało. A też nie chcę brać kogoś niesprawdzonego na siłę. Ale np. przeszłam z przyjaciółką drogę królewską w Laponii, Kungsleden, więc to nie jest żadna święta zasada. Samotnie łatwiej wejść w kontakt z ludźmi, ale z partnerem, grupą, dzieją się inne rzeczy. Nie uważam, że samotne wyprawy są bardziej wartościowe, że sama jestem bardziej dzielna. Podróżowanie w grupie wymaga innych umiejętności – komunikatywności, empatii.

Wiele osób mówi: ja bym nie mógł podróżować sam – jak coś widzę, to muszę się z kimś podzielić. Ty tak nie masz?

– No jakoś nie. Potrafię czerpać przyjemność dla siebie i dzielić się nią później.

Ile dni najdłużej z nikim nie rozmawiałaś?

– Dwa, trzy tygodnie? Nic ekstremalnego.

Takie podróże eksploratorskie to jest jakaś polska specjalność?

– Taka sytuacja: koniec września, Kanada, nadchodzi zima, są już minusowe temperatury. Chłopak zjeżdża rowerem drogą Alaska Highway z północy, ja jadę z południa. Rozmawiamy chwilę i wypala: masz na imię Kamila, masz rękawiczki z Decathlona i jesteś szalona, bo jedziesz na północ na zimę na rowerze – musisz być z Polski.

A na starość co będziesz robić?

– Moim marzeniem jest zostać bibliotekarką w wiosce w Laponii. Tam odnajdę spokój. Tylko, cholera, muszę się spieszyć, zanim wszyscy będą mieli czytniki.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.