Z Witoldem Dębickim rozmawia Jacek Szczerba

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Rozmowa Dużego Formatu -

Jest rok 1985, ma pan 42 lata, występuje w Trójmieście z zespołem kabaretu

„60 minut na godzinę”. Dzwoni telefon.

– Mieszkaliśmy w sopockim Grandzie. Jestem w pokoju przed śniadaniem. W telefonie słyszę: „Będzie rozmawiał pan dyrektor Hübner”. „Pan wie, w jakiej sprawie dzwonię?”. „Nie, nie wiem”. Hübner poprosił, żebym wpadł do niego, do Teatru Powszechnego, za tydzień, gdy wrócę do Warszawy. Rozmowa się skończyła. Schodzę na śniadanie. Przy stoliku siedzi Andrzej Zaorski. Wskazuję na kolegów z „Sześćdziesiątki” i pytam: „Który z nich to zrobił?”. Myślałem, że ten telefon to był żart. A Zaorek na to: „Nie, to byłby za gruby numer”.

W Powszechnym Hübner powiedział: „Chciałem panu zaproponować angaż. Przyjmijmy, że dotąd nie miał pan szczęścia do reżyserów. Ja mam wobec pana pewne plany, co pan na to?”. Poczułem się tak, jakbym złapał Pana Boga za nogi, chociaż Hübner niczego więcej mi o tych swoich planach nie powiedział. Zaczęliśmy próbować „Medeę”.

Dostał pan w niej tylko epizod.

– Grałem gońca, wpadałem pod koniec z jakimś komunikatem. Ale spektakl mi się podobał: Janda była świetna, Józek Skrzek grał na balkonie, na żywca, a ja widziałem przed sobą świetne perspektywy. W połowie prób zadzwoniła do mnie Iza Cywińska, która była wtedy szefową Teatru Nowego w Poznaniu. Zaproponowała dwa zastępstwa w spektaklach Janusza Wiśniewskiego. Byłem pod wrażeniem dokonań Wiśniewskiego – jego „Modlitwa chorego przed nocą” wbiła mnie w krzesło. Ale jak to pogodzić z „Medeą”? Na szczęście Hübner powiedział: „Panie Witoldzie, pan nie może nie jeździć na te ich wycieczki” – bo Wiśniewski grał głównie za granicą. „Ja za pana zrobię zastępstwo”. To się jednak okazało niepotrzebne, terminy Powszechnego i Nowego dobrze się układały. Tyle że pod koniec prób Hübner nie czuł się już najlepiej. W styczniu 1989 roku zmarł. Zrozumiałem, że bez niego w Powszechnym będzie mi trudno. Wyjechałem do Poznania.

To, że nie miał pan szczęścia do reżyserów, to eufemizm. Dam prosty przykład: w 1974 roku Gustaw Holoubek wystawił w Teatrze Telewizji „Hamleta”. Tytułową rolę zagrał Jan Englert, pana rówieśnik, a pan – Grabarza II.

– Zresztą wyciętego w montażu. To było kręcone na dwie kamery: przebitka na Grabarza I Tadeusza Fijewskiego została, ja mówiłem z offu. Na planie Holoubek specjalnie się mną nie interesował, zresztą słusznie. W tamtym okresie, gdy był dyrektorem Teatru Dramatycznego, poszedłem do niego na rozmowę w sprawie angażu. Odpowiedział: „Chętnie, ale mam już komplet”.

Nie narzekałem na Grabarza II, bo czułem się nieprzygotowany do grania w telewizji. Dwa lata wcześniej Józef Słotwiński zaprosił mnie do spektaklu „Intryga i miłość” według Schillera. Żebym zagrał dużą rolę – Ferdynanda, arystokraty zakochanego w mieszczce. Miło, w obsadzie byli też Stasia Celińska, Jadwiga Barańska, Krzysztof Chamiec. Ale ja poczułem się okropnie, bo Słotwiński kazał mi założyć siwą perukę. „Nie potrafię w niej grać” – zaparłem się. „Może przypniemy harcap?”. Bo miałem wtedy dużo włosów. Reżyser się nie zgodził. Moja ówczesna żona była asystentką Słotwińskiego, siedziała w reżyserce. Później opowiedziała mi: „Gdy grałeś, weszła do nas Alicja Bobrowska, była Miss Polonia, żona Stanisława Zaczyka. Spojrzała na monitory i jęknęła: »Boże, cóż to za brzydki aktor!«”.

Bycie na bocznym torze wcale mi jednak nie przeszkadzało, bo miałem na nim drobne przyjemności. W „Trzeba zabić tę miłość” (1972) Kuby Morgensterna zagrałem kleryka. Ulicą, obecnie Złotą, idzie kilku kleryków. Zyga Samosiuk filmuje ich kamerą schowaną pod balkonikiem. Janusz Głowacki, scenarzysta filmu, na poczekaniu pisze dialog. Mówiłem do spotkanego kumpla: „Co jest, kurwa, co, nie poznajesz mnie? Władek jestem, zeszłego roku w Międzyzdrojach. Co tu robisz? Musiałem spierdalać, bo chcieli mnie wziąć do woja. Wpadnij do mnie, do Świętej Anny, zrobimy flaszeczkę. Mój parówa już na mnie czeka, muszę lecieć, cześć”.

Gdy oglądałem odrestaurowaną cyfrowo wersję „Trzeba zabić tę miłość”, moja scena, jako jedna z dwóch, dostała brawa.

W Poznaniu został pan gwiazdą.

– Bez przesady. Wszedłem do obsady „Końca Europy”, za Mariana Pogasza. Wiśniewski puścił mi nagrany spektakl, parę rzeczy wyjaśnił. To było intensywne, ale miało też tę zaletę, że trwało tylko 45 minut.

Gdy Cywińska została ministrem kultury, Teatr Nowy w Poznaniu przejął Eugeniusz Korin. W „Czerwonych nosach” Petera Barnesa, dramacie średniowiecznym, zagrałem papieża Klemensa VI. Do dziś pamiętam moją pierwszą kwestię: „80 tysięcy florenów. Tyle przed chwilą zapłaciłem tej złodziejce, tej suce, królowej neapolitańskiej za Awinion. 80 tysięcy florenów za tę zadżumioną dziurę. Tylko w tym tygodniu mieliśmy tu półtora tysiąca zmarłych. Szykowny kurort ten Awinion, nie ma co”. Od Korina dostałem tylko jedną uwagę: „Powiedz to inteligentnie”.

Problem polegał na tym, że grałem z mikroportem. Wjeżdżałem na scenę na tronie umieszczonym za szybą: dźwiękowiec źle zadziałał suwakami i nie miałem pewności, czy ludzie mnie słyszą. Gdy już zjeżdżałem ze sceny, puściłem wiązankę pod adresem dźwiękowca, poszło na całą salę.

W Nowym najbardziej lubiłem Ojca w „Pułapce” Tadeusza Różewicza, Ryszarda III i Bacha w „Kolacji na cztery ręce” Paula Barza. W tej ostatniej sztuce Händla grał świetny, ale niestety młodo zmarły aktor Mariusz Sabiniewicz. W „Śmierci i dziewczynie” Ariela Dorfmana, z Joanną Szczepkowską, Krzysztof Zanussi reżyserował nas delikatnie, jakby prowadził psychologiczną grę. Podobało mi się to.

Korin miał siłę przekonywania: do Nowego przyjeżdżali aktorzy z Warszawy – Mirek Konarowski, Marek Obertyn. Tylko Staszka Celińska, która spędziła tam rok, zbulwersowała poznańskie środowisko wywiadem, w którym powiedziała, że nie skorzystała na pobycie w Nowym oprócz tego, że miała czas na przygotowanie recitalu. Ja pojechałem do Poznania na trzy-cztery miesiące, a zostałem 21 lat. Życie…

Nie miał pan wrażenia, że to prowincjonalny teatr?

– Skądże. Pamiętam, jak graliśmy na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych dwa spektakle z Nowego: „Ghetto” Joshuy Sobola, z którym byliśmy też w Lozannie, i „Piękną Lucyndę” Mariana Hemara. Na Nowogrodzkiej spotkałem wtedy Aleksandra Bardiniego, mojego profesora ze szkoły teatralnej. Miał słuchawki na uszach. „Co pan tu robi?” – spytałem idiotycznie. „Słucham muzyki”. „Wiem, że był pan na naszych spektaklach”. „Byłem, ale nie mam zwyczaju zaglądać do kolegów do garderoby. »Lucynda« to cudo, perełka, a jeśli chodzi o »Ghetto«, to nie podoba mi się, że ktoś zarabia pieniądze na tym, że moja matka poszła do gazu”.

Przy „Królu Learze” w Nowym pracował pan z Tadeuszem Łomnickim.

– Z Łomnickim dziwnie się połączyliśmy: od mojego początku w filmie do jego końca w teatrze. W „Życiu raz jeszcze” (1964) Morgensterna brałem udział w scenie z Łomnickim. Grał partyjnego, Jakuszyna, który sprawdza, czy przyjęto go na studia. Ja byłem w gromadce młodych stojących przy tablicy z wynikami egzaminów. Jakież przeżywaliśmy emocje – my na I roku szkoły teatralnej, a tu Łomnicki!

W „Królu Learze” w Nowym próbowałem Gloucestera. Największą satysfakcję poczułem, gdy po wspólnej scenie Łomnicki podszedł do mnie i powiedział: „Aleśmy sobie dzisiaj przygrali”. Widziałem, że mówi serio.

Czy Lear byłby kolejną wielką rolą Łomnickiego?

– Moim zdaniem tak. Obserwowałem wirtuoza, który żonglował umiejętnościami: potrafił grać piano, pianissimo i nagle fortissimo. A przy tym jakby bezustannie siebie kontrolował. Nieszczęście przyszło tydzień przed premierą, na ostatniej próbie przed generalną. Robimy dialog Leara z Gloucesterem, siedzę na proscenium, oślepiony. Łomnicki wbiega w pierwszą kulisę. Wymyślił sobie, że przebiegnie za scenicznym horyzontem i wróci z drugiej strony. Nie wrócił.

Usłyszałem łomot, jakby ktoś padł. Koleżanka grająca jedną z córek Leara zawołała: „Czy jest lekarz?!”.

Łomnicki miał wtedy problemy ze zdrowiem?

– Wiedzieliśmy, że wyznaczono mu termin wymiany zastawek serca w Londynie. Chciał to zrobić po premierze. Dwa tygodnie wcześniej był przeziębiony. W teatralnym mieszkaniu na II piętrze przygotowywał też rolę aktora Icka Sagera do telewizyjnego „Stalina” Kazimierza Kutza, z Jurkiem Trelą. Powiedziałem Łomnickiemu: „Panie Tadeuszu, niech pan jedzie ze mną do Warszawy. Mam wygodne auto. Rozłoży pan fotel. W domu będzie panu lepiej”. „Nie, dziękuję, mam tu takiego pana, który mi przyniesie twarożek. Zostanę”.

Czy po śmierci Łomnickiego Korin zaproponował komuś rolę Leara, żeby ratować spektakl?

– Chyba Treli, ale on odmówił. Nie dziwię się zresztą.

Będąc w Poznaniu, nie stracił pan kontaktu z Warszawą. Przyjeżdżał pan, żeby grać w filmach.

– Wsiadałem w bryczkę o 5 rano, pokonywałem 300 km, w Warszawie zdjęcia, i wracałem na wieczorny spektakl do Poznania. Miewałem i dłuższe trasy. W 2002 roku grałem w Rzymie, we włoskim serialu braci Frazzich o wypadku w belgijskiej kopalni. O 10 wylatuję z Fiumicino do Warszawy, potem lecę do Poznania, gdzie gram w „Pięknej Lucyndzie”, w której wchodzę dopiero w trzecim akcie. Ale w Rzymie jest strajk, samolot przekładają na 12. W końcu odlatujemy o 15. Cały czas pozostaję z teatrem na łączach. Spektakl jest o 19, moje wejście o 20.15. Mówią mi: – Przedłużymy drugą przerwę. Odbierają mnie z lotniska. Udało się idealnie. Ale trochę emocji było.

W austriackim filmie o złodziejach samochodów grałem generała, który ich łapie. Jestem w hotelu President w Wiedniu, gdy dzwonią z „Ekstradycji”, proponując mi rolę pułkownika Sawki. Na wszystkie trzy części serialu dojeżdżałem z Poznania.

Po świetnym Sawce, zwierzchniku Halskiego, granego przez Marka Kondrata, dostał pan intratną propozycję.

– Chodziło o program kryminalny w telewizji, z wysoką gażą. Robił go Bronek Cieślak, ale został posłem z ramienia SLD, więc zadzwonił do mnie, czybym tego nie wziął po nim. Chętnie. Jadę po południu bryką do Wrocławia, tyle że źle się czuję, bo przeczytałem scenariusz. To jest nieprzyjemne, takie babranie się w okropnych zbrodniach. Nocuję w pustym Hotelu Garnizonowym, nie mogę zasnąć. Czytam scenariusz po raz drugi – nie, nie powinienem tego robić. Rano niewyspany mówię reżyserowi: „Przepraszam, nie dam rady, nie czuję tego”. „Jak to? Tu cała ekipa czeka”. Zadzwonił do głównego producenta, który umówił się ze mną na rozmowę w hotelu Wrocław. Nie dałem się przekonać. Wzięli wrocławskiego aktora. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się zachowałem. No, wariat zupełny. Przeniósł się pan na zachód od Warszawy, a jest pan ze Wschodu.

– Z Dubna na Wołyniu. Urodziłem się w 1943 roku, ale rodzice zaraz stamtąd uciekli, bo zaczęły się rzezie. Moja babka została zamordowana.

Po I wojnie światowej na mocy międzyrządowego porozumienia między Polską, Niemcami i Czechami zasiedlano tamte okolice. Moja matka Zenobia jest Czeszką – jej rodowe nazwisko to Zuzanda. Na Wołyniu osiadł jej dziadek. Mój ojciec, Aleksander Dębicki, się tam urodził. Za udział w bitwie pod Falenicą, podczas kampanii wrześniowej, dostał Virtuti Militari. Służył w artylerii konnej, dowodził działonem z trzema armatami. Gdy uciekaliśmy z Wołynia, granica z Generalną Gubernią była w Brodach. Maszynista nielegalnie zatrzymał pociąg 3 km wcześniej, przeszliśmy do Brodów łąkami, przez zieloną granicę. Tam mieszkali przyjaciele rodziców.

Potem zatrzymaliśmy się w Bartodziejach pod Radomiem, gdzie wuj mojej mamy był zawiadowcą stacji. Gdy przychodziły tam wiejskie kobiety z mlekiem i mięsem na handel, po telefonicznej konsultacji z kolejarzami od strony Krakowa, czy w składzie nie ma wojskowych z Bahnschutzu, wuj zatrzymywał ekspres Kraków – Warszawa. Kobiety z mięsem jechały do Warszawy, wcześniej, w podzięce, zostawiając nam trochę towaru. Wuj mamy skończył szkołę kolejarską w Petersburgu – na dobry początek służby dostał piękny zegarek: gruba koperta otwierana na bok, z napisem „ankier, wyższyj sort”. Mam ten zegarek do dzisiaj, to jedna z nielicznych rodzinnych pamiątek.

Do Warszawy dotarliśmy po wyzwoleniu. Od razu na Żoliborz, do mieszkania, w którym teraz znowu mieszkam. Na początku mama nosiła wodę wiadrami, czerpaną z pomp pracujących tam, gdzie teraz jest stacja metra Marymont. Siedziało się przy lampach naftowych.

Dlaczego właściwie został pan aktorem?

– Jestem śpiochem. Mój świętej pamięci ojciec był inżynierem ze specjalnością inżynieria sanitarna. Prowadził regularny tryb życia, codziennie wstawał o 5.30. Ja sobie siebie takim nie wyobrażałem, ojciec sugerował, żebym poszedł w jego ślady. Wysłał mnie na kursy inżynierskie. Do szkoły teatralnej zdawałem w tajemnicy przed nim. To matka zabierała mnie do teatru. Była wybitną aktorką lalkową w teatrach Baj i Guliwer. Docenianą, nigdy nie chciała przejść na tzw. żywy plan.

W liceum Lelewela powtarzałem X klasę, bo w marcu tamtego roku przestałem chodzić na lekcje. Ze stryjecznym bratem co rano szliśmy do koktajlbaru w Jerozolimskich, przy Kruczej. Podawano tam pyszne koktajle, poza tym pozwalali palić papieroski. Potem było kino w Pałacu Kultury – Wiedza albo Młoda Gwardia. Wieczorem prywatki.

Mama się zorientowała, gdy podczas którejś długiej pauzy przyszedł do nas do domu mój wychowawca. Zaproponował powtarzanie klasy. Zgodziłem się, pod warunkiem że w innej szkole. Maturę zrobiłem w Traugucie, na Smoczej. Tam było kółko dramatyczne prowadzone przez polonistkę. Robiliśmy sztukę Eugeniusza Pietrowa „Wyspa Pokoju”. Grałem ojca rodu, z włosami posypanymi mąką. Co ważne, w obsadzie były też trzy urocze koleżanki.

Andrzej Konic prowadził wtedy w Telewizji na placu Powstańców Młodzieżowe Studio Poetyckie, z którego wyszli Magda Zawadzka, Daniel Olbrychski, Marek Perepeczko i Agnieszka Fitkau. Przeszedłem eliminacje i też się tam dostałem.

Ale do PWST na Miodowej pan nie zdał.

– Zdałem za drugim razem, na liście przyjętych byłem na drugim miejscu, za Danielem.

Szkoła teatralna trochę mnie nudziła, tak jak teatr, a zwłaszcza próby, choć te są konieczne. Co innego mój kolega Jurek Turek, który mówił, że on może nie grać, on może tylko próbować.

Pamiętam w szkole taką sytuację. Moje urodziny – 3 maja, do 13 mamy zajęcia, potem dwie

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.